Dziennik Gazeta Prawana logo

Bezpieczeństwo Polski

5 listopada 2007, 12:12
Ten tekst przeczytasz w 8 minut

Irański program nuklearny to dziś najważniejszy problem dla świata. A tarcza, mająca chronić USA przed irańskimi rakietami, to najważniejszy problem polskiej dyplomacji. Czy powinniśmy się zgodzić na zainstalowanie elementów tarczy na terenie Polski? W końcu Iran nie zagraża Polsce bezpośrednio. Znacznie większym potencjalnym zagrożeniem jest dla nas Rosja. A przed nią tarcza na pewno nas nie ochroni. Jej budowa może za to bardzo popsuć i tak nie najlepsze już stosunki polsko-rosyjskie. Władimir Putin nieustannie straszy groźnymi reperkusjami ewentualnego zainstalowania tarczy w Polsce. Jednak Amerykanie zdają się lekceważyć te groźby. To lekceważenie jest zaś także lekceważeniem żywotnych interesów Polski.

Ta radykalna teza padła w trakcie zamkniętego seminarium zorganizowanego przez Centrum Stosunków Międzynarodowych z ust Radosława Sikorskiego , byłego ministra obrony, przedstawianego zwykle jako zwolennik najściślejszej współpracy z USA. W dzisiejszej "Europie" prezentujemy ją szerszej publiczności. Zdaniem Sikorskiego w sprawie tarczy Polska nie powinna podejmować żadnych pochopnych decyzji. Nie wolno dać się zwieść ekspertom twierdzącym, że Iran może lada dzień zbudować swoją bombę. Tak naprawdę potrzebuje na to jeszcze pięciu, dziesięciu lat. Polska ma więc w gruncie rzeczy sporo czasu, by podjąć decyzję. Na instalację tarczy powinniśmy się zgodzić jedynie wtedy, gdy realnie zwiększy ona nasze bezpieczeństwo i możliwości obronne.

p

Istnieją co najmniej trzy powody, dla których Polska, tak jak i inne państwa europejskie, powinna być przeciwna irańskiemu programowi nuklearnemu. Wszystkie są dość oczywiste. Po pierwsze program ten jest jawnym pogwałceniem traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej i oznaczałby jego faktyczny koniec. Lista krajów, które w takiej sytuacji same chciałyby zbudować bombę atomową, jest długa i obejmuje nie tylko Japonię, Brazylię czy Indonezję, ale także Turcję - bezpośredniego sąsiada zarówno Iranu, jak i Unii Europejskiej. Nie mamy powodów, by się Turcji bać, ale nie powinniśmy się też cieszyć, że w naszym bliskim sąsiedztwie może pojawić się kolejny arsenał nuklearny. Po drugie bardzo niepokojąca jest retoryka irańskich władz, zwłaszcza prezydenta Ahmadineżada. Nawet jeśli są to czcze pogróżki, byłoby źle, gdyby świat się ich przestraszył i stworzył zły precedens, dając do zrozumienia, że im bardziej agresywna ideologia, tym większa bezkarność. Po trzecie wreszcie - i jest to powód dla Polski najważniejszy - zablokowanie irańskiego programu nuklearnego (czy raczej poddanie go pod międzynarodową kontrolę i upewnienie się, że nie jest to program militarny) stanowi pierwszą międzynarodową inicjatywę Unii Europejskiej od czasu rozpadu Jugosławii. Byłoby bardzo niedobrze, gdyby te wysiłki się nie powiodły. Podważyłoby to prestiż Unii i mogłoby zniechęcić ją do podobnych działań w przyszłości. Polska ma zaś interes w tym, by UE była asertywna i efektywna.

Wszystkie powyższe powody sugerują, że Polska powinna być przeciwna temu, by Iran wszedł w posiadanie broni jądrowej. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy podejmować jakieś gwałtowne działania. Jeżeli cokolwiek spędza dziś sen z powiek polskiemu premierowi, to nie jest to wizja Iranu budującego i używającego bomby atomowej, lecz inne zagrożenia wynikające z polskiej historii i położenia geopolitycznego. Zresztą, w Europie Środkowej życie w stanie zagrożenia nie jest niczym nadzwyczajnym. W przeciwieństwie do Amerykanów Polacy nie przywykli myśleć, że ich ojczyzna jest zupełnie bezpieczna.

Tym, czego brakuje mi w wielu amerykańskich analizach sytuacji strategicznej na Bliskim Wschodzie, są ramy czasowe, przypuszczalne daty osiągnięcia przez Iran zdolności budowy broni nuklearnej. Osoba słabo zorientowana w sytuacji mogłaby odnieść wrażenie, że jest to kwestia miesięcy, jeśli nie tygodni, i że z tego względu rzeczywiście musimy działać natychmiast. Tymczasem w ocenie polskich ekspertów, a w tej akurat kwestii jestem skłonny wierzyć bardziej ekspertom polskim niż amerykańskim, na reakcję mamy co najmniej pięć, a najprawdopodobniej nawet dziesięć lat. Irańczycy stoją wobec wielkich problemów technicznych. To, że od dłuższego czasu nie są w stanie zmodernizować swojego przemysłu naftowego, świadczy, że ich zaplecze technologiczne wygląda raczej skromnie. A budowa bomby atomowej jest przecież o wiele trudniejsza od wydobycia ropy czy przetworzenia jej w benzynę.

Bez względu na to, czy Iran może mieć broń atomową za dwa, pięć czy dziesięć lat, Polska powinna być dość powściągliwa w reagowaniu na to zagrożenie. Decyzja o przyjęciu amerykańskiej propozycji zainstalowania na naszym terytorium tarczy antyrakietowej - a Stany Zjednoczone twierdzą, że służyłaby ona obronie właśnie przed Iranem - będzie mieć wpływ nie tylko na stosunki między Warszawą a Teheranem czy Warszawą a Waszyngtonem. Da ona np. pretekst Rosji, by wystąpić z układu ograniczającego liczebność sił konwencjonalnych w Europie. Dla bezpieczeństwa Polski trwanie tego układu jest zaś o wiele ważniejsze od ograniczenia militarnej siły Iranu, bo to jedyna umowa określająca liczbę wojsk stacjonujących w pobliżu naszych granic.

W odpowiedzi na zakup przez Polskę myśliwców F-16 Rosjanie zainstalowali na Białorusi system rakiet ziemia-powietrze S-300. Byłoby dobrze, gdyby Amerykanie zauważyli ten fakt i wyciągnęli z niego wnioski. Jeśli jesteśmy sojusznikami, pomagamy Stanom Zjednoczonym w Iraku czy Afganistanie i mamy im także pomóc w budowie tarczy antyrakietowej, to Stany Zjednoczone powinny brać pod uwagę nasz punkt widzenia i nasze obawy. A jeśli w odpowiedzi na budowę tarczy Rosja wycofa się z układu o siłach konwencjonalnych w Europie i na dodatek zainstaluje kilkaset rakiet średniego zasięgu na Białorusi czy w Obwodzie Kaliningradzkim, to będzie mieć to znacznie większy wpływ na bezpieczeństwo Polski.

Amerykański sekretarz obrony oznajmia tymczasem w Warszawie, że Rosja nie stanowi i nigdy nie będzie stanowić zagrożenia dla Polski. Jest to dowód albo wielkiej naiwności, albo świadomego ignorowania polskich żywotnych interesów - nie wiadomo, co byłoby w tym wypadku gorsze. Ciśnie się wręcz na usta pytanie, na jakiej podstawie Amerykanie zakładają, że Rosja nie będzie za pięć, dziesięć lat zagrożeniem dla światowego bezpieczeństwa, a Iran w tej samej perspektywie czasowej zagrożeniem będzie na pewno.

Polska wstąpiła do NATO i stała się oficjalnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych trzy tygodnie przed interwencją Paktu na Bałkanach. NATO, do którego chcieliśmy przystąpić, było klasycznym sojuszem obronnym mającym chronić bezpieczeństwo swoich członków. Teraz NATO staje się sojuszem interwencyjnym, ingerującym daleko od swoich granic. Rozsądnym podejściem jest uznanie, że obowiązuje tu swego rodzaju kontrakt. Z jednej strony angażujemy się w operacje, które sprawiają, że Stany Zjednoczone są zainteresowane trwaniem i skutecznością NATO. Z drugiej natomiast potrzebne są działania, które zagwarantują nam, że "stare" NATO ciągle istnieje. Tymczasem toczą się rozmowy o stworzeniu w Polsce bazy amerykańskiej, służącej głównie zabezpieczeniu USA od strony Bliskiego Wschodu, a nie zabezpieczeniu Polski od wschodu...

Zgadzam się z wyrażaną przez Amerykanów opinią, że Europa powinna przyłączyć się do programu odstraszania Iranu, ale nie traktuję tego jako argumentu za budową tarczy antyrakietowej. Dlaczego mielibyśmy budować system obrony przed irańskimi rakietami i chronić przed nimi USA i Europę, skoro Iran nie ma zamiaru atakować ani USA, ani Europy? Jego przywódcy wielokrotnie i bardzo jasno dawali przecież do zrozumienia, że swoje pierwsze rakiety i bomby zrzucą na Izrael. Eksterminacyjny antysemityzm obecnych przywódców Iranu jest zjawiskiem realnym, a ich groźbom można dawać wiarę. Do obrony Izraela tarcza w Polsce w żaden sposób jednak się nie przyczyni. Nie mam więc jasności w kwestii tego, jakie geostrategiczne kalkulacje kryją się za projektem budowy tarczy.

Dlatego Polska powinna przyjąć amerykańską propozycję budowy tarczy antyrakietowej tylko wtedy, gdy będzie mieć gwarancję, że w realny sposób zwiększy to amerykańskie zobowiązania do obrony naszego kraju - gwarancję wspartą praktycznymi gestami umacniającymi nasze zdolności obronne.

p

, ur. 1963, polityk, dziennikarz, senator VI kadencji z ramienia PiS, minister obrony narodowej w latach 2005 - 2007. Na początku lat 80. był działaczem opozycji demokratycznej. Później wyemigrował na Zachód, ukończył studia w Oksfordzie i pracował jako korespondent prasy brytyjskiej w Afganistanie, Angoli i Jugosławii. Autor ważnej relacji z wojny w Afganistanie pt. "Prochy Świętych - Podróż do Heratu w czas wojny" (2002) oraz książki "The Polish House - an Intimate History of Poland" (1997). W "Europie" nr 167 z 16 czerwca br. opublikowaliśmy debatę z jego udziałem "Za co warto umierać w Europie".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj