Dziennik Gazeta Prawana logo

Lustracja nie spowoduje rewolucji

5 listopada 2007, 12:13
Ten tekst przeczytasz w 173 minuty

Opowieść o IV RP to przede wszystkim historia poszukiwań przełomu politycznego, społecznego lub choćby językowego. Ów przełom, w rozumieniu jego zwolenników, miał nie tylko uwolnić nas od patologii Polski Rywina, lecz także oczyścić polskie życie polityczne, społeczne i gospodarcze z pozostałości PRL: fałszywych hierarchii społecznych, nieformalnych powiązań społecznych nazywanych układem, struktur oligarchicznych...

Nie jest przypadkiem, że za jedno z najefektywniejszych narzędzi takiego przełomu uznano lustrację. Zdaniem Andrzeja Paczkowskiego, jednego z najwybitniejszych polskich historyków zajmującego się historią najnowszą, a także członka Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej, jest bardzo mała szansa, aby w Polsce lustracja istotnie stała się narzędziem specyficznej rewolucji społecznej, zmieniając układ sił w istotnych środowiskach bądź likwidując nieformalne związki polityczno-biznesowe zagrażające państwu lub też czyniące polską demokrację nieprzejrzystą i nieefektywną. Profesor Paczkowski uważa, że lustracja w Polsce powinna być przeprowadzona, sądzi jednak, że u nas będzie ona raczej rodzajem społecznej autoterapii, lecząc środowiska inteligenckie lub dawne środowiska opozycyjne szczególnie infiltrowane przez SB z "kompleksu Judasza".

Andrzej Paczkowski nie wierzy w teorię wywodzącego się z PRL "układu" kontrolującego po roku 1989 polskie społeczeństwo. Uważa jednak, że zbadanie polskiej transformacji pozwoliłoby pokazać, w jaki sposób specyficzny "kapitał społeczny" schyłkowej PRL - powiązania komunistycznych tajnych służb, aparatu partyjnego i gospodarczego - funkcjonował po ustrojowym przełomie.

p

Gwiazda mówił wręcz, że "wszyscy są podejrzani", ale uchylam pytanie o losy IV RP: jestem historykiem, a nie futurologiem. A mówiąc serio, to niewątpliwie sytuacja IPN jest skomplikowana. Do niedawna nawet SLD otwarcie nie żądał jego likwidacji, chociaż wielu posłów i senatorów Sojuszu bardzo ostro krytykowało Instytut i żądało na przykład obcięcia dotacji. Jednak postkomunistyczny mainstream poczuwał się do tego, co sformułowała kiedyś chyba Ewa Milewicz, i uznawał, że "nam jest mniej wolno". Trudno jednak wykluczyć, że jeżeli dojdzie do całkowitej zmiany koalicji, tzn. objęcia władzy przez LiD, powstanie problem likwidacji IPN czy też jego parcelacji między różne instytucje, w tym archiwa państwowe... O to, czy zmiana taka jest możliwa, proszę pytać kogoś innego.



Środowiska, które stworzyły Ligę Polskich Rodzin, nigdy nie były zwolennikami IPN. Np. nie odpowiadała im działalność Biura Edukacji Publicznej i jego publikacje, a także stanowisko, jakie IPN zajął w sprawach Jedwabnego czy pogromu kieleckiego. Później niechęć czy wrogość wzmogły się, gdy wynikły sprawy tajnych współpracowników wśród duchowieństwa. Inne środowiska atakowały historyków z IPN na przykład w związku z badaniami nad rzeziami na Wołyniu czy akcją "Wisła". Myślę, że jeśli w państwie demokratycznym, a więc pluralistycznym, jakaś instytucja jest atakowana i z lewa, i z prawa, to utrzymuje to ją w politycznej równowadze i raczej dobrze o niej świadczy. Obecna sytuacja jest trudna, ale problemy nie zaczęły się ani od wyborów parlamentarnych i prezydenckich w 2005 roku, ani z chwilą objęcia urzędu prezesa przez Janusza Kurtykę. IPN wszedł w okres pewnej destabilizacji już wcześniej. Było to widoczne w związku z takimi sprawami, jak pani Niezabitowskiej czy ojca Hejmo.


Myślę, że większość obecnych zagrożeń wynika z nacisków ze strony polityków, ale na dłuższy dystans jednak z decyzji ustawowych, które zapadły poza IPN. Na przykład z przeniesienia lustracji i utworzenia pionu lustracyjnego.


Moja wiedza na ten temat odpowiada co najwyżej pana wiedzy, ponieważ czytam gazety...



Ale Kolegium nie działa, ponieważ nie jest kompletne. Brakuje dwóch przedstawicieli prezydenta, w związku z tym Kolegium nie może się zebrać, a zgodnie z ustawą rozpoczyna działalność z chwilą odbycia pierwszego posiedzenia.



Poprzednia kadencja skończyła się na początku września 2006 roku, czyli prawie rok temu...



To pytanie nie do mnie. Warto jednak pamiętać, że Kolegium w zasadzie nie ma władzy decyzyjnej, z wyjątkiem jednego - wskazuje kandydata na prezesa i może wnioskować o jego odwołanie. Natomiast ustawa przewiduje, że wiele różnych działań o charakterze formalnym, podejmowanych przez Instytut - takich jak ustanawianie statutu czy regulaminów, przedstawianie Izbom sprawozdań rocznych czy ustalanie planów działalności - powinno być opiniowanych przez Kolegium. Nie wiem, jak sobie prezes Kurtyka daje z tym radę. Zapewne albo falandyzuje, albo odkłada załatwienie do czasu, gdy Kolegium zacznie działać.



Przy powoływaniu poprzedniego składu Kolegium przyjęto zasadę parytetu politycznego. Znaleźli się więc w nim ludzie zgłoszeni przez różne partie parlamentarne, nawet był jeden przedstawiciel SLD, partii, która nie czuła przecież nabożeństwa do tej instytucji. W obecnym składzie Kolegium IPN znaleźli się, do tej pory, tylko kandydaci koalicji rządzącej i rzeczywiście jestem jedynakiem, a prawdę mówiąc "przeczołgałem" się jednym głosem tak jak - zachowując wszystkie proporcje - Jaruzelski w 1989 roku czy Konrad Adenauer w 1949 roku. Nie wiem jednak, czy stan taki jest sam w sobie niebezpieczny. Niedogodnością może być to, że w Kolegium nie ma prawników, a sporo spraw, które są omawiane, wymaga wiedzy prawniczej. Bardziej dysfunkcjonalne w pracy IPN, a być może nawet groźne dla jego istnienia, jest - jak wspomniałem - przekazanie Instytutowi obowiązku prowadzenia lustracji, w dodatku opierając się na tak skomplikowanych regułach, jakie zawierają dwukrotnie nowelizowane, a raz już częściowo zakwestionowane sądownie, ustawy. W kwietniu ubiegłego roku poprzednie Kolegium przyjęło stanowisko, którego ostatni akapit można tu przypomnieć: "Nałożenie na Instytut tak rozległych zadań rodzi niebezpieczeństwo, iż jego działalność zostanie zdominowana przez procedury, które można nazwać lustracyjnymi, ze szkodą dla podstawowych zadań Instytutu, którymi są: ściganie zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu oraz badania nad reżimem komunistycznym i publiczna edukacja w tym zakresie".


Myślę, że najwłaściwszą drogę przyjęli Niemcy: lustracja głęboka, szeroka, ale dyskretna. W miarę możliwości bez sądów, bez prokuratorów, bez adwokatów, bez mediów.



Niemiecka lustracja opiera się na pytaniu kierowanym do archiwum: czy dana osoba była czy nie była współpracownikiem - i odpowiedzi w normalnej korespondencji między dwoma urzędami, między instytucją zatrudniającą jakąś osobę a tzw. Urzędem Gaucka. Można się odwołać od decyzji pracodawcy, ale w normalnym trybie, bez specjalnych sądów i prokuratorów. Polska koncepcja lustracji publicznej wzmogła z jednej strony apetyt, żeby było jak najwięcej tych ujawnień, a z drugiej strony sprzeciw i strach.


Urząd nie podejmował decyzji, a tylko informował. Nie wnikał w szczegóły, chyba że był proszony o dodatkową wykładnię. W rezultacie sprawdzono parę milionów osób i choć nie obyło się bez "zawirowań", to przy znacznie większym zasięgu lustracji ich skala była nieporównanie mniejsza niż u nas. Po części zapewne dlatego, że wobec niektórych grup zawodowych zastosowano opcję zerową. Wszyscy pracownicy naukowi w katedrach marksizmu-leninizmu albo ekonomii politycznej socjalizmu po prostu byli zwalniani z pracy. To samo dotyczyło, oczywiście, funkcjonariuszy Stasi, których chyba tylko 30 zatrudniono w Urzędzie Gaucka, bo byli potrzebni do pomocy w porządkowaniu archiwów. Zredukowano całą służbę zagraniczną, kadrę oficerską itd. Sądzę, że w sumie była to lepsza droga, chociaż i tam nie uniknięto kłopotów. Ale i tak jest już za późno, aby pójść tą drogą.



Jest to kwestia bardzo generalna, na poły filozoficzna: dlaczego po upadku komunizmu powstał jako osobny i stał się tak istotny problem tajnych współpracowników? Po upadku III Rzeszy, faszystowskich Włoch, reżimu Vichy i innych państw kolaboracyjnych pojawiał się, ale nigdy nie był traktowany odrębnie, natomiast po upadku komunizmu stał się problemem samym w sobie. Nie znam badań na ten temat, ale intuicyjnie sądzę, że wynika to z jednej z różnic między prawicowymi reżimami totalitarnymi a komunizmem, czyli totalitaryzmem lewicowym. Np. w III Rzeszy, jeśli nie liczyć terytoriów okupowanych, w zasadzie podstawowym czynnikiem informacyjnym dla ichniejszej bezpieki był donos obywatelski - dobrowolni, z reguły przypadkowi i okazjonalni donosiciele. Nie stworzono z nich instytucji stałego i świadomego tajnego współpracownika, który coś musiał podpisać, stawiać się na spotkania, brać pieniądze albo butelkę koniaku. Instytucję tę obudowano biurokratycznymi procedurami: esbek musiał na wszystko składać wniosek na piśmie, produkować sprawozdania, bywał kontrolowany in situ.


Oczywiście - ludzie zawsze donoszą. Różnica pochodzi zapewne z tego, że komunizm miał większe ambicje, jeżeli chodzi o kontrolowanie społeczeństwa, niż nazizm czy faszyzm włoski. Być może wynika to też z samego sposobu zdobycia władzy.



Zdobywają władzę siłą, nie mając legitymizacji prawnej. Mussolini w pewnym sensie ją miał, wprawdzie nominację wymusił, ale to król go mianował. Hitler wygrał wybory i w związku z tym, przy całej okropności tego określenia, był to "demokratyczny totalitaryzm" powstały z woli wyborców. Hitler wierzył więc w to, że lud go popiera, a przynajmniej ta większość, która głosowała za nim i nie wycofywała swojego poparcia. Natomiast w komunizmie - na pewno w jego wariancie środkowoeuropejskim, w tym polskim - władcy mieli chyba poczucie, że zdobyli władzę siłą, wbrew większości. Być może Hitler nie bał się swoich rodaków tak, jak Stalin bał się obywateli sowieckich.



W 1944 roku w całej Generalnej Guberni było 1800 gestapowców, a w 1947 roku w jednym tylko Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego we Wrocławiu było bodaj 1400 funkcjonariuszy. To pokazuje różnicę. Być może to, o czym mówimy, wynika też z różnicy kulturowej. Kultura protestancka jest oparta na jakimś rodzaju samokontroli: wspólnota sama donosi, gdy ktoś zauważy coś niepokojącego, biegnie na policję. W kulturze katolickiej państwo, przynajmniej od XVIII wieku, jest niemal wrogiem, nie kolaboruje się z nim itd. Ale to tylko luźne dywagacje, bo we Włoszech faszystowskich, kraju katolickim, też były to raczej zwykłe donosy.



W Polsce problem lustracji ma chyba specjalną rangę, większą niż w Niemczech, Czechach, na Słowacji, na Węgrzech. Sądzę, iż w wielu środowiskach politycznych i społecznych - znacznie liczniejszych niż np. w Niemczech - istnieje silnie zakorzenione przekonanie, nawet pewność, że agentem jest się do końca życia. Nie można być "byłym agentem", gdyż wciąż pozostaje się w jakimś układzie, który jest czymś, co w państwie demokratycznym jest niegodne, przeszkadza w jego normalnym funkcjonowaniu i utrudnia nam życie. Ponadto: szukamy winnych tego, jak przebiega transformacja, tego że tak wielu z nas straciło swój status zawodowy, pytamy, skąd się wzięły fortuny i dlaczego jest tylu bezrobotnych.



Wiara we wszechobecność i wszechmoc układu czyni z lustracji aktualny problem polityczny, społeczny i gospodarczy. Ale tak może być wszędzie: w Rumunii, na Węgrzech czy w Czechach. W przypadku Polski jest jednak dodatkowy powód: tutaj tajni współpracownicy nie działali w anonimowej masie społecznej, ale przede wszystkim w dosyć rozległych środowiskach, które w różny sposób stawiały świadomy opór czy nawet wręcz walczyły z systemem. Po upadku komunizmu w tych środowiskach - a przynajmniej części z nich, bo na przykład Kościół do nich nie należał - pojawiło się dążenie do szukania sprawiedliwości, a więc między innymi do ujawnienia tych, którzy jako tajni współpracownicy działali przeciwko nim. Od powstania "Solidarności" środowiska te były nieporównanie liczniejsze niż w innych państwach komunistycznych.



Nawet. Bo problem tajnych współpracowników, czy w ogóle lustracji, w państwie demokratycznym można podzielić na kilka elementów. Jeden to jest normalny clearing, sprawdzanie osób powoływanych na jakieś stanowisko państwowe...



Tak. Dotyczy to byłego TW na wysokim stanowisku państwowym, a zwłaszcza takiego, który chce ukryć swoją przeszłość. Eliminuje się ich z ważnych miejsc w aparacie państwa na takich samych zasadach, na jakich stara się eliminować narkomana z funkcji komendanta policji czy nawet zwykłego "krawężnika". To jest jeden element. Drugi to wspomniana sprawiedliwość społeczna. Ktoś, kto oszukiwał najbliższych sobie ludzi, donosząc na nich, jest w jakiś sposób splamiony. Stąd ten dziwny na pozór fakt, że mało kto zajmuje się ubekami, natomiast ludzie z wielką pasją zajmują się tajnymi współpracownikami.



Ubek działał z odkrytą przyłbicą. Był funkcjonariuszem totalitarnego, zbrodniczego państwa, ale na ogół wiadomo było, kim jest. On nie zdradzał - po prostu brał pensję za to, że niszczył, łamał, rozpracowywał ludzi. Tymczasem przypadek tajnego współpracownika jest zupełnie inny: to był Judasz. Rodzi to chęć, żeby go wskazać, zdemaskować. Może jest to uczucie zdrożne, ale bardzo ludzkie i ma bardzo silny społeczny rezonans. I trzeci wreszcie segment problemu lustracji to jest problem "układu", przekonanie, które teoretycznie jest bardzo klarowne - zostało opisane m.in. przez Andrzeja Zybertowicza, a przedtem przez Jadwigę Staniszkis - że zarówno funkcjonariusze, jak i ich tajni współpracownicy są nadal połączeni ukrytymi więzami, które nie mogły same z siebie przestać istnieć, a z których po 1989 roku powstała jakaś nowa jakość. W rozumowaniu tym kryje się pewna pułapka. Gdy czytam to, co pisze Andrzej Zybertowicz, mogę uznać, że wszystko to jest logiczne, a wywód jest zwartą strukturą. Brakuje mi jednak wystarczającej liczby konkretnych przykładów. Jestem historykiem, a nie teoretykiem i moją wiedzę wolę oprzeć na empirii. Tymczasem z nią jest kiepsko, bo nawet jak się jakieś exemplum trafi, to nie jest pewne i na ogół niewyjaśnione do końca. Pan Żemek był TW, no dobrze, ale czy z tego wynika, że pieniądze z FOZZ poszły do byłego ministra spraw wewnętrznych lub do Centrali w Moskwie? Nie potrafimy tego sprawdzić i wizje, świetnie domknięte intelektualnie, zawisają w próżni. Oczywiste jest, że niektórzy ludzie czy niektóre środowiska w nowej sytuacji społeczno-politycznej wykorzystują swoje umiejętności, kapitał społeczny, bo umieli pewne rzeczy zrobić, znali języki, wiedzieli, jak funkcjonują banki itd. Ale to jeszcze nie jest wystarczający dowód na to, że istnieje układ, czyli sterowana sieć powiązań i interesów działająca w imieniu i na rzecz jakiejś centrali. W rozumowaniu takim jest błąd percepcji podobny do tego, jaki popełniało Biuro Polityczne KC PZPR, wyobrażając sobie, że Prezydium Komisji Krajowej "Solidarności" to jest instancja podobna do nich - zbiera się raz na tydzień, podejmuje decyzje i ma całą drabinę hierarchiczną, po której rozkazy płyną w dół, a aparat wszystko posłusznie wykonuje. A tak przecież nie było.



Może ten esbek był "ludzkim człowiekiem", nie bił, nie wyrywał paznokci, to i ja będę wobec niego ludzki... Tak, są takie sytuacje, ale sądzę, że najczęściej są to po prostu nisze przetrwalnikowe: ktoś (esbek) szuka możliwości przetrwania w zmieniających się warunkach, a inny korzysta z jego umiejętności. Ale czy z tego wynika, że funkcjonariusze IV Departamentu, którzy zostali po 1990 roku zatrudnieni przez biskupów, odtwarzają ów departament, kierują Kościołem, decydują kto i gdzie będzie biskupem?



Oczywiście, że powinni wiedzieć. Nawet jeżeli nie chcą wiedzieć. I dlatego uważam, że to, co dzieje się teraz, jest niedobre także dlatego, że IPN nie może się skoncentrować na opisywaniu aparatu bezpieczeństwa i różnych służb specjalnych w okresie komunizmu. A tylko robiąc takie badania, zamiast mówić o mniej lub bardziej mitycznym układzie, można poznać nazwiska, struktury, lokale, konta itd. Jeżeli IPN będzie zawalany obowiązkami, które w rozumieniu polityków mają być uczestnictwem w rewolucji, to zrobi się z niego śmietnik, a nie instytucja badawcza. IPN wykonuje naprawdę poważną pracę, żeby pokazać system komunistyczny, nie tylko robiąc wystawy tak potrzebne, jak "Twarze bezpieki". Podstawową funkcją Instytutu jest to, że on przechowuje akta, publikuje je, publikuje przewodniki, informatory, monografie - niech po nich hasają publicyści, poeci, dramatopisarze, obojętnie kto. Tymczasem ta najważniejsza część pracy IPN jest niedoceniana. Niech pan spróbuje zgadnąć, jaka jest najbliższa konferencja międzynarodowa organizowana przez IPN (zresztą wspólnie z Instytutem Studiów Politycznych PAN, w którego siedzibie teraz rozmawiamy). Podpowiem: odbędzie się w końcu września tego roku w Szklarskiej Porębie. Tak, to 60. rocznica powstania Kominformu i konferencja będzie dotyczyć partii komunistycznych w latach 1944 - 1956. Nie będzie na niej mowy o tajnych współpracownikach czy ubekach, ale o tych, którzy stali nad nimi, o tym, jak komuniści zdobyli władzę i jak ją utrwalali. W przyszłym roku na grudzień jest już zarezerwowana sala w dawnym gmachu KC PZPR, gdzie odbędzie się konferencja na sześćdziesięciolecie powstania PZPR. Tymczasem media topią nas w informacjach, że jakiś aktor albo i reżyser zostali zwerbowani...



Nie, nie izolując od interpretacji, bo one są bardzo ważne, ale izolując od wyrywania z archiwów strzępów informacji przydatnych z punktu widzenia doraźnie politycznego albo wręcz komercyjnego...



Jeżeli chodzi o dra Gontarczyka, to zwracam uwagę, iż pisze on pod nazwiskiem. Pretensje można mieć do historyków czy archiwistów, którzy stają się anonimowym źródłem przecieków medialnych. Ale jest inna sprawa: historyk, żeby dobrze wykonywać swój zawód, powinien mieć pasję, ale nie powinien mieć misji. Jest różnica między pasją a misją. Mnie to fascynuje, chcę to poznać, chcę, żeby inni to poznali, wobec tego siedzę, męczę się, męczę innych, ale to nie jest misja, poczucie, że w ten sposób zbawię świat. Nie robię tego po to, żeby zmienić świat, ale żeby po prostu opowiedzieć o czymś, co się wydarzyło. Nie jestem pewien, czy dr Gontarczyk należy do "misjonarzy", choć niewątpliwie często razi jego język, niekiedy apodyktyczne czy nawet brutalnie wyrażane sądy. Niedawno jednak np. pisał, iż "sam fakt, że ktoś wiele lat temu (...) był agentem komunistycznej policji politycznej, nie jest żadnym dowodem, że dziś kieruje się w swej działalności poleceniami tamtych przełożonych". Nie histeryzujmy więc.



Biorąc pod uwagę liczbę pracowników IPN, historyków i archiwistów, chyba bardzo niewielu w sposób otwarty deklaruje swoją misję, choć może są tacy, którzy mają poczucie misji, ale się z tym konspirują (choć to sprzeczne samo w sobie). Gdyby wśród kilkuset archiwistów i historyków wszyscy robili tylko to, o co posądzają ich przeciwnicy, to w gazetach nie byłoby nic innego niż TW. Skoro takich osobników było zapewne około miliona, to byłoby o czym pisać. Tak więc ogromna większość archiwistów czy pracowników BEP robi to, co wynika bezpośrednio z ustawy. Jedni troszczą się o dokumenty, o to, żeby je zakonserwować, żeby mogły być udostępniane, inni zajmują się ich analizą i publikowaniem, jeszcze inni robieniem wystaw, konkursów, szkoleniem nauczycieli itd. Ale rzeczywiście jest ogromna presja, polityczna i medialna, przed którą zapewne zbyt często ludzie z IPN uginają się. A jeszcze gorsze niż uginanie się pod presją jest wyprzedzanie życzeń.



Sądzę, że jest to mylne przekonanie. Ujawniając tajnych współpracowników, robiąc lustrację, nie przyspiesza się rewolucji, bo po tylu latach jest to raczej sposób na kompensowanie pewnych frustracji, próby wyjścia ze stanu nieukontentowania, który pewnie wszyscy w różnym stopniu odczuwamy. Lustracja w takim zakresie jest odpowiedzią na "kompleks Judasza", o którym już mówiłem. Nie uzdrawia w skali państwa, ale może rzecz jasna być jakimś jednostkowym katharsis, jak była zapewne dla Petera Rainy, który podjął bolesną decyzję i opublikował książkę o tym, jak donosiła na niego jego własna żona. Może też dać satysfakcję jakiejś grupie ludzi, czego przykładem może być to, co się stało w Nowej Hucie z TW "Kałamarzem", który publicznie wyznał swoją współpracę, do czego był zresztą nakłaniany. On płakał, świadkowie byli poruszeni - to było rozładowanie jakiegoś napięcia. Ale oczywiście to nie ma nic wspólnego z "układem", bo dotyczy tajnych współpracowników w strukturach demokratycznej opozycji czy podziemnej "Solidarności", a przecież ten układ, który wedle dosyć powszechnej opinii przygniata Polskę, to nie są tajni współpracownicy z komisji zakładowych. To mogą być TW z Centrali Zbytu Materiałów Pędnych, z Banku Handlowego, z jakiegoś tam Polifaksu czy innego Polikopu, z Ministerstwa Finansów itd. A w jeszcze większym stopniu zajmujący się nimi etatowi funkcjonariusze wywiadu czy kontrwywiadu.



Dlaczego nie? Ale to nie ja, oczywiście, ale sąd będzie decydował, czy im się zabierze te pieniądze jako bezprawnie nabyte, czy też ich dzieci będą nimi obracały dalej. To są właśnie rzeczy, które warto by zbadać, ale czy w IPN będzie czas na takie badania, skoro gazety pasjonują się człowiekiem, którego milicja złapała, jak trochę napity jechał trabantem i SB go zwerbowała? Pan wie, co to był wywiad, Departament I? Otóż od lat 60. większość pracowników departamentu wywiadu pracowała w Polsce. W każdym ministerstwie gospodarczym była osobna komórka wywiadu. Czytałem materiały dotyczące siedmiu lat działania takiej komórki w Ministerstwie Przemysłu Maszynowego. To za ich pośrednictwem dyrektor zamawiał, a wywiad szukał; albo wywiad coś znajdował i pytał, czy się przyda. Ci esbecy zajmowali się wyłącznie transferem - do polskiego przemysłu i naszych instytutów badawczych oraz do Związku Sowieckiego - technologii pozyskiwanych na Zachodzie. To oni mieli kontakty, to oni mogli po 1989 roku swój kapitał społeczny wykorzystać - znali dyrektorów zjednoczeń, dużych fabryk, niektórzy z nich byli ich TW, chociaż na ogół działali jako kontakty operacyjne. Koledzy, którzy byli na placówkach za granicą, mieli tam swoje kontakty informacyjne ludzi, od których kupowali urządzenia, plany, licencje i przemycali je do bloku wschodniego. Znane firmy zachodnie nieraz szły na tajne układy. Np. Fiat zgodził się na transfer do Polski technologii dotyczących wież czołgowych, co było całkowicie nielegalne z uwagi na embargo. Ktoś ze strony MSW to negocjował. Jeżeli możemy mówić o układzie, o tym, że ludzie z dawnych służb wpływają na życie gospodarcze, finansowe, to właśnie takie rzeczy trzeba badać, a nie, kto był TW w Komisji Zakładowej u Cegielskiego. To jest ważne dla cegielszczaków, to jest ważne dla poznania tego, jak działał system, to jest bardzo ważna część historii społecznej Polski i Polaków, ale dla obecnego państwa polskiego ważny jest raczej ten, kto był pracownikiem wywiadu w Ministerstwie Przemysłu Maszynowego.



Mnie to osobiście nie interesuje, ale zdaję sobie sprawę, że z akt IPN wypływa jakaś wiedza, która naprawdę naszemu państwu może się przydać. Przede wszystkim jest to wiedza o esbekach, osobach organizujących operacje w obszarze technologii czy finansów. Znalazłem taki drobiażdżek: jest rok 1988, lipiec czy sierpień, MSW pisze do Moskwy, że ma możliwość pozyskania ("odpłatnie") dokumentacji dotyczącej europejskiego satelity komunikacyjnego. Naszych to oczywiście nie interesuje, bo tu nie ma co z tą wiedzą zrobić, ale może towarzysze radzieccy są tym zainteresowani. Przychodzi odpowiedź: tak. W wyniku operacji przekazano do Moskwy pięć filmów. Pół roku później, w lutym 1990, KGB ocenia, że było to interesujące i wypłaca trzy tysiące dolarów. Z wyjątkiem owego mikrofilmu zachowała się w IPN cała dokumentacja, nawet kwity parkingowe i bilety kolejowe. Może później ów rezydent wykorzystał ówczesne kontakty, założył z tamtym facetem biznes (niekoniecznie kradzieży technologii), który do dziś nieźle prosperuje. Ale czy można go ukarać? Skazać za to, że szpiegował na rzecz PRL? Obojętnie, ale uważam, że jeśli ktoś chce naprawdę szukać "układu", to taki fakt jest ważniejszy - choć zapewne nie tak ciekawy - niż kolejny superagent w najbardziej znanym stołecznym teatrze czy nawet w Zarządzie Regionu "Solidarności". Problem, przynajmniej częściowo, leży w tym, że te różne płaszczyzny zostały dokumentnie pomieszane. A wszystko ma robić IPN...

p

, ur. 1938, historyk, alpinista. Jeden z czołowych badaczy dziejów najnowszych, w szczególności struktur i mechanizmów decyzyjnych partii komunistycznej. Zajmował się także historią prasy i polskiego ruchu ludowego. Jest kierownikiem Zakładu Historii Najnowszej w Instytucie Studiów Politycznych PAN, wykłada w prywatnej warszawskiej uczelni Collegium Civitas. W kwietniu został wybrany przez Sejm do Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj