Ale czy dwu-, trzygodzinna wizyta dziecka w pracy to tylko dopust Boży, zapychanie na siłę czasu córki czy syna, które nie przynosi żadnych korzyści, a jedynie pozwala jakoś przetrwać kolejny dzień? Może dziecko wtedy uczy się czegoś nowego i na własnej skórze poznaje wartość pracy?


Czuję się trochę winna

Zuzanna Dąbrowska
zastępca szefa działu polityka


"Pójdę z tobą do pracy, ale dasz mi na batonik z tej maszyny, co się wrzuca pieniążki, i jeszcze na coca-colę, bo puszka fajnie wypada. I nie będę robił lekcji, tylko grał na komputerze, dobrze?" - naciska mnie syn. Zrezygnowana kiwam głową...

Zgadzam się, bo gdzieś tam w środku czuję się trochę winna, że po odebraniu ze szkoły nie jedziemy do domu, tylko do pracy. Więc OK. Gry, batoniki i cola... Twardym wychowaniem zajmę się kiedy indziej. Karol ma 7 lat. Chyba lubi ze mną chodzić do pracy, choć trudno mu wytrzymać dłużej niż pięć godzin. Jest trochę nieśmiały, ale jak go ktoś zagaduje, szybko się oswaja. Szczególnie, jeśli ten ktoś to miła pani, koleżanka mamy, która traktuje go jak mężczyznę i zadaje poważne pytania. A kto, jak kto, ale dziennikarki wiedzą, jak odpowiednimi pytaniami odblokować trudnego rozmówcę. Więc nikogo nie interesuje, czy Karol woli być z mamusią czy tatusiem, tylko raczej co sądzi o koleżankach z klasy i mundurkach ministra Giertycha. Karol jest zadowolony, że nikt nie traktuje go w redakcji w specjalny sposób. Dla wszystkich jest oczywiste, że przychodzi i siada do komputera jak inni.

Jak się uda, oboje zjeżdżamy na dół do barku i jemy obiad. Nawet nie chodzi o to, czy jesteśmy bardzo głodni, tylko o te wyrwane dla siebie 30 minut. Ale nie zawsze się udaje. Czasem tylko w przelocie zerkam na astronomiczny wynik jakiejś komputerowej gry-strzelanki i kiwam z uznaniem głową. W domu pewnie bym go zagoniła do jakiejś sensowniejszej działalności. A w pracy? Cieszę się, że Karol ma się czym zająć i nie marudzi.

Ale mimo to gotowa jestem bronić tego naszego "zawodowego wspólnictwa" przed wszystkimi teoretykami prawidłowego wychowania. Bo jesteśmy razem. Mój syn wie, że go zabieram ze sobą, bo chcę go mieć blisko, a ja wiem, że on woli jechać ze mną do pracy niż iść do kolegi czy zostać dłużej w świetlicy. Oboje czujemy, że jesteśmy sobie potrzebni. Kiedy wracamy do domu, możemy obgadać wszystko, co się działo w redakcji. Czy było dużo roboty, dlaczego jeden z kolegów wyrażał się nieparlamentarnie i co to jest "deadline". Kogo lubię, a kogo nie. I dlaczego tak się przejmuję tym, że ktoś coś powiedział w telewizji i trzeba będzie uzupełnić artykuł na drugie wydanie.

A w domu jest normalnie: robimy lekcje, czytamy Harry'ego Pottera i podlewamy kwiatki. I tylko czasem inni rodzice dziwią się, kiedy mój syn wybiega po lekcjach z szatni, pytając mnie fachowo: I co, ile dziś robisz kolumn? Zdążysz w deadlinie?


Córka uwielbia redakcję

Natalia Syrzycka-Mlicka,
redaktorka DZIENNIKA


Zabieranie dziecka do pracy to dla mnie nic nowego. Pracuję w DZIENNIKU jako redaktorka i wychowuję ponadpięcioletnią córeczkę. Łucja chodzi oczywiście do przedszkola, ale jest ono otwarte do 17.30. Ja pracuję dłużej i w żaden sposób nie mogę tego zmienić. Nie zawsze też mam z kim zostawić małą po przedszkolu.

W efekcie raz, dwa razy w tygodniu odbieram Łusię z przedszkola i zabieram ze sobą do redakcji na ostatnie 3-4 godziny pracy. Córeczka gra wtedy na komputerze (umówiłyśmy się na nie dłużej niż 1,5 godziny), rozwiązuje zagadki w pisemkach dla dzieci, uczy się pisać, rysuje. Przybiega też co pewien czas do mnie, żeby coś mi opowiedzieć, o coś zapytać, albo pomaga przy zamykaniu numeru, biegając z korektą.
Nauczyłam ją, że nie może nikomu przeszkadzać w pracy - jest już na tyle duża, że świetnie to rozumie. Żaden z szefów nie miał nigdy nic przeciwko dziecku w redakcji. Nikt z pracowników nie zgłaszał żadnych "ale", wręcz przeciwnie, co pewien czas ktoś mnie pyta: "Kiedy Łutka znów nas odwiedzi?".

Nie widzę nic złego w tym, że córka przychodzi ze mną do pracy. Nie tak łatwo jest znaleźć miłą, wrażliwą, inteligentną osobę do opieki nad dzieckiem, z którą mała czułaby się dobrze. Zresztą, ile czasu wtedy zostałoby na moje kontakty z Łusią? Wiem, jak to wygląda, bo pracowałam też w gazecie, gdzie nie mogłam sobie pozwolić na zabieranie jej (była jeszcze za mała, a i moje zadania były inne). Efekt był taki, że nianie zmieniały się jak w kalejdoskopie, a z Lu widywałyśmy się rano między 7 a 8 i ewentualnie po powrocie z pracy, czyli między 8 a 9, o ile nie miałam dyżuru wieczornego i udało mi się skończyć na czas. Nasze kontakty ograniczały się więc do godziny czy dwóch dziennie - moim zdaniem to za mało, by wychowywać dziecko!

W pracy, nawet jeśli jestem zajęta, Łusia zawsze może przyjść do mnie na chwilę - przytulić się, pochwalić rozwiązaną łamigłówką, pożalić, że coś jej nie wyszło. W drodze do pracy i z powrotem, którą pokonujemy autobusami, mamy czas, żeby porozmawiać, poopowiadać sobie, co działo się w tym czasie, kiedy się nie widziałyśmy, często czytamy też książki. Jeśli przez dłuższy czas nie zabieram Łucji do pracy, sama pyta, kiedy będzie mogła znów pójść. Dzięki temu mam bardzo dobry kontakt z córką i satysfakcję, gdy w dzień wolny Łusia budzi mnie rano, przynosząc zrobioną własnoręcznie gazetkę. Choć twierdzi, że wcale nie chce pracować w redakcji - woli zostać aktorką.