Chorzy na szczególnie niebezpieczne i zakaźne choroby, np. gruźlicę, cholerę, dur brzuszny, ospę, wściekliznę czy kiłę, którzy nie chcą się leczyć, będą siłą doprowadzani do szpitali. Resort zdrowia opracował projekt nowej ustawy, która ma zapobiegać epidemiom - pisze DZIENNIK.
Zapisy powstały w porozumieniu z MSWiA oraz Ministerstwem Sprawiedliwości. Rząd chce karać wszystkich, którzy świadomie sprowadzają na innych ludzi
niebezpieczeństwo groźnej choroby. Przymusowe leczenie oraz 5-tysięczne grzywny grożą zarówno tym, którzy nie chcą się leczyć, ale także rodzicom nie chcącym poddać dzieci obowiązkowym
szczepieniom przeciwko chorobom zakaźnym. Oberwie się nawet dyrektorom szpitali, w których dojdzie do tzw. szpitalnych zakażeń.
"Wszyscy ci ludzie ściągają śmiertelne zagrożenie nie tylko na siebie, ale i na innych, dlatego muszą ponosić konsekwencje" - tłumaczy Włodzimierz Ehrenkreutz z Departamentu Przeciwepidemicznego Głównego Inspektora Sanitarnego (GIS). Ehrenkreutz podkreśla, że do tej pory lekarze nie mieli żadnych środków prawnych, aby zatrzymywać na oddziałach "tykające bomby", jakimi są zakaźnie chorzy pacjenci.
"Proszę sobie wyobrazić sytuację: wybucha epidemia SARS (śmiertelnie niebezpiecznej odmiany zapalenia płuc - przyp. red.). Nosiciel wirusa może zakazić w bardzo krótkim czasie setki osób. Jako lekarz informuję go o swojej diagnozie, a on pomimo to odwraca się na pięcie i wychodzi do domu. W takiej sytuacji musimy mieć skuteczną broń, aby móc zatrzymać go siłą" - tłumaczy nasz rozmówca.
Dr Andrzej Kołotowski, epidemiolog z Instytutu Medycyny Morskiej i Tropikalnej w Gdyni, nie rozpatruje podobnych sytuacji hipotetycznie. W swojej praktyce spotkał się już bowiem z prątkującymi gruźlikami, którzy leczeniu poddawać się nie mieli zamiaru. Teraz, w takich sytuacjach, chorzy zostaną potraktowani tak, jakby byli psychicznie niezrównoważeni.
"Wszyscy ci ludzie ściągają śmiertelne zagrożenie nie tylko na siebie, ale i na innych, dlatego muszą ponosić konsekwencje" - tłumaczy Włodzimierz Ehrenkreutz z Departamentu Przeciwepidemicznego Głównego Inspektora Sanitarnego (GIS). Ehrenkreutz podkreśla, że do tej pory lekarze nie mieli żadnych środków prawnych, aby zatrzymywać na oddziałach "tykające bomby", jakimi są zakaźnie chorzy pacjenci.
"Proszę sobie wyobrazić sytuację: wybucha epidemia SARS (śmiertelnie niebezpiecznej odmiany zapalenia płuc - przyp. red.). Nosiciel wirusa może zakazić w bardzo krótkim czasie setki osób. Jako lekarz informuję go o swojej diagnozie, a on pomimo to odwraca się na pięcie i wychodzi do domu. W takiej sytuacji musimy mieć skuteczną broń, aby móc zatrzymać go siłą" - tłumaczy nasz rozmówca.
Dr Andrzej Kołotowski, epidemiolog z Instytutu Medycyny Morskiej i Tropikalnej w Gdyni, nie rozpatruje podobnych sytuacji hipotetycznie. W swojej praktyce spotkał się już bowiem z prątkującymi gruźlikami, którzy leczeniu poddawać się nie mieli zamiaru. Teraz, w takich sytuacjach, chorzy zostaną potraktowani tak, jakby byli psychicznie niezrównoważeni.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Powiązane
Zobacz
|