Maciej Nowicki rozmawia w "Europie" z Danielem Bellem, dziś 90-letnim staruszkiem, ale 40 lat temu jednym z najbardziej wpływowych intelektualistów na świecie. Bodaj największym dekonstruktorem myślenia ideologicznego. Jego "Koniec wieku ideologii" oznajmiał koniec epoki rządzonej przez wielkie cele polityczne. Koniec lewicowego marzenia o nowym człowieku żyjącym w nowym - bo doskonale sprawiedliwym - społeczeństwie. Oraz koniec prawicowego mitu o powrocie do starych dobrych czasów, w których rządził Bóg, Tradycja i Hierarchia. Bell jako pierwszy obwieścił światu to, co stało się normą współczesnej demokracji - marsz wszystkich ku centrum. Marsz, w którym kompromis stał się normą, bo partie polityczne więcej zaczęło łączyć, niż dzielić. Bo śmierć ideologii rozbiła dzielące je granice.
Ale jeszcze silniejszy cios myśleniu ideologicznemu zadał Bell w sławnych "Kulturowych sprzecznościach kapitalizmu". Tam postawił twardą tezę ontologiczną. Nie da się opisać świata za pomocą jednej formuły ideowej, ponieważ świat nie jest już jednością. W fazie późnego kapitalizmu rzeczywistość społeczna pękła na drobniejsze fragmenty. Pojęć takich, jak socjalizm, konserwatyzm czy liberalizm można sensownie używać tylko do fragmentów rzeczywistości - można być konserwatystą w kulturze, a na przykład socjalistą w ekonomii. Ale nie można już być - chcąc zachować rozsądek - socjalistą po prostu. Socjalistą, który nie widzi, że jego ideowi przeciwnicy mają nie mniej od niego racji. Dobrze to ujął parę lat później Leszek Kołakowski w formule liberalno-konserwatywnego socjalisty, będącej opisem sytuacji człowieka, który po doświadczeniach politycznych XX wieku nie potrafi już się oddać jednej z tożsamości.
Bell miał rację. Pod koniec XX wieku ideologie przestały być generalnymi busolami, całościowymi opisami świata, które mówiły nam, jaki jest świat i jak mamy w nim żyć. Polityka wraca dziś do swych odwiecznych celów. Czy Anglią rządzi Brown, czy będzie nią rządził Cameron, ich głównym celem nie jest wewnętrzna wojna ideowa, ale międzynarodowa pozycja Anglii. Wykorzystywana potem do równie klasycznych celów - do utrzymania wielkiej armii, do napędzania wzrostu gospodarki oraz zapewnienia obywatelom dobrobytu. To samo mamy w Niemczech, które od dawna nie biją się o aborcję, ale zajmują się odbudową NRD, rozkręcaniem gospodarki oraz przejmowaniem głównych nitek polityki europejskiej.
Polska na tym tle wygląda nieco naiwnie. Spory o kanon lektur, o państwo solidarne, o aborcję - mają oczywiście sens. Ale nie mogą być głównym celem polityki. Bo po okresie ideologicznych zaburzeń cały świat znowu wie, że w polityce chodzi głównie o politykę - o władzę, pieniądze, armię, solidne sojusze. W polityce, której graczami są USA, Chiny, Rosja, Indie, Anglia czy Niemcy, nie ma miejsca na sentymentalną działalność ideologiczną. Oczywiście także w tamtych krajach pojawiają się skargi na ucentrowienie polityki. Na przykład prawicowe dinozaury w Anglii szydzą z Camerona, że ten chce jedynie małpować Blaira. A co ma robić Cameron, jeśli dojdzie do władzy? Ma sobie wymyślić nową, prawicową Anglię, która ma inne interesy niż Anglia Blaira?