Mateuszek poczuł się źle późnym wieczorem. Temperatura podskoczyła mu do 40 stopni. Mama zabrała synka na pogotowie. Lekarz zbadał dziecko, ale powiedział, że to niegroźna angina. Kazał podawać środki na zbicie gorączki.
Następnego dnia było już tragicznie. Maluch przelewał się przez ręce. Wróciła temperatura, której w żaden sposób nie dało się zbić farmaceutykami. Małgorzata Tomczak wezwała pogotowie.
Dyspozytorka stwierdziła jednak, że do takich drobiazgów karetki nie jeżdżą - donosi "Fakt". Przerażona matka zapakowała synka do samochodu i ruszyła do szpitala w Inowrocławiu. I wtedy zaczęło się najgorsze. "Mateuszek zaczął sztywnieć, stracił przytomność. Widziałam, że się dusi. Wpadłam w panikę" - wspomina matka.
Zatrzymała się przy patrolu drogówki. Sierżant Andrzej Buch zaczął fachową reanimację. Po niej Mateuszkowi wrócił oddech i krążenie. Po chwili policjant musiał reanimować chłopca ponownie.
Ocucił też matkę, która z nadmiaru emocji straciła przytomność. Potem wezwał karetkę i eskortował ją na motorze do samego szpitala."To dzięki niemu żyje mój Mateuszek. Nie
ma takich słów, którymi mogłabym mu podziękować" - mówi mama chłopca, która chce złożyć doniesienie do prokuratury na opieszałość pogotowia.