Klient kontra firma
W ubiegłym roku Janek Mela dostał 233 tysiące złotych odszkodowania za wypadek, w wyniku którego stracił nogę i rękę. Poza tym Koncern Energetyczny Energa ma mu wypłacać dwa tysiące złotych dożywotniej renty. Chłopiec schronił się przed deszczem w źle zabezpieczonym budynku Trafostacji. Tam poraził go prąd. Proces trwał cztery lata, chłopiec dostał od energetyków mniej, niż żądał, ale jego wygrana to i tak precedens w walkach z wielkimi firmami.
Jacek Magacz, prawnik z Opola, w 2005 roku wygrał w sądzie z Telekomunikacją Polską. Poszło o pobieranie prowizji za płacenie rachunków za telefon. Suma nie była wielka, bo zaledwie 12 złotych rocznie, ale chodziło o zasady. TP SA zlikwidowała w swoich oddziałach kasy, gdzie można było opłacać rachunki bez prowizji. Od tej pory klienci musieli chodzić na pocztę lub do pośredników, którzy pobierali co najmniej 99 groszy prowizji. Jacek Magacz uznał to za niezgodne z prawem. I wygrał.
Z Telekomunikacją trzy lata temu wygrała także mieszkanka Gdańska, od której operator domagał się zapłaty 20 tysięcy złotych za drogie połączenia. TP SA przysłała gdańszczance rachunek za okres, kiedy kobieta leżała w szpitalu, a jej mieszkaniem opiekowała się rodzina. I ktoś wydzwonił potężny rachunek, wykręcając numery zaczynające się na 0-700. Sąd uznał, że Telekomunikacja nie ma prawa domagać się od kobiety zapłaty rachunku, bo sama nie powiadomiła jej o tym, ile kosztuje dzwonienie na takie numery. A to oznacza, że nie wywiązała się z umowy.
Prowizja w wysokości dwóch złotych była głównym wątkiem procesu, jaki jedna wytoczyła Bankowi Millennium jedna z jego klientek, Christy K. Kobieta tłumaczyła, że bank nie może obciążać prowizją dostępu do zgromadzonych na koncie pieniędzy, bo przecież jednocześnie pobiera opłatę za prowadzenie konta. Sądowa batalia trwała ponad pięć lat. Ten wyrok doprowadził do zniesienia opłat za wypłacanie pieniędzy w kasach oddziałów.
PZU musiało wypłacić półtora miliona złotych żonie mężczyzny, który zginął w wypadku samochodowym, spowodowanym przez klienta firmy. Kobieta tłumaczyła, że śmierć jej męża, wysokiej klasy finansisty zarabiającego bardzo duże pieniądze, znacznie pogorszyła jej sytuację życiową. Tłumaczyła, że tuż przed wypadkiem małżeństwo zaciągnęło kilka dużych kredytów na budowę domu. I teraz większość jej zarobków idzie na spłatę rat. A że mąż zginął z winy klienta PZU, to jej należy się odszkodowanie z jego polisy OC. Sąd przyznał jej rację i ogromne odszkodowanie.
Siedem tysięcy złotych odszkodowania dostał od koncernu energetycznego Roman R. z Krasnegostawu. Mężczyzna poskarżył się w sądzie, że na jego posesji stoi 12 słupów energetycznych. Roman R. zażądał od firmy wypłaty odszkodowania za "bezumowne korzystanie z gruntu". Chciał pięciu tysięcy złotych, jednak sąd wyliczył, że należy mu się siedem tysięcy.
Nierówną walkę z firmą samotnie wygrał także 60-letni rolnik Grzegorz Sar z Jedliny Zdroju. Mężczyzna procesował się z Telekomunikacją Polską, która ułożyła na jego działce - bez zgody ówczesnego właściciela - kabel telefoniczny. I nie chciała zapłacić czynszu za dzierżawę. Więcej! Nic o nim właścicielowi nie powiedziała. Prawda wyszła na jaw, kiedy pan Grzegorz zaczął się szykować do rozpoczęcia inwestycji na tym terenie. Plany upadły, bo kabel jest położony bardzo płytko. Sąd przychylił się do jego skargi, zasądziłprawie dwa tysiące złotych odszkodowania i nakazał TP SA wypłacać mu 50 złotych miesięcznie. A do tego 1700 złotych zaległych opłat.
Piotr Cichocki z Warszawy także miał przeprawę z Telekomunikacją Polską. Wszystko zaczęło się od tego, że zgodził się, by na czas nieobecności jego byłej żony rachunki za jej telefon przychodziły na jego adres. Po pewnym czasie kobieta zdecydowała, że nie wraca do kraju, a polecenie rozwiązania umowy złożyła przez Błękitną Linię TP SA. To samo zrobił Cichocki, ale jego firma już nie posłuchała, bo to przecież nie jego telefon. Nie pomogło nawet notarialnie poświadczone pismo od jego żony. TP SA po pewnym czasie przysłała mu zawiadomienie, że długi jego i jego żony wynoszą już 50 tysięcy złotych. I egzekwowaniem ich zajmie się firma windykacyjna. Gnębiony i straszony komornikiem mężczyzna wreszcie poszedł do sądu. I wygrał - w ubiegłym roku sąd uznał, że firma narusza dobra osobiste, godność i spokojne życie rodzinne mężczyzny. Nakazał przeprosić klienta i wypłacić mu trzy tysiące złotych odszkodowania.
Ponad 26 tysięcy złotych zaległego wynagrodzenia wywalczyła przed sądem Bożena Łopacka, była pracownica sieci sklepów Biedronka. Wyrok zapadł pod koniec stycznia. Proces ciągnął się przez cztery lata i był szczegółowo relacjonowany przez media. A to dlatego, że Łopacka jako pierwsza nagłośniła, że w sklepach należących do sieci łamane jest prawo pracownicze. Była pracownica Biedronki pierwszy raz wygrała z byłym pracodawcą już trzy lata temu - sąd przyznał jej wtedy 35 tysięcy złotych. I to wywołało lawinę pozwów pracowników sieci.
Obywatel kontra państwo
Wrocławianin Wojciech Byrzykowski w czerwcu 2006 roku wygrał w Europejskim Trybunale Praw Człowieka z Polską, a konkretnie z polskim wymiarem sprawiedliwości. Byrzykowski poskarżył się na brak skutecznego śledztwa w sprawie śmierci jego żony. Ciężarna kobieta w 1999 roku trafiła do jednego z wrocławskich szpitali. Lekarze zdecydowali o cesarskim cięciu i podali jej znieczulenie. Kobieta zapadła w śpiączkę, a 19 dni później zmarła. Do czasu wydania wyroku przez sędziów ze Strasburga polskie postępowania wciąż trwały. Przez siedem lat nie zapadł żaden wyrok. Trybunał przyznał Byrzykowskiemu rację i 20 tysięcy euro (80 tys. zł) odszkodowania.
Prawdziwym weteranem batalii z Polską przed Trybunałem w Strasburgu jest Henryk Kreuz z Płocka. Na początku lat 90. poskarżył się na niedostępność sądu, kiedy ten wyznaczył mu potężne wpisowe. To była zaporowa suma - przez to sprawa w ogóle nie trafiła na wokandę. A Kreuz chciał wytoczyć proces urzędnikom miejskim, którzy mieli oszukać go przy budowie myjni.
W 2004 roku Trybunał ponownie przyznał mu rację, kiedy skarżył się na przewlekłość postępowania. Płocczanin przez kilka lat procesował się z jedną ze spółek. Nie stać go było na wynajęcie adwokata, a sąd nie zwolnił go z kosztów sądowych. Poza tym nie odpowiedział na jego wniosek, żeby wyznaczyć terminarz kolejnych rozpraw. Za każdym razem sprawa była odraczana bezterminowo. Kreuz nie mógł nigdzie wyjechać - musiał siedzieć w domu i czekać na listy z sądu. Trybunał uznał, że sąd w Płocku przeciąga sprawę i przyznał mężczyźnie 3,6 tys euro (prawie 14,5 tys. zł) odszkodowania.
Wyrok w ostatniej sprawie zapadł rok temu. Sędziowie znów wytknęli polskiemu sądowi opieszałość. Chodziło o sprawę wypadku samochodowego z 1990 roku, którym Kreuz był poszkodowanym. Jednak i winowajca, i jego ubezpieczyciel nie chcieli mu wypłacić odszkodowania. Mężczyzna poszedł do sądu, ale na wyrok czekał aż dziewięć lat. A gdy już go usłyszał, okazało się, że sąd opierał się na dowodach, które miał w ręku od razu. Sędziowie ze Strasburga przyznali mu trzy tysiące euro (12 tys. zł) odszkodowania.
Jechać do Strasburga nie bał się także Tadeusz Koss z Warszawy, który przez kilka lat starał się o zwrot działki, odebranej mu po wojnie na podstawie dekretu Bieruta. On także skarżył się na przewlekłości postępowania. Koss poszedł do sądu w 1993 roku - przez kilka lat nie odczekał się wyroku. Także kiedy w marcu ubiegłego roku sędziowie w Strasburgu orzekali, że miał rację, sprawa wciąż była w toku. Trybunał przyznał Kossowi 7 tysięcy euro (28 tys. zł) zadość uczynienia - to ponad siedem razy mniej niż chciał Polak.
Jedną z najgłośniejszych przegranych Polski przed Trybunałem w Strasburgu, był wyrok w sprawie Marii Hutten-Czapskiej, mieszkającej we Francji właścicielce kamienicy w centrum Gdyni. Sędziowie uznali, że państwo nie ma prawa narzucać kamienicznikom wysokości czynszów w ich budynkach. I nakazał wypłacić kobiecie prawie 200 tysięcy złotych odszkodowania. Ale to nie wszystko, bo państwo musiało czym prędzej zabrać się za zmianę prawa - w innym przypadku do Trybunału zaczęłyby napływać kolejne skargo od właścicieli kamienic w Polsce.
Półtora tysiąca euro, czyli sześć tysięcy złotych Trybunał przyznał Grzegorzowi H. z Lęborka, który poskarżył się w Strasburgu na polski wymiar sprawiedliwości. Mężczyzna przez dwa miesiące siedział w areszcie bez żadnego nakazu aresztowania.
Setki osób czekały z zapartym tchem na wyrok w sprawie "Broniowski przeciwko Polsce". Chodziło w niej bowiem o mienie zabużańskie. Trybunał uznał skargę Polaka i orzekł, że państwo musi zapewnić wszystkim zabużanom realizację prawa do własności. Ma to być rekompensata za utracone mienie zabużańskie. W tym wypadku sędziowie nie przyznali skarżącemu żadnego odszkodowania - dali obu stronom pół roku na dogadanie się.
Jednak okazuje się, że nie zawsze trzeba skarżyć się aż w Strasburgu. Czasem i polskie sądy potrafią uznać, że któraś z państwowych instytucji wyrządziła krzywdę obywatelowi. W marcu ubiegłego roku warszawski sąd przyznał ogromne odszkodowanie za niesłuszne aresztowanie w sprawie kryminalnej - 273 tys. zł. Dostał je pan Dariusz z Warszawy za to, że przez 26 miesięcy siedział w areszcie, gdy prokuratorzy o to samo przestępstwo oskarżali już inne osoby.
O to samo oskarżył wymiar sprawiedliwości Krzysztof R., posądzony przez prokuraturę o napad na hurtownię. Po pięciu latach procesu sąd uniewinnił go. Krzysztof R. 2,5 roku spędził w areszcie, choć kluczowy dowód w sprawie - nagranie z kamery przemysłowej - od początku budziło wątpliwości biegłych. Sąd w Gliwicach przyznał mu 87 tysięcy złotych zadośćuczynienia i 50 tysięcy złotych odszkodowania.