Dziennik Gazeta Prawana logo

Liberalizacja rynków zagraża ludziom

5 listopada 2007, 12:13
Ten tekst przeczytasz w 12 minut

Im więcej wolnego handlu, tym silniejsza presja na dostawców dóbr i usług. Jednym ze sposobów radzenia sobie w tych warunkach jest obniżanie płac, a w skali makro - cięcia podatków. Tak zaczyna się "wyścig na dno", w którym nie chodzi o osiągnięcie jakiegoś optymalnego poziomu, lecz o to, by być tańszym od innych członków Unii

p

Europejski model społeczny" oznacza, że państwo poczuwa się do odpowiedzialności za ograniczanie rozwarstwienia społeczeństwa. Społeczna sprawiedliwość jest ważniejsza od efektywności, przynajmniej w obecnych europejskich warunkach, kiedy gospodarki działają całkiem sprawnie. Niestety, istnieje realne ryzyko, że Europa postawi na efektywność kosztem dialogu społecznego i opieki społecznej. Wynika ono z procesu integracji europejskiej. Wspólny rynek wymusza zniesienie mechanizmów ochronnych, a to oznacza, że narodowe gospodarki stawia się w o wiele bardziej bezpośredniej konkurencji. Im więcej wolnego handlu, tym silniejsza presja na dostawców dóbr i usług. Jednym ze sposobów radzenia sobie w tych warunkach jest obniżanie podatków i kosztów zatrudnienia. Co gorsza, chodzi tu nie tyle o osiągnięcie jakiegoś optymalnego poziomu, lecz o to, by być tańszym od innych członków Unii. W rezultacie całkiem realną perspektywą staje się coś, co po angielsku nazywane bywa "wyścigiem na dno". W każdym wypadku konkurencja podatkowa i cięcie kosztów systemu ubezpieczeń społecznych sprawiają, że integracja nie sprzyja trwaniu szczodrych państw opiekuńczych.

Małe państwa - Austria lub Irlandia - radzą sobie o wiele lepiej niż duże. Niemcy, Francja i Włochy znalazły się jednak w poważnych kłopotach. Z jakiegoś powodu - nie wiadomo dokładnie dlaczego - rozmiar ma znaczenie. Ludzie żyjący w tych dużych i drogich gospodarkach mają wszelkie powody, by obawiać się, że inwestorzy uciekną...

W żadnym wypadku. Widać dziś bardzo wyraźnie, że w dużych krajach różnice między regionami rosną. Na przykład w Niemczech południe rozkwita, a północny wschód pogrąża się w marazmie. Unijne fundusze strukturalne i polityka regionalna miały być odpowiedzią na ten problem, ale tak się nie stało. Przekazanie kompetencji, o którym pan mówi, tylko przyspieszyłoby ten proces rozwarstwienia. Powinniśmy dążyć w odwrotnym kierunku: polityka społeczna musi być zharmonizowana na poziomie narodowym, a dobrze byłoby zharmonizować ją również na poziomie europejskim. Tylko w ten sposób możemy stworzyć warunki dla równej konkurencji.

Istotnie, Monachium ma od paru lat opinię miasta najbardziej sprzyjającego inwestorom. Jeżeli jednak spojrzymy na ten problem w dłuższej perspektywie czasowej, okaże się, że przez parę dziesięcioleci Bawaria była odbiorcą netto dotacji z budżetu federalnego. Wzmocniwszy w ten sposób swoją gospodarkę, rząd krajowy zaczął potem wywierać nacisk na regionalizację polityki społecznej. Składka na ubezpieczenie od bezrobocia spadłaby w Bawarii do 3 - 4 proc., a w Meklemburgii wzrosłaby do 16 proc. To byłoby po prostu nie fair. Dlatego jestem zwolennikiem przeniesienia decyzji dotyczących polityki społecznej na poziom Unii. Główną przeszkodą jest oczywiście zasada subsydiarności.

Żeby nie było nieporozumień - nie proponuję finansowania polityki społecznej z unijnego budżetu, a jedynie jej koordynację. Stopień opiekuńczości państwa powinien być uzależniony, jak proponuje to Fritz Scharpf, od PKB na głowę mieszkańca. Im bogatszy kraj, tym większy procent PKB powinien być przeznaczony na politykę społeczną i edukację. Absolutne minimum wydatków na te cele powinno być ustalone na poziomie 20 procent.

Z samego pojęcia liberalizacji wynika, że stanowi ona zagrożenie dla ludzi - najmniej efektywny producent powinien zniknąć z rynku. Ofiary konkurencji powinny uzyskać pewne zadośćuczynienie. Liberalizacja usług jest w pełni dopuszczalna tylko wtedy, jeśli ci, którzy na niej stracą, dostaną drugą szansę. We wschodnich Niemczech są miasteczka, gdzie ustała praktycznie jakakolwiek aktywność gospodarcza. Ludzie, którzy w nich mieszkają, nie dostali drugiej szansy.

Pytanie brzmi, jak zapewnić równocześnie bezpieczeństwo i bodźce do działania. Nie jestem zresztą pewien, czy mieszkańcy dawnej NRD rzeczywiście zostali "rozpuszczeni". Równoczesna dezindustrializacja i masowa emigracja sprawiły, że ci, którzy nie wyjechali na zachód, nie byli w stanie nic zrobić, bez względu na to, jak silne były zachęty.

Politycy obawiają się, że takie posunięcie tylko zwiększyłoby nadmiar siły roboczej. Zgodnie z niemieckim prawem płace za taką samą pracę wykonywaną w tym samym miejscu powinny być wyrównane. Jeśli średnia płaca w budownictwie wynosi 18 euro, nikt nie może pracować za mniej niż 16. Metodą zwiększenia popytu na siłę roboczą mogłoby oczywiście być zniesienie tych ograniczeń, ale polityczne reperkusje takiego posunięcia mogłyby być katastrofalne. Nie jestem zresztą pewien, czy w skali makro byłoby to dobre dla gospodarki. Mniejsze płace oznaczają mniejszy popyt, a więc - jak chce Keynes - słabszy wzrost gospodarczy. Okresy przejściowe, jakie nałożono na swobodę przepływu siły roboczej, mają dać ludziom ze starych państw członkowskich czas na przygotowanie się do zwiększonej konkurencji. Pytanie, czy wystarczy to, by uczynić wspólny europejski rynek pracy znośnym dla tych, którzy na jego powstaniu stracą. Po drugie pracownicy z nowych państw członkowskich nie osiedliliby się w Niemczech, a jedynie pracowali w nich, wysyłając zarobione pieniądze z powrotem do swoich krajów. Sytuacja w dawnej NRD mogłaby zaś polepszyć się tylko wtedy, gdyby imigracja była na stałe. Osobiście jestem za liberalizacją przepływu siły roboczej, o ile wiąże się ze zmianą miejsca stałego zamieszkania.

Oczywiście. Choć nie uważałbym tego za przejaw powrotu nacjonalizmów. Podstawowym kryterium oceny, czy konkurencja z czyjejś strony jest uczciwa, czy nie, jest to, czy obowiązują ją takie same zasady. Wewnątrz państw członkowskich te zasady są rzeczywiście takie same dla wszystkich. Najbardziej efektywni odnoszą sukces, najmniej efektywni bankrutują. W Unii Europejskiej te zasady nie są równe, bo wyprodukowanie czegoś w Polsce jest za sprawą niższych kosztów pracy o wiele tańsze niż wytworzenie takiej samej rzeczy we Francji. Stosowanie przez Słowację czy Estonię podatku liniowego jest przejawem nieuczciwej konkurencji. Nieuczciwej zarówno w stosunku do innych państw członkowskich, jak i w stosunku do lokalnej ludności, bo podatek liniowy oznacza, że lepiej zarabiający nie ponoszą proporcjonalnego ciężaru utrzymania państwa.

Zgadzam się z drugim argumentem, jakiego pan użył. Jednak w preferencyjnym traktowaniu kryje się pułapka. Przez pół wieku Berlin Zachodni był w strukturalnie upośledzonej pozycji wobec RFN ze względu na koszty transportu i fakt, że nie mógł się rozrastać. To upośledzenie było rekompensowane preferencjami podatkowymi. Gdyby Berlin ich nie otrzymał, ludzie wyjechaliby z miasta i jego utrzymanie stałoby się jeszcze bardziej kosztowne. Polityka wyrównywania szans została porzucona po zjednoczeniu, lecz berlińczycy nie mogli się przyzwyczaić do nowej sytuacji. Opłakany stan, w jakim Berlin znajduje się dzisiaj, jest konsekwencją niemożności mentalnego przystosowania się do faktu, że taryfa ulgowa się skończyła.

Jego częścią powinna być odbudowa zagrożonych elementów państwa opiekuńczego na poziomie europejskim. Jestem przeciwnikiem zasady subsydiarności, która w teorii pozostawia do decyzji państw członkowskich to, jak wiele bezpieczeństwa chcą zapewnić swoim obywatelom. Proces integracji podważa jednak, znosząc ograniczenia konkurencji, zdolność do suwerennego działania w dziedzinie polityki społecznej. Skoro tak, to UE powinna zająć się prowadzeniem tej polityki. Zwalczanie biedy powinno stać się obowiązkiem państw członkowskich. Pomogłoby to ustabilizować migrację z nowych do starych państw członkowskich, która w wielu wypadkach wynika z biedy w tych pierwszych, a nie popytu na siłę roboczą w tych drugich. W Bułgarii 40 proc. społeczeństwa żyje poniżej minimum socjalnego. Nic więc dziwnego, że 20 proc. Bułgarów wyjechało za chlebem za granicę. "Eurorenta" wypłacana w wysokości pozwalającej uniknąć biedy wszystkim Europejczykom i niezniechęcająca przez to do podejmowania pracy byłaby właściwym rozwiązaniem.

Wszelkie działania na rzecz podniesienia kapitału ludzkiego, czyli przede wszystkim ochrona zdrowia i oświata. Poszczególne państwa mogą też wypracowywać dobre sposoby radzenia sobie z ochroną środowiska, polityką energetyczną, bezpieczeństwem, zwalczaniem przestępczości - pole do konstruktywnej konkurencji jest ciągle duże. Nie wspominając już o tym, że delikatne kwestie kulturowe i polityka rodzinna chyba na zawsze pozostaną na poziomie narodowym. Europa nie będzie miała sukcesów ani w "pogłębianiu" ani w "poszerzaniu", jeśli nie stworzy całościowego systemu zapewniającego minimum socjalnego bezpieczeństwa.

Europejskiego demosu rzeczywiście nie ma, a narodowe historie składające się w dużej mierze z wojen przeciw sobie nawzajem są dobrze pamiętane. Tego nie da się przekreślić, bo nie można czegoś celowo zapomnieć. Oprócz historii Europa podzielona jest przez języki, religie i czyni ją to bardzo odmienną od Stanów Zjednoczonych. Te ograniczenia można jednak przezwyciężyć. Powiem więcej - właśnie dlatego, że nie stanowimy jednego narodu, jednej wspólnoty politycznej, musimy stworzyć instytucjonalne ramy dla solidarności - nie możemy bowiem liczyć na spontaniczne oddolne odruchy.

Zacznę od analogii z USA przywołanej ostatnio przez belgijskiego premiera Guya Verhosftadta w książce "Stany Zjednoczone Europy". To, co wydarzyło się w Filadelfii w 1787 roku, było szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Delegaci skonfederowanych państw wzięli na siebie odpowiedzialność, której im nie powierzono. Jakkolwiek byśmy nie cenili intelektualnych przymiotów Federalistów, nie powinniśmy zapominać, że amerykańska konstytucja powstała w drodze puczu i uzurpacji. W realiach dzisiejszej Europy coś takiego nie byłoby możliwe. Wątpię też, by zaistniały ponownie warunki, które w XIX i XX wieku towarzyszyły narodzinom państw narodowych. Bez względu na to, czy państwa te powstały w wyniku odłączenia się od imperium, czy też zjednoczenia pozostałych po feudalizmie księstw i miast, wolność, emancypacja jednostek i mas odgrywała w tym procesie znaczącą rolę. Unia Europejska nie może dawać żadnej obietnicy wolności, bo Europejczycy i tak czują się już wolni. Na połączeniu się w jeden naród nie mogą nic zyskać. Zresztą, wcale to nie jest konieczne. Wystarczy uświadomić sobie wspólnotę interesów i postępować w sposób racjonalny.

p

, ur. 1940, socjolog i politolog. Uczeń Jürgena Habermasa, badacz struktur państwa opiekuńczego i mechanizmów rządzących społeczeństwami późnego kapitalizmu. Interesuje się również transformacją ustrojową i gospodarczą w Europie Środkowej i Wschodniej, dynamiką integracji europejskiej oraz ostatnio percepcją USA przez europejskich intelektualistów. Wykładał na wielu niemieckich uniwersytetach, od roku 2005 jest profesorem prywatnej berlińskiej Hertie School of Governance.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj