Siostry koczujące od dwóch tygodni przed rządowym budynkiem najwyraźniej już tam się zadomowiły - pisze DZIENNIK. Czekają na kolejne negocjacje z rządem.
Zuzanna Dąbrowska: "Białe miasteczko" protestujących pielęgniarek pod Urzędem Rady Ministrów będzie jeszcze potrzebne, kiedy zaczną się
regularne negocjacje z rządem?
Longina Kaczmarska: Tak. Bez tego nacisku strona rządowa będzie mogła się wycofywać z ustaleń. Dopiero jak uzgodnimy zapisy i dokument zostanie podpisany przez premiera, miasteczko zostanie zwinięte, a prace rozpoczną zespoły negocjacyjne, które dopracują szczegóły. Rząd to trudny przeciwnik i wiemy, że nie możemy odpuścić ani na chwilę. Przecież to ta widoczna na ulicy determinacja powoduje, że ktoś w ogóle z nami rozmawia.
A może władza przywyknie do tego protestu i przestanie zwracać uwagę na namioty przed kancelarią?
Władzy przecież powinno zależeć na opinii publicznej, na opinii Europy, a zainteresowanie naszym protestem w Unii jest już bardzo duże. Przecież każda władza pracuje na to, żeby potem w wyborach pokonać przeciwników, więc musi jej też zależeć na rozwiązywaniu konfliktów - inaczej traci głosy.
Ale poprzedniej władzy, rządowi SLD, pielęgniarki nie zafundowały tak spektakularnego protestu.
To prawda. W czasie koalicji SLD-owskiej nie protestowałyśmy. Ale trzeba pamiętać, że na początku rządu Millera weszła w życie wywalczona wcześniej słynna ustawa 203. Była bardzo niejasna i spowodowała wiele zamieszania. Przez cztery lata walczyłyśmy, by uzyskać zapisane w tej ustawie pieniądze. Odbywały się procesy sądowe, targowałyśmy się z dyrektorami we własnych zakładach pracy, żeby wypłacili nam zgodne z ustawą podwyżki. Więc ten czas to walka o swoje - o coś, co nam obiecano po protestach w roku 2000. Tak naprawdę były to jedyne pieniądze, które uzyskałyśmy od 1999 roku.
Brała pani udział w pielęgniarskich protestach przed siedmioma laty. Czy wtedy łatwiej się rozmawiało z rządem?
Teraz było trudniej, bo do tej pory nie zdarzyło się, by premier rządu nie chciał w ogóle rozmawiać z delegacją protestujących. Kiedyś było tak, że delegacja wchodzi na zaproszenie i rozmawia. To nie znaczy oczywiście, że zaraz są realizowane postulaty, ale wyjść do ludzi trzeba. Premier Kaczyński tego nie zrobił. Właśnie dlatego zostałyśmy w kancelarii, dlatego też powstało miasteczko namiotowe. Ludzi trzeba szanować, a nie ignorować. Z rządem Jerzego Buzka, mimo protestów, rozmawialiśmy cały czas.
Może w tej chwili jesteście za bardzo upolitycznione? Od początku przez miasteczko namiotowe pielgrzymują liderzy opozycji, a wiele z członkiń związku, z przewodniczącą Gardias na czele, należy do partii opozycyjnych.
Nie było w Polsce protestu, w który politycy by się nie wtrącali. To jest ich gra, bo starają się przekonać do siebie elektorat. Każdy ma jakieś poglądy polityczne - prawicowe czy lewicowe. Ja nikogo nie pytam, do jakiej należy partii. To jest wolny kraj. I nie widzę nic złego w tym, że przyjechała do nas pani Jolanta Kwaśniewska, choć jednocześnie żałuję, że nie zdecydowała się przyjechać do nas pani Maria Kaczyńska.
Mówi pani, że każdy strajk jest polityczny. To prawda. Po co więc mówić, że nie macie z polityką nic wspólnego i czekać aż gazety napiszą, gdzie która z was należy?
Bo my nie chcemy być odbierane jako osoby działające politycznie! My walczymy o płace i ja nie pytam koleżanek, czy któraś zapisała się do jakiejś partii. To nie moja sprawa. Jesteśmy związkiem i działamy związkowo. Niech pani wybaczy, ale nie przykleimy sobie kartek z partyjnymi emblematami.
A gdyby rządziło teraz SLD, to posłanka Jolanta Szczypińska siedziałaby z wami w namiotach?
Myślę, że tak. Bo taka jest gra polityków. Opozycja zawsze dołącza do tych, którzy protestują. A co do pani poseł... Myślę, że ma pielęgniarski zawód już tylko w papierach, a ze środowiskiem przestała się identyfikować. To jej wybór i ja to rozumiem. Ma swoją ideologię, jest związana z partią polityczną. I bardzo dobrze. Żałuję tylko, że często nas niesłusznie oskarżała i wydawała niesprawiedliwe opinie.
Czytała pani rządową białą księgę opisującą - godzina po godzinie - protest, który prowadziłyście w kancelarii? Wynika z niej, że traktowano was bardzo dobrze, a oskarżenia o dręczenie były mocno przesadzone.
Powiem jedno: żadna z nas nie skłamała nawet jednym słowem w żadnej wypowiedzi dotyczącej naszego pobytu w kancelarii. Poza tym nie chcę się odnosić do tego dokumentu. Zresztą chyba nie wypada, by rząd wydawał taki dokument. My też mamy dokładną kronikę, ale jej nie publikujemy.
Kiedy okupowałyście Ministerstwo Zdrowia w 2000 roku, grupa protestujących była większa niż teraz. Dlaczego?
Pielęgniarki odchodzą z zawodu, wyjeżdżają. Jesteśmy grupą zawodową, w której nie istnieje bezrobocie, a każda, która chce pracować, na pewno znajdzie miejsce. To wynika oczywiście z żenująco niskich wynagrodzeń. Na południu Polski pielęgnarki jeżdżą pracować do Czech, bo tam zarobki są dwukrotnie większe! Więc zwyczajnie, z roku na rok, jest nas mniej. Ale za to rośnie poparcie społeczne dla naszego zawodu. Świadczą o tym badania opinii społecznej. Takiego oddźwięku wśród ludzi nie było jeszcze nigdy. To zresztą widać po tym, jak warszawiacy wspierają nasze miasteczko. Jesteśmy za to bardzo wdzięczne.
Longina Kaczmarska: Tak. Bez tego nacisku strona rządowa będzie mogła się wycofywać z ustaleń. Dopiero jak uzgodnimy zapisy i dokument zostanie podpisany przez premiera, miasteczko zostanie zwinięte, a prace rozpoczną zespoły negocjacyjne, które dopracują szczegóły. Rząd to trudny przeciwnik i wiemy, że nie możemy odpuścić ani na chwilę. Przecież to ta widoczna na ulicy determinacja powoduje, że ktoś w ogóle z nami rozmawia.
A może władza przywyknie do tego protestu i przestanie zwracać uwagę na namioty przed kancelarią?
Władzy przecież powinno zależeć na opinii publicznej, na opinii Europy, a zainteresowanie naszym protestem w Unii jest już bardzo duże. Przecież każda władza pracuje na to, żeby potem w wyborach pokonać przeciwników, więc musi jej też zależeć na rozwiązywaniu konfliktów - inaczej traci głosy.
Ale poprzedniej władzy, rządowi SLD, pielęgniarki nie zafundowały tak spektakularnego protestu.
To prawda. W czasie koalicji SLD-owskiej nie protestowałyśmy. Ale trzeba pamiętać, że na początku rządu Millera weszła w życie wywalczona wcześniej słynna ustawa 203. Była bardzo niejasna i spowodowała wiele zamieszania. Przez cztery lata walczyłyśmy, by uzyskać zapisane w tej ustawie pieniądze. Odbywały się procesy sądowe, targowałyśmy się z dyrektorami we własnych zakładach pracy, żeby wypłacili nam zgodne z ustawą podwyżki. Więc ten czas to walka o swoje - o coś, co nam obiecano po protestach w roku 2000. Tak naprawdę były to jedyne pieniądze, które uzyskałyśmy od 1999 roku.
Brała pani udział w pielęgniarskich protestach przed siedmioma laty. Czy wtedy łatwiej się rozmawiało z rządem?
Teraz było trudniej, bo do tej pory nie zdarzyło się, by premier rządu nie chciał w ogóle rozmawiać z delegacją protestujących. Kiedyś było tak, że delegacja wchodzi na zaproszenie i rozmawia. To nie znaczy oczywiście, że zaraz są realizowane postulaty, ale wyjść do ludzi trzeba. Premier Kaczyński tego nie zrobił. Właśnie dlatego zostałyśmy w kancelarii, dlatego też powstało miasteczko namiotowe. Ludzi trzeba szanować, a nie ignorować. Z rządem Jerzego Buzka, mimo protestów, rozmawialiśmy cały czas.
Może w tej chwili jesteście za bardzo upolitycznione? Od początku przez miasteczko namiotowe pielgrzymują liderzy opozycji, a wiele z członkiń związku, z przewodniczącą Gardias na czele, należy do partii opozycyjnych.
Nie było w Polsce protestu, w który politycy by się nie wtrącali. To jest ich gra, bo starają się przekonać do siebie elektorat. Każdy ma jakieś poglądy polityczne - prawicowe czy lewicowe. Ja nikogo nie pytam, do jakiej należy partii. To jest wolny kraj. I nie widzę nic złego w tym, że przyjechała do nas pani Jolanta Kwaśniewska, choć jednocześnie żałuję, że nie zdecydowała się przyjechać do nas pani Maria Kaczyńska.
Mówi pani, że każdy strajk jest polityczny. To prawda. Po co więc mówić, że nie macie z polityką nic wspólnego i czekać aż gazety napiszą, gdzie która z was należy?
Bo my nie chcemy być odbierane jako osoby działające politycznie! My walczymy o płace i ja nie pytam koleżanek, czy któraś zapisała się do jakiejś partii. To nie moja sprawa. Jesteśmy związkiem i działamy związkowo. Niech pani wybaczy, ale nie przykleimy sobie kartek z partyjnymi emblematami.
A gdyby rządziło teraz SLD, to posłanka Jolanta Szczypińska siedziałaby z wami w namiotach?
Myślę, że tak. Bo taka jest gra polityków. Opozycja zawsze dołącza do tych, którzy protestują. A co do pani poseł... Myślę, że ma pielęgniarski zawód już tylko w papierach, a ze środowiskiem przestała się identyfikować. To jej wybór i ja to rozumiem. Ma swoją ideologię, jest związana z partią polityczną. I bardzo dobrze. Żałuję tylko, że często nas niesłusznie oskarżała i wydawała niesprawiedliwe opinie.
Czytała pani rządową białą księgę opisującą - godzina po godzinie - protest, który prowadziłyście w kancelarii? Wynika z niej, że traktowano was bardzo dobrze, a oskarżenia o dręczenie były mocno przesadzone.
Powiem jedno: żadna z nas nie skłamała nawet jednym słowem w żadnej wypowiedzi dotyczącej naszego pobytu w kancelarii. Poza tym nie chcę się odnosić do tego dokumentu. Zresztą chyba nie wypada, by rząd wydawał taki dokument. My też mamy dokładną kronikę, ale jej nie publikujemy.
Kiedy okupowałyście Ministerstwo Zdrowia w 2000 roku, grupa protestujących była większa niż teraz. Dlaczego?
Pielęgniarki odchodzą z zawodu, wyjeżdżają. Jesteśmy grupą zawodową, w której nie istnieje bezrobocie, a każda, która chce pracować, na pewno znajdzie miejsce. To wynika oczywiście z żenująco niskich wynagrodzeń. Na południu Polski pielęgnarki jeżdżą pracować do Czech, bo tam zarobki są dwukrotnie większe! Więc zwyczajnie, z roku na rok, jest nas mniej. Ale za to rośnie poparcie społeczne dla naszego zawodu. Świadczą o tym badania opinii społecznej. Takiego oddźwięku wśród ludzi nie było jeszcze nigdy. To zresztą widać po tym, jak warszawiacy wspierają nasze miasteczko. Jesteśmy za to bardzo wdzięczne.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|