Dziennik Gazeta Prawana logo

Zwycięzcy i przegrani

5 listopada 2007, 12:17
Ten tekst przeczytasz w 18 minut

IV Rzeczpospolita funkcjonuje dziś głównie jako element repertuaru politycznej retoryki. Jedni traktują go jak zawołanie bojowe, inni uznają za doskonały straszak. W ferworze tej walki na słowa niewiele osób zastanawia się, jakie są realne społeczne skutki programu realizowanego przez obecną władzę pod hasłem IV RP. Czy rządzącym udało się jakkolwiek zmienić sytuację poszczególnych segmentów polskiego społeczeństwa?

Na tak postawione przez nas pytanie odpowiada dziś wybitny socjolog Henryk Domański. Jego odpowiedź może być zaskoczeniem zarówno dla zwolenników, jak i przeciwników IV RP. Otóż zmieniło się niewiele. Inteligencja mocno atakowana przez rządzących nie straciła ani na prestiżu, ani na zamożności. Z drugiej strony położenie "ofiar transformacji", które PiS uznaje za swój główny elektorat, także nie uległo zmianie.

p

Nasze postawy i plany kształtowane są w dużym stopniu przez politykę rządu, jednak inaczej wpływa ona na robotników, a inaczej na inteligencję. Inne ma skutki dla chłopów, inne zaś dla ludzi biznesu. Kategorie te są podstawowymi segmentami struktury społecznej w Polsce, między nimi przebiegają najważniejsze podziały, a ich interesy musi brać pod uwagę każda ekipa rządząca. Niektóre z tych kategorii bywają dla rządzących ważniejsze. Przykładem może tu być PRL, w której punktem odniesienia dla polityki komunistycznego rządu była klasa robotnicza. W Stanach Zjednoczonych jednym z deklarowanych publicznie celów ekipy rządzącej jest zaspokojenie potrzeb klasy średniej utożsamianej z ogółem mieszkańców. W corocznym orędziu prezydenta USA termin "klasa średnia" występuje w co trzecim zdaniu jako przedmiot szczególnej troski, w kontekście obniżenia podatków i podniesienia poziomu dochodów.

Odpowiadając na pytanie, czy rząd Jarosława Kaczyńskiego realizuje jakąś "politykę klasową", należałoby oczywiście zaprzeczyć. Władza nie musi jednak postrzegać rzeczywistości w kategoriach "klas", żeby realizować interesy inteligencji czy chłopów. Można się odżegnywać od samej wzbudzającej złe skojarzenia nazwy "klasa", ale wpływ polityki na funkcjonowanie klas społecznych jest obiektywnym faktem, któremu trudno zaprzeczyć.

Przyjrzyjmy się zatem dzisiejszej strukturze klasowej Polski w sposób systematyczny, zaczynając od najwyższych szczebli drabiny społecznej. Na samym szczycie powinna być oczywiście "klasa wyższa", czyli posiadacze wielkich fortun, ludzie o uznanych nazwiskach, powiązani ze sobą stosunkami towarzyskimi, których najwyższa pozycja jest akceptowana przez ogół, bierze się z uznania dla roli tradycji i nie jest kwestionowana jako przejaw niesprawiedliwości społecznej. Przynależności do klasy wyższej nie można kupić za pieniądze. Strażnikami jej ekskluzywności są elitarne szkoły, kluby, zamknięte imprezy rodzinne, a członkostwo w niej przechodzi z pokolenia rodziców na dzieci. W dzisiejszej Polsce nie ma takiej klasy wyższej, odpowiednika przedwojennej arystokracji, i nie stanie się nic złego, jeżeli się ona nie narodzi. W nowoczesnych społeczeństwach klasa wyższa nie jest równie ważna jak inteligencja, właściciele czy chłopi.

Dobre wskaźniki ekonomiczne, obserwowane w okresie rządów PiS, sprzyjają jednak budowaniu wielkich fortun, więc rządy tej partii zapewniają rozwojowi polskiej klasy wyższej odpowiednie warunki ramowe. Trudno jednak przypuszczać, by jej stworzenie było celem braci Kaczyńskich. Byłoby to oczywistym zaprzeczeniem haseł solidaryzmu i walki z nierównościami, stanowiących fundament zwycięstwa wyborczego PiS i dowodziłoby, że istnieją procesy wymykające się spod kontroli rządu, a w najlepszym razie - że struktura społeczna podlega samoistnym prawidłowościom, którymi sterować się nie da.

Kategorią istniejącą naprawdę i usytuowaną na wierzchołku hierarchii społecznej jest elita biznesu. Podstawowym wyznacznikiem jej odrębności jest bogactwo, a wymiernym świadectwem - lista 500 najbogatszych Polaków. Istnienie tej grupy stanowi wyzwanie dla PiS i Samoobrony. Konsekwencja w realizacji zapowiedzi wyborczych nakazywałaby PiS kontrolować majątki elity, ale wolno wierzyć, że jej liderzy od samego początku traktowali obietnice ograniczenia nierówności jako chwyt reklamowy, który trzeba będzie dopasować do realiów gospodarki rynkowej. W ciągu ostatnich dwóch lat koalicja prowadziła rozsądną politykę milczącej akceptacji poczynań wielkiego biznesu. Unikała spektakularnych gestów w rodzaju prześwietlania majątków. Przedstawiciele wielkiego biznesu dostosowali się do tej milczącej kohabitacji i wykazują mniejszą aktywność w krytykowaniu polityki gospodarczej rządu w porównaniu z krytyką poprzednich koalicji, na którą można było sobie pozwolić bez obaw.

Drugą pozycję od góry zajmuje inteligencja, czyli około 10 proc. ogółu dorosłej ludności. Klasa ta obejmuje z jednej strony przedstawicieli starej inteligencji - naukowców, lekarzy, prawników, inżynierów, nauczycieli szkół średnich, dziennikarzy, twórców kultury itd. - którzy wykonują zawody o wysokiej złożoności, wymagające na ogół wyższego wykształcenia i którzy w największym stopniu uczestniczą w tzw. wyższej kulturze. Z drugiej strony mamy do czynienia z nową inteligencją, o nie mniej wysokim statusie edukacyjno-zawodowym, której w poprzednim systemie nie było - specjalistów od marketingu, reklamy, bankowości, finansów. Zapotrzebowanie na wysokiej klasy specjalistów występuje w każdym społeczeństwie i nie inaczej jest u nas. System rynkowy wymusza procesy przekształcania się inteligencji w klasę średnią, przy czym w przypadku Polski wyjątkowo sprzyjającą okolicznością jest stały wzrost zależności zarobków od wyższego wykształcenia. Dla normalnie funkcjonującej klasy politycznej inteligencja byłaby atrakcyjną grupą potencjalnych wyborców - zależy jej bowiem na politycznej stabilizacji i jest ona głównym ośrodkiem modernizacji gospodarki oraz stosunków społecznych. Jest to także klasa liczebnie rosnąca.

Jak wykazują badania opinii publicznej, niechęć inteligencji do PiS jest nieproporcjonalnie wysoka. Nie wynika to z posunięć rządu, które podważałyby jej wysoką pozycję. Kategoria ta cieszy się niezmiennie najwyższym prestiżem, uzyskuje dochody wyższe niż przedstawiciele średniego i drobnego biznesu, niżsi pracownicy umysłowi czy robotnicy oraz zachowuje dominującą pozycję w dziedzinie kultury. PiS niczego nie obiecywało inteligencji, ale też - jeżeli chodzi o warunki materialne i status społeczny - nic jej nie zabrało. Ostatnie strajki nauczycieli i lekarzy wynikają z braku rozwiązań systemowych i obciążają konta wszystkich dotychczasowych rządów w równym stopniu. Obecnej koalicji udało się natomiast zrazić dużą część inteligencji przez naruszenie jej autonomii w sferze wartości. Atrybutami inteligenckości były zawsze: obrona praw mniejszości, tolerancja obyczajowa, niechęć do autorytaryzmu, obrona wolności poglądów, a przede wszystkim - skłonność do krytykowania poczynań władzy wynikająca z przekonania, że "my wiemy lepiej", jak ma być, ponieważ predestynują nas do tego wykształcenie i wiedza. Postawy te są wyzwaniem dla każdego rządu, a tym bardziej dla rządu kierowanego przez PiS, który preferuje raczej autorytarne strategie i forsuje tradycyjne wartości, nie odwołując się do elastyczności myślenia. Efektem zderzenia tych opcji jest nieustanny konflikt z lewicującą i liberalną inteligencją, podsycany okresowymi atakami na intelektualistów i media, które - jak twierdzi rząd - od samego początku propagują nieprawdziwy wizerunek rzeczywistości niekorzystny dla PiS i postanowiły zniechęcić społeczeństwo do władzy.

Konflikt ograniczony do ideologii i sfery wartości nie osłabi pozycji inteligencji, ponieważ w demokracji rynkowej kategoria ta zaspokaja kluczowe potrzeby społeczne. Przypomnijmy kilka oczywistych prawd przesądzających o kluczowym znaczeniu inteligencji dla każdego systemu. Po pierwsze, żaden rząd w Polsce nie odbierze jej wykształcenia, specjalistycznej wiedzy i monopolu w dziedzinie kultury. Po drugie, poza zasięgiem klasy rządzącej jest dystrybucja prestiżu. O najwyższym prestiżu profesora uniwersytetu (niepodważalny fakt, który potwierdzają badania) nie decydują ministrowie, tylko wypadkowa oceny Polaków. Na drugim miejscu w tej hierarchii jest lekarz, na czwartym nauczyciel, a w pierwszej dziesiątce są jeszcze informatyk, dziennikarz, inżynier i sędzia. Po trzecie, poziom zamożności inteligencji jest konsekwencją wysokiego wykształcenia, a w systemie rynkowym nie można tej zależności osłabić bez wywołania negatywnych konsekwencji w gospodarce. Wreszcie, to głównie z szeregów inteligencji rekrutuje się klasa rządząca. Kategoria ta jest pasem transmisyjnym dostępu do władzy, wychodzi się z niej, idzie w górę i wraca. Polityka nie powoduje zerwania więzi z rolą inteligenta i trudno byłoby dowieść, że bracia Kaczyńscy, Ludwik Dorn czy Zbigniew Ziobro kwalifikują się do miana inteligencji w mniejszym stopniu niż Aleksander Kwaśniewski, Donald Tusk czy Jan Rokita.

Wyznacznikiem odrębności kolejnej kategorii, obejmującej właścicieli średnich i małych firm (również jednoosobowych), jest własność środków produkcji. Segment ten ma wiele wspólnego z elitą biznesu. Jednak, o ile stosunki między przedstawicielami wielkiego kapitału a rządem kształtują się na zasadzie paktu o nieagresji, to stosunek rządu do drobnego biznesu zawiera elementy akceptacji. Wśród życzliwych gestów adresowanych przez koalicję do świata drobnej własności na pierwszym miejscu wymieniłbym poparcie dla ograniczenia działalności supermarketów.

Należy wiedzieć, jakimi cechami charakteryzuje się kategoria właścicieli - w przeszłości określana mianem drobnomieszczaństwa - żeby ten sygnał zrozumieć. Dominują w niej właściciele małych sklepów i punktów usługowych, drobni przedsiębiorcy budowlani, rzemieślnicy, ale też samozatrudniający się murarze i właściciele straganów ulicznych. Z badań wynika, że cechuje ich duże poczucie niepewności i lęku wynikające z konkurencji ze strony zagranicznych firm oraz wielkiego biznesu, niedostępności kapitału i konieczności stawienia czoła wyzwaniom rynkowym. Ich stosunek do otaczającej rzeczywistości jest bardziej zachowawczy niż innowacyjny. Nie są otwarci na modernizację, co w zasadniczy sposób odróżnia ich od inteligencji. Żyjąc obawami przed degradacją do klas niższych starają się demonstrować otoczeniu swą pozycję, m.in. naśladując inteligencki styl życia i wzory konsumpcji. W krajach zachodnich nazywani są "starą klasą średnią" dla odróżnienia od "nowej klasy średniej" utożsamianej ze specjalistami w zawodach typu professions.

Tradycjonalizm właścicieli każe widzieć w nich naturalnego sojusznika obecnej klasy rządzącej. Jednak PiS nie adresuje swoich haseł do właścicieli. Prawdopodobnie przeszkadza mu w tym retoryka solidaryzmu, której głównym zadaniem jest podkreślanie wspólnoty interesów szerokiej zbiorowości obejmującej bezrobotnych, emerytów i ludzi pracy porzuconych przez pracodawców i państwo. Nie przewidziano w niej miejsca dla właścicieli firm - być może dlatego, że obecna władza nie widzi różnicy między elektoratami, jakie stanowią wielki kapitał i drobnomieszczaństwo i nie wie, że drobni właściciele są znaczącą liczebnie kategorią jako potencjalni wyborcy. Obejmuje ona około 11 proc. ogółu ludności. Trudno stwierdzić, w jakim stopniu rząd kierowany przez Prawo i Sprawiedliwość wywiera wpływ na pozycję właścicieli w strukturze społecznej i czy w ogóle ją zmienia. Wydaje się, że dzięki ustawom promującym rozwój przedsiębiorczości mógł im pomóc. To samo dotyczy niedawnego (korzystnego dla pracodawców) obniżenia składki rentowej, co nie udawało się poprzednim rządom, oraz ustawy ograniczającej powierzchnię supermarketów.

W środkowych partiach hierarchii społecznej sytuuje się bardzo szeroka i rosnąca liczebnie kategoria pracowników umysłowych, która obejmuje w tej chwili około 30 proc. ogółu ludności. Należą do niej, między innymi, pielęgniarki, technicy, referenci, sprzedawcy. W wyborach parlamentarnych i prezydenckich z 2005 roku właśnie od tego miejsca drabiny społecznej można było dostrzec próby przekonania elektoratu o konieczności postawienia na kandydatów PiS. W porównaniu z inteligencją i właścicielami pracownicy umysłowi lepiej kwalifikowali się do roli przegranych ustrojowej transformacji ze względu na stosunkowo niskie dochody, mniejsze zasoby materialne, niski prestiż i przekonanie o swym niewielkim znaczeniu na scenie publicznej. Niższe w porównaniu z inteligencją kwalifikacje i łatwiejsza zastępowalność ich ról przesądzają o niedużej sile i pozycji rynkowej tej kategorii ludzi.

We wszystkich krajach jej cechą charakterystyczną jest niskie poczucie więzi z zawodem i słaba tożsamość grupowa, a jeżeli chodzi o stosunki na linii pracodawca - pracownik - bierność w zabieganiu o własne interesy.

Przesłanki te pozwalają twierdzić, że pracownicy umysłowi powinni być raczej "łatwą" kategorią dla rządu i wydaje się, że historia ostatnich lat potwierdza ten wniosek. Powody są następujące: nie sytuują się oni na mapie strategicznych decyzji gospodarczych, są "bezbarwni" w życiu publicznym i nie występują z żądaniami podwyżki zarobków za pomocą metod grożących eskalacją konfliktów. Wyjątkiem stał się ostatni protest pielęgniarek, w którym skumulowały się strukturalne słabości systemu opieki zdrowotnej. Ludzi mających świadomość słabej pozycji przetargowej satysfakcjonuje każda władza zapewniająca poczucie socjalnego bezpieczeństwa. Radykalność ich postaw nie sprawia kłopotów - w dziedzinie zatrudnienia poczucie bezpieczeństwa daje im rząd kierowany przez PiS. W ciągu ostatnich lat sytuacja zarobkowa pracowników umysłowych nie poprawiła się, należy jednak pamiętać, że są oni typową kategorią "środka" hierarchii społecznej, których sytuację - z racji wykonywanych ról zawodowych - w niewielkim stopniu można poprawić. Dotyczy to każdego systemu i trudno mieć za złe temu rządowi, że również tego nie zrobił.

Robotnicy, czyli pracownicy fizyczni, pozostają w Polsce największym liczebnie segmentem struktury społecznej, chociaż - podobnie jak we wszystkich nowoczesnych społeczeństwach - ich odsetek maleje. Według najnowszych badań udział robotników w strukturze społecznej kształtuje się w Polsce na poziomie 41 - 43 proc. Kategoria ta zasługuje na szczególną uwagę ze strony każdej elity rządzącej, ponieważ jej członkowie wyróżniają się poczuciem wspólnoty interesów grupowych i odrębności wynikającej z identyfikacji z wykonywanym zawodem. Ze wszystkich klas robotnicy to najtrudniejszy przeciwnik dla rządu. Są zawsze najlepiej zorganizowani i gotowi do walki, jest ich najwięcej, a ich wystąpienia na scenie publicznej cechuje determinacja niewykluczająca użycia przemocy. Klasa robotnicza jest największym przegranym zmiany ustrojowej. O ile w PRL dochody robotników wykwalifikowanych nie odbiegały od dochodów inteligencji, to obecnie nie przewyższają one dochodów pracowników umysłowych. Robotnicy w największym stopniu narażeni są na ryzyko bezrobocia. Stracili prestiż klasy panującej, którym obdarzała ich ideologia poprzedniego systemu. W PRL hasło to zapewniało robotnikom pewne poczucie wartości, mimo że było mitem kreowanym przez władze. System rynkowy pozbawił ich nawet tych złudzeń, zastępując pozytywny wizerunek przodownika pracy stereotypem ograniczonego "robola" o autorytarnych skłonnościach. Wzorem do naśladowania stali się menedżer-specjalista, człowiek sukcesu i rzutki biznesmen - to jeszcze bardziej zaostrzyło zawsze widoczną linię podziału między światem pracy umysłowej i pracy fizycznej.

Rzecz jasna ani PiS, ani żaden inny rząd nie był w stanie zmienić prawidłowości rządzących stratyfikacją w systemie rynkowym, które skazują robotników na bycie gorszymi. Jedynym zasobem, jakim dysponują członkowie tej kategorii w walce z pracodawcami, jest praca fizyczna, co stanowi słaby atut i nie daje im nadziei na społeczny awans. Obecna koalicja nie obiecywała jednak robotnikom poprawy w sensie "przeskoczenia" innych kategorii w hierarchii społecznej lub odzyskania prestiżu. Obietnice kierowane były do ludzi, których można utożsamiać z klasą niższą i rząd o tyle ich dotrzymuje, że wszyscy oni korzystają ze wzrostu realnych dochodów, konsumpcji i spadku bezrobocia. Tym, czego potrzeba robotnikom (chociaż również leży to poza sferą działań, jakich oczekujemy od rządu), jest złagodzenie poczucia deprywacji przez zapewnienie możliwości wpływu na warunki pracy i zabezpieczenie socjalne. Chyba najlepszym wzorem są kraje skandynawskie, w których klasa robotnicza bardziej niż w innych krajach uczestniczy w podejmowaniu decyzji w ramach demokracji związkowej.

W latach 1982 - 2005 liczebność klasy chłopskiej (właściciele gospodarstw rolnych) zmniejszyła się z 23 do 10 proc. polskiego społeczeństwa. Drugą istotną zmianą był wzrost jej rozwarstwienia materialnego; trzecią - wyodrębnianie się zalążkowych warstw farmerów i właścicieli wielkich gospodarstw. Procesy te są naturalną konsekwencją działania rynku i uległy przyspieszeniu po przystąpieniu Polski do UE, tak więc nie zawdzięczamy ich żadnemu rządowi. Pozytywne aspekty modernizacji tej klasy nie zmieniają faktu, że w dalszym ciągu sytuuje się ona na samym dole hierarchii społecznej - w wymiarze położenia materialnego, stylu życia i uczestnictwa w kulturze.

Trzonem klasy chłopskiej są drobni rolnicy, bastion polskiego tradycjonalizmu. Jest to silny elektorat koalicji rządowej. Na uwagę zasługuje unikalne położenie klasy chłopskiej na mapie wyborczej jako kategorii posiadającej dwie partie "klasowe" w postaci PSL i Samoobrony. Przypomina to sytuację monopolisty dyktującego warunki, a jest o co zabiegać, ponieważ rolnicy jak żadna inna kategoria wymagają zabezpieczenia swych interesów. Gwarantem tych zobowiązań jest Andrzej Lepper i wydaje się, że się z nich wywiązywał, nie powodując tym zresztą żadnych skutków dla pozycji społecznej rolników. Żaden rząd nie zmieni logiki stratyfikacji społecznej, która sytuuje rolników na dole hierarchii.

Wymowa powyższych faktów wydaje się neutralna dla koalicji rządowej. Z punktu widzenia poziomu zamożności i zasobów materialnych żaden z wielkich segmentów struktury społecznej niczego w ciągu ostatnich dwóch lat nie zyskał i żaden niczego nie stracił. Nie zmienił się również kształt hierarchii prestiżu, który rzutuje na zadowolenie z życia i poczucie wartości. Struktura społeczna nie reaguje na posunięcia polityków i nawet gdyby rząd bardzo chciał, niewiele pomógłby robotnikom i chłopom, a także niewiele zaszkodziłby mniej preferowanym przez siebie klasom.

p

, ur. 1952, socjolog, jeden z najwybitniejszych polskich badaczy społecznych, obecnie dyrektor Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Zajmuje się głównie problemami uwarstwienia społecznego - kwestiami nierówności, położenia grup społecznych i zmian w ich obrębie. W latach 90. głośne stały się wyniki jego badań pokazujące, w jak niewielkim stopniu transformacja ustrojowa wpłynęła na ruchliwość społeczną i "otwarcie" struktury polskiego społeczeństwa. Opublikował kilkadziesiąt książek - m.in. "Społeczeństwa klasy średniej" (1994), "Hierarchie i bariery społeczne w latach 90." (2000), "O ruchliwości społecznej w Polsce" (2004). W "Europie" nr 133 z 21 października ub.r. opublikowaliśmy jego głos w ankiecie "Czy Polska i Europa skazane są na wymarcie?".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj