Masz wypadek, wzywasz policję. Mundurowi przyjeżdżają, oglądają auto i oceniają, że trzeba je odholować. Dyskretnie gdzieś dzwonią. Za chwilę przyjeżdża pomoc drogowa, a kierowca i mundurowi wymieniają porozumiewawcze spojrzenia. Wtedy wpadasz w ręce "zaprzyjaźnionej" z policją firmy. Część tego, co płacisz mechanikom, trafia do policjantów - tak na pewno było w Krakowie, a być może i w innych miejscach w kraju. Bo to, co dziś zdemaskowała policja, to dopiero czubek góry lodowej.

Informacyjne łupy dzieliły między siebie trzy firmy, z których jedna należała do byłego policjanta. Dwie to zakłady blacharskie. Każda z nich musiała słono płacić za informacje - do kieszeni policjantów wpadało 10 procent kosztu naprawy auta. Średnio mundurowi zarabiali na jednym samochodzie 500-1000 złotych. Na razie zatrzymano 13 osób zamieszanych w sprawę. Ośmioro z nich to policjanci z miejskiej grupy dowodzenia, zajmującej się koordynowaniem działań policji przy wypadkach i kolizjach. Pozostali to właciciele firm holowniczych.

To jednak dopiero początek afery. Bo wydano też ponad 50 postanowień o przeszukaniach i wrócić trzeba do spraw z około tysiąca kolizji. Dlatego zatrzymanych na pewno będzie więcej. Poza tym handel informacjami o wypadkach mógł kwitnąć nie tylko w Krakowie. Komendant główny policji już zastrzega, że Kraków wcale nie musiał być jedyny.

Śledztwo wszczęła już Prokuratura Okręgowa w Tarnowie. To właśnie tam policjanci będą się tłumaczyć z zarzutów przekroczenia uprawnień, korupcji, ujawnienia tajemnicy służbowej, nakłaniania do fałszywych zeznań i wreszcie działania w zorganizowanej grupie przestępczej. A dowodów jest tyle, że nawet bez śledztwa można postawić zatrzymanym zarzuty.