Neojagiellońska doktryna Jerzego Giedroycia to chyba najważniejszy element polskiej polityki zagranicznej po 1989 roku, który nie został poddany krytycznej ocenie przez braci Kaczyńskich. Deklaracje, że w interesie Polski leży niepodległy i w pełni suwerenny byt jej wschodnich sąsiadów, w coraz większym stopniu stają się jednak pustą formułą. Kluczową rolę w tłumieniu polskiego optymizmu odegrała bez wątpienia recydywa oligarchicznych układów, która miała miejsce na Ukrainie po zwycięstwie Pomarańczowej Rewolucji. Brak skutecznego oporu społecznego wobec autorytarnych rządów Aleksandra Łukaszenki na Białorusi jest równie rozczarowujący. Pamięć o stuleciach wspólnego bytu państwowego w coraz mniejszym stopniu jest zdolna mobilizować polskie władze do aktywnego działania na rzecz demokratycznych przemian w Mińsku i Kijowie.
Równolegle ze sceptycyzmem co do możliwości demokratyzacji Ukrainy i Białorusi rośnie w Polsce przekonanie, że sposobem na zmniejszenie zagrożenia ze strony Rosji nie jest budowa "kordonu sanitarnego", lecz jak najściślejsza współpraca w dziedzinie polityki zagranicznej z unijnymi partnerami. W miarę jak Polacy oswajają się z Europą, zapominają o swoich wschodnich sąsiadach i o alternatywnej wobec zachodnioeuropejskiej cywilizacji, którą wraz z nimi próbowali zbudować.
Wizja stworzona przez księcia z Maisons-Laffitte coraz częściej wydaje się być romantyczną utopią.
p
W roku 1994 wyglądało to dość zwyczajnie. Były wybory prezydenckie, pojawił się człowiek, który obiecał ludziom wszystko. Został wybrany i wtedy ujawniła się jego patologiczna żądza władzy. Wiele rzeczy przekonuje mnie, że był to proces inspirowany i popierany przez siły dawnego reżimu. Myślałem, że takie poparcie uzyska kontrkandydat Łukaszenki Wiaczesław Kiebicz, który, będąc od roku 1990 premierem, występował przeciw rozwiązaniu ZSRS, a potem konsekwentnie opowiadał się za zbliżeniem białorusko-rosyjskim. Tymczasem to Łukaszenka został poparty przez siły promoskiewskie. W roku 1996 do Mińska przybyli Wiktor Czernomyrdin, Giennadij Sielezniow i Jegor Strojew - a więc premier Rosji oraz dwaj przewodniczący izb parlamentu rosyjskiego - i podpisali umowę, na mocy której Łukaszenka otrzymywał całkowitą władzę ustawodawczą i wykonawczą.
To była niepodległość jedynie de iure. Mentalność sowiecka polegająca na słuchaniu rozkazów z Moskwy dawała cały czas o sobie znać wśród ludności i elit. Mnie wybrano w roku 1991 na przewodniczącego parlamentu ze strachu - tylko dlatego, że uznano, iż skoro po nieudanym puczu Janajewa zwyciężył na Kremlu obóz reformatorski, to lepiej, by także przewodniczącym Rady Najwyższej Białorusi został reformator. Potem jednak ludzie starego systemu przekonali się, że chcąc być u władzy, nie muszą stosować demokratycznych reguł, a w dodatku, że przez demokrację mogą utracić swój stan posiadania. Stąd ich poparcie dla Łukaszenki.
Na tę sytuację złożyło się kilka czynników. W okresie ZSRS spora część obszaru Białorusi była zmilitaryzowana, co wpłynęło na strukturę społeczeństwa. Kolejna rzecz to mała w porównaniu z Rosją czy Ukrainą skala korupcji. Białoruś nie jest - jak Rosja - krajem bogactw naturalnych ani - jak Ukraina - wielkim spichlerzem. Tu nie było na czym robić wielkich interesów, więc nie było też czym korumpować lokalnej władzy.
Naród białoruski jest specyficzny, bardziej sowiecki niż Rosjanie czy Ukraińcy. Białoruska gospodarka funkcjonuje obecnie opierając się na planie ministerstwa przemysłu i przynosi jej to nawet pewne wymierne korzyści. Ukraina kupuje np. od Białorusi trolejbusy, których nigdy Białoruś nie produkowała, a teraz produkuje, bo Rosja przestała. Nie są to pojazdy wysokiej jakości, ale u naszego południowego sąsiada jest na nie popyt.
Łukaszenka popiera rusyfikację Białorusi. Przychodzi mu to łatwo, bo sam się Białorusinem nie czuje. Wspiera go Cerkiew prawosławna, która od ponad dwóch stuleci należy do głównych rusyfikatorów. Razem z prezydentem kraj objeżdża metropolita Mińska i egzarcha Białorusi Filaret, który oznajmia, że wszelka władza pochodzi od Boga. Państwo marnuje podatki na budowę świątyń prawosławnych i rosyjską architekturę sakralną. Rosja chce uczynić z Białorusi swoją prowincję. Ale Łukaszence zależy nie tylko na poparciu Moskwy, lecz także na zachowaniu suwerennej wobec niej pozycji. To dlatego przed rosyjskimi władzami roztacza obraz rusofobii w rządzonym przez niego kraju, co nie ma żadnego pokrycia w faktach.
To prawda, że Rosja traci na zaniżonych cenach surowców energetycznych. W zamian otrzymuje jednak możliwość bezpłatnego utrzymywania na Białorusi dwóch baz wojskowych. Sama armia białoruska jest faktycznie częścią armii rosyjskiej.
Tu w istocie chodzi o kreowanie sztucznej opozycji, która działałaby pod hasłami importu demokracji z Rosji. Skierowane byłoby to przeciwko jakimkolwiek przejawom białoruskiego odrodzenia narodowego. Przykładem tego, jak Rosja popiera demokrację i ruchy narodowe, może być Czeczenia. Tam u steru władzy został postawiony Ramzan Kadyrow. W czasie pierwszej wojny czeczeńskiej walczył on przeciwko Rosji. Teraz Kreml wypłaca mu kontrybucje, a on może korzystać ze wszystkich lokalnych zasobów naturalnych. Ale niech tylko ktoś wystąpi przeciwko Rosji, Kadyrow zaraz naśle na niego swoich zbirów. Coś podobnego, tyle że w bardziej zeuropeizowanej formie, mamy na Białorusi.
O ile Polska, Litwa i kraje bałtyckie rozumieją, co się dzieje na Białorusi, o tyle w przypadku Europy Zachodniej zaczynają się pewne komplikacje. Tacy politycy jak niemiecka socjaldemokratka Uta Zapf dają wiarę kłamstwom władz w Mińsku. Im się w głowie nie mieści, że jakikolwiek rząd może w tak dużym stopniu dezinformować opinię publiczną. Bezużyteczne okazuje się wspieranie przez Unię Europejską działań na rzecz demokratyzacji Białorusi. Unijna pomoc polega na przekazywaniu środków państwu. A państwo pozostaje w rękach reżimu, który zamiast demokratyzować kraj umacnia swoją kontrolę nad nim.
Słabości wynikają nie z charakteru samej opozycji, ale z warunków, w jakich ona funkcjonuje. A te są nienormalne. Kiedy na Ukrainie wybuchła "pomarańczowa rewolucja", w tamtejszym parlamencie opozycja stanowiła 50 proc. deputowanych. W białoruskiej Radzie Najwyższej nie ma jej już od roku 1996, gdy sfałszowano wyniki wyborów. Na Ukrainie były wolne media, u nas ich nie ma. Jedyna stacja, która nadaje audycje na temat rzeczywistej sytuacji na Białorusi, pozostaje niedostępna dla zwykłych Białorusinów. Jej nadajnik znajduje się w Portugalii. Pozostajemy w stanie kompletnej izolacji informacyjnej. I jeszcze jedna sprawa. Rosja troszczy się o własne interesy, wspierając media i dając ogromne pieniądze. Natomiast Zachód wspiera naród białoruski jedynie moralnie i przez programy edukacyjne. W takich warunkach Rosja wygrywa, a od naszej opozycji zależy niewiele.
p
, ur. 1934. W latach 1991 - 1994 przewodniczący Rady Najwyższej Białorusi. Wraz z Borysem Jelcynem i Leonidem Krawczukiem podpisał w 1991 roku tzw. umowę białowieską rozwiązującą ZSRS. Obecnie związany z koalicją sił popierających Aleksandra Milinkiewicza.