Dziennik Gazeta Prawana logo

Czy Niemcy zrozumieli swoją historię?

5 listopada 2007, 12:13
Ten tekst przeczytasz w 13 minut

Niemcy to kraj specyficznie naznaczony przez historię. Jego zmagania z przeszłością i własnym kompleksem winy wciąż trwają. W powojennych dziejach tych zmagań dwie daty są szczególnie znaczące: 1968 i 1986 rok. Młodzieżowa kontestacja lat 60. spowodowała w ówczesnych zachodnich Niemczech falę zainteresowania przeszłością. Pojawiły się niewygodne pytania pod adresem starszego pokolenia: co robiliście w czasie wojny? Z kolei w 1986 roku wybuchł sławny "spór historyków" dotyczący znaczenia nazizmu i Holocaustu dla niemieckiej tożsamości. Część uczestników tego sporu postulowała, by Niemcy zerwały wreszcie z pokutniczą postawą i zaczęły budować własną narodową tożsamość na podstawie innych elementów niż kompleks winy.

Nasz dzisiejszy rozmówca, znakomity historyk i publicysta Michael Stürmer, uczestniczył w wielu podobnych sporach. Jego zdaniem niemieckie zmagania z historią są dalekie od zakończenia. Pojawia się jednak niebezpieczny trend marginalizacji historii. Wielu polityków prezentuje "technokratyczne", instrumentalne podejście do niej. Przykładem może być tu były kanclerz Gerhard Schröder. Jego poczynania w sferze stosunków niemiecko-rosyjsko-polskich świadczą wedle Stürmera o kompletnym lekceważeniu historii: "Najlepszym tego dowodem jest fakt, że w czasie rosyjsko-niemieckich obchodów 60. rocznicy zakończenia II wojny światowej nie zająknął się ani słowem, że początek tej wojnie dał sowiecko-nazistowski pakt z 1939 roku".

p

Niedawno pojawił się pomysł wprowadzenia zestandaryzowanego europejskiego podręcznika do historii. To wspaniały pomysł - pracowałem nad nim przez ćwierć wieku. Ale jakie znaczenie mają podręczniki do historii, jeśli ten przedmiot znika ze szkół? Politycy z rządzącego dziś pokolenia nie chcą, by historia była wykładana na uniwersytetach, wolą księgowość. Wszędzie jest dziś po parę katedr księgowości, marketingu i zarządzania, ale historia wymiera. Niemieccy studenci są dziś wspaniali, o wiele inteligentniejsi od swoich poprzedników. Jeśli jednak spytać się ich o rzeczy, które mają podstawowe znaczenie dla narodowych tożsamości głównych krajów europejskich, nic nie potrafią odpowiedzieć. Weźmy 11 listopada. Dlaczego Francuzi świętują tego dnia? Dlaczego jest to polskie święto narodowe? Dlaczego Brytyjczycy w okolicach tego dnia wpinają w klapy sztuczne maki? Nikt nie ma zielonego pojęcia - a to wszystko jest przecież nierozerwalnie związane także z niemiecką historią! Dzisiejsi studenci wiedzą parę rzeczy o nazistach, ale nic o tym, co zdarzyło się wcześniej albo później. Bardzo bym chciał napisać 500 stron o europejskiej historii, na wzór książki Fernanda Braudela "Morze Śródziemne i świat śródziemnomorski w czasach Filipa II". Zdaję sobie jednak sprawę, że przygotowanie jednego podręcznika dla 27 - lub więcej - narodów jest bardzo trudne. Spodziewam się, że pomysł upadnie, gdy wszyscy zaczną sprawdzać, czy ich krajowi poświęcono wystarczająco dużo uwagi. Pewne bolesne kwestie także będą stanowić problem. Narody chcą mieć historie, z którymi da się żyć, a oglądanie w lustrze własnej brzydkiej twarzy nigdy nie było proste. Niemcy nie mieli wielkiego wyboru, ale Francuzi przez pół wieku woleli legendę od faktów. Dopiero Jacques Chirac przyznał, że Vichy nie było czymś marginalnym. Wcześniej próbowano to ukrywać.

Należy wspólnie przygotować listę tematów do omówienia i następnie pozwolić wszystkim państwom, by opracowały ich narodowe ujęcie na własną rękę. Większość europejskiej historii jest w końcu wspólna. Życie średniowiecznego chłopa we Francji nie różniło się zbytnio od życia średniowiecznego chłopa w Polsce. Wspólna europejska historia to nie tylko Ludwik XIV i Hitler, to także dzieje milionów ludzkich istnień. Historia małżeństwa, miłości, uczuć, poezji... Miasta, sieć drogowa - trzeba wiedzieć, w jaki sposób się rozwijały, by zrozumieć, czym jest Europa. Stwórzmy oddzielne narodowe podręczniki do historii, ale powiedzmy jasno, że nic, co działo się w Europie, nie działo się w izolacji. I nie róbmy z tego pomysłu polityki - polityka zresztą i tak sama się tam wepchnie.

To się może wydawać bardzo skromnym projektem. Jednak w ten sposób możemy przyczynić się do lepszego zrozumienia kondycji ludzkiej. A to pierwszy krok do porozumienia. Bez niego będziemy zaś skazani na postrzeganie życia w sposób, który Shakespeare nazwał "głośną i wrzaskliwą opowieścią idioty".

Taki był duch czasu. Ameryka zaraziła nas swoim behawioryzmem. Po II wojnie światowej Amerykanie powiedzieli Europejczykom: "Zapomnijcie o swojej przeklętej historii, bo znowu staniecie się jej ofiarą. Nie możecie jej przezwyciężyć, więc o niej po prostu zapomnijcie. Macie powody, by nie lubić Niemców i nie musicie ich lubić, ale my nie będziemy was chronić, jeśli nie przyjmiecie Niemców do waszego klubu". Taka była umowa - ratowała ona Europę i jednocześnie jej szkodziła. Od tamtej pory minęło wiele lat i dziś musimy przyznać, że historia ma różne oblicza. Inaczej mówiąc, musimy dorosnąć. To pomogłoby nadać Europie duszę. Brukselska Europa nie ma duszy. A byt bez duszy bardzo łatwo może się rozpaść pod presją.

Wtedy problemem było pojawienie się niepokojącego przymierza między technokratyczną prawicą a równie technokratyczną - lecz równocześnie zideologizowaną - lewicą. Prawica chciała pozbyć się historii i każdy ranek zaczynać od nowa. Lewica ze swej strony chciała zaś sprowadzić niemiecką historię do okresu nazizmu i tego, co nastąpiło bezpośrednio przed i bezpośrednio po nim. Jej przywódcy mieli oczywiście swój interes w takim upraszczaniu, bo zawsze utrzymywali, że są dziedzicami jedynej opozycji wobec nazistów, jaka istniała.

W bardzo małym stopniu, niestety. Ostatnio przekonaliśmy się, że prawicowy technokratyzm ma się dobrze. Günther Oettinger, członek CDU i premier Badenii-Wirtembergii jest klasycznym przykładem polityka tego rodzaju. W kwietniu wygłosił przemówienie na pogrzebie swojego poprzednika, który w roku 1978 musiał zrezygnować z premierostwa, po tym jak okazało się, że w czasie II wojny światowej był wojskowym sędzią i wydawał wyroki śmierci na dezerterów. Oettinger nazwał tego człowieka "aktywnym przeciwnikiem" nazistowskiej dyktatury! Oczywiście, o zmarłych mówi się dobrze albo wcale, ale jest mnóstwo rzeczy, które można było powiedzieć przy tej okazji i które nie byłyby jawnym kłamstwem. Jednak dla technokratów historia nie odgrywa żadnej roli i nawet długo po tym, jak jego przemowa została publicznie potępiona, Oettinger sądził, że nie powiedział nic złego. Na poziomie federalnym oficjalny stosunek do historii zawiera większą dozę wrażliwości. Jednak na poziomie landów dominuje podejście technokratyczne. To właśnie miałem na myśli w latach 80., kiedy ostrzegałem, że wychowujemy sobie nowe pokolenie barbarzyńców.

Zachowanie Schrödera wykraczało poza to, co jego własna partia była w stanie zaakceptować. Dlatego, mimo że socjaldemokraci ciągle kontrolują prawie połowę stanowisk w rządzie federalnym, nie obawiałbym się utrwalenia technokracji. Schröder to wielki oportunista, który na zakończenie swojej kariery politycznej zaprzedał Putinowi i wielkiemu biznesowi swoją duszę i reputację. Nie ulega wątpliwości, że nad przygotowaniem tej transakcji pracował, gdy jeszcze był kanclerzem. Gdyby zrobił coś takiego w sektorze prywatnym, musiałby odpowiedzieć na bardzo nieprzyjemne pytania.

Bardzo bym się zdziwił, gdyby Schröder wpisywał się w historię niemiecko-rosyjskiej intelektualnej fascynacji. Pochodzi z bardzo biednej rodziny. Jego matka musiała ciężko pracować i nie miała czasu na przyjemności. Był dzieckiem ulicy. Szybko ukończył studia, a potem zaczął karierę w socjalistycznej młodzieżówce, nucąc głupie melodie i powtarzając niemądre hasła. Ostro przeciwstawiał się sojuszowi ze Stanami Zjednoczonymi, był przeciwko NATO... Czego się po nim spodziewać? Schröder nie ma wyczucia, wrażliwości na historię, bez względu na to, czy jest to historia niemiecka, rosyjska czy polska. Najlepszym tego dowodem jest fakt, że w czasie rosyjsko-niemieckich obchodów 60. rocznicy zakończenia II wojny światowej nie zająknął się ani słowem, że początek tej wojnie dał sowiecko-nazistowski pakt z 1939 roku.

No właśnie. Jeśli niemiecki kanclerz leci do Moskwy, nie musi lądować po drodze w Warszawie, tak samo jak polscy przywódcy nie muszą zatrzymywać się w Berlinie, kiedy lecą do Paryża. Byłoby jednak dobrze, gdyby po powrocie kanclerz zadzwonił do polskiego premiera lub prezydenta i opowiedział o swoim spotkaniu z Putinem. Schröderowi nic takiego nie przyszło do głowy. Wyrobił sobie fatalny zwyczaj zupełnego ignorowania mniejszych państw członkowskich Unii.

Bez względu na to, ilu członków ma Unia, problem niemieckiej tożsamości przestał być palący. Pogodziliśmy się z utratą jednej trzeciej terytorium - ludzie, którzy uciekli z tych terenów, wrośli w swoje nowe miejsca zamieszkania. Z drugiej strony, to co zaraz po zjednoczeniu wydawało się nieuniknione, czyli "pogłębienie" Unii, nie nastąpiło. Zaraz po zawarciu traktatu z Maastricht kierowana przez Wolfganga Schauble i Karla Lamersa grupa chadeckich ekspertów wypracowała pojęcia zmiennej geometrii, grupy wiodącej, unii różnych prędkości. Wychodziliśmy z założenia, że z jednej strony pogłębienie jest konieczne, a z drugiej, że dumne narody z długą historią - przede wszystkim Polska i Węgry - będą mieć opory przed podzieleniem się świeżo odzyskaną suwerennością przed częściowym choćby przekazaniem jej Brukseli. Chcieliśmy pogodzić możliwość "poszerzania" - które niekoniecznie miało oznaczać przyjmowanie nowych członków - z zacieśnianiem współpracy między tymi krajami, które były na to psychologicznie i strukturalnie gotowe.

W odróżnieniu od formalnego członkostwa, które wymagało przyjęcia 100 tysięcy stron acquis communitaire, chcieliśmy dać poszczególnym krajom swobodę wyboru, w których aspektach integracji i do jakiego stopnia będą brały udział.

Dokładnie. Unia walutowa i strefa Schengen są tego najlepszymi przykładami. Dania uzyskała dodatkowe możliwości wyłączenia się z procesu integracji. Współpraca w dziedzinie wojskowości jest dobrowolna. Wcale mnie to jednak nie cieszy. W momencie, gdy rola NATO słabnie, nie zwiększamy unijnych możliwości obronnych - po części dlatego, że parę krajów członkowskich zapisało w swoich konstytucjach neutralność, ale również dlatego, że brakuje nam poczucia prawdziwej europejskiej solidarności. Na codzienne działania Unii nie ma to większego wpływu. Europa doskonale działa jako spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Może być równorzędnym partnerem dla Chin lub USA w rozmowach o handlu lub o zasadach wolnej konkurencji. W kwestiach strategicznych jest jednak bardzo słaba. Na obronność wydajemy olbrzymie sumy pieniędzy, pracując dziś nad 28 modelami wozów opancerzonych i nawet nie wiem ilu czołgów. To głupota i marnotrawstwo. Za te same pieniądze moglibyśmy narobić o wiele więcej hałasu, gdyby tylko każdy kraj wyspecjalizował się w tym, co robi szczególnie dobrze. Polityka energetyczna jest kolejnym strategicznym obszarem, którym nie potrafimy się zająć. Europa nie jest tam, gdzie być powinna.

To, czy będziemy mieli traktat, nie jest najważniejsze. Kluczowe pytania stojące przed Europą brzmią: "Czy nasze interesy są zbieżne?" oraz "Czy mamy wspólne wartości, których będziemy bronić i za które jesteśmy gotowi ginąć?". Jeśli wszystkie rządy zdecydują się mówić jednym głosem, nic nie będzie mogło ich powstrzymać. Do tej pory historia oszczędziła nam konsekwencji naszego niezdecydowania, słabości i wzajemnie sprzecznych działań. To szczęście nie musi jednak trwać wiecznie. Niestety nie mam pojęcia, jak sprawić, by Europejczycy zaczęli zachowywać się poważnie. Proszę spojrzeć na Iran. Co się stanie, jeśli tamtejszy reżim, mimo światowej krytyki i presji ze strony Rady Bezpieczeństwa, będzie kontynuował swój program nuklearny? Czy Europa zacznie mówić jednym głosem? A może niektórzy powiedzą: "Czas na poważne konsekwencje!", a inni odrzekną: "Nic z tego!"?

p

, ur. 1938, konserwatywny historyk niemiecki, były doradca kanclerza Helmuta Kohla ds. międzynarodowych. Studiował w London School of Economics i na Freie Universität w Berlinie. W latach 1988 - 1998 dyrektor Instytutu Badań nad Polityką Międzynarodową w Ebenhausen/Isartal. Obecnie wpływowy publicysta, związany przede wszystkim z gazetą "Die Welt". Do jego najważniejszych książek należą "Das Jahrhundert der Deutschen" (Stulecie Niemiec - 2002) oraz ostatnio wydana "Świat bez porządku światowego. Kto odziedziczy Ziemię?" (Welt ohne Weltordnung. Wer wird die Erde erben? - 2006).

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj