Adam Zagajewski to jeden z najwybitniejszych współczesnych polskich poetów. Zasłynął w latach 70. poetyckim manifestem "Świat nieprzedstawiony" (napisanym wspólnie z Julianem Kornhauserem). Krytykował w nim ówczesną poezję za ucieczkę od rzeczywistości. Domagał się od niej, by spróbowała opisać otaczający świat ze wszystkimi jego wynaturzeniami. Dziś tak właśnie określa zadanie nowoczesnej poezji w ogóle: zbliżenie się do rzeczy przyziemnych i wydobycie z nich poetyckiego sensu. Poeta musi nieustannie "negocjować" między tym, co wysokie, a tym, co niskie. I znosić związane z tym napięcie.
W rozmowie z "Europą" Zagajewski zastanawia się też nad innym, podobnym napięciem: między pobożnością a szyderstwem. To napięcie określa jego zdaniem nowoczesną polskość. Jej wielkimi postaciami byli w XX wieku Gombrowicz i Miłosz. Ten pierwszy reprezentował ducha ironii, która zwalcza wszystkie raz na zawsze ustalone prawdy. Ten drugi poszukiwał skupienia, które miało wiele wspólnego z wiarą, choć zarazem zawierało element wątpienia. Obaj potrafili być nowoczesnymi Polakami, nie stając się jednocześnie "ofiarami polskości".
p
Ale to wcale nie jest tak, że ja postuluję prymat poezji nad filozofią. Być może sądzi pani tak, ponieważ zawodowo zajmuję się pisaniem wierszy, więc siłą rzeczy
poezja jest mi bliższa. Nasza dzisiejsza kultura wsparta jest na różnych filarach. Filar poetycki i filar filozoficzny to różne perspektywy, które nie składają się na jedną totalność.
Kultura zachodnia to wielka i mocno skłócona rodzina, do której należy i poeta, i filozof, i racjonalista, i mistyk. Sam studiowałem wprawdzie filozofię, ale już od początku ze
świadomością, że będę pisał wiersze, a nie traktaty. W filozofii podziwiam mnóstwo rzeczy: potęgę myślenia, jaką posiadał choćby Heidegger, dla którego słowo
"myślenie" oznaczało wymiary niedostępne dla większości ludzi, niezdolnych do tak wnikliwej analizy pojęć. Poezja nie jest w stanie wyprzeć filozofii - nie ma takiej
ambicji, zajmuje zupełnie inne pole. Tu można niekiedy zapomnieć o "problemach" i po prostu usłyszeć głos pewnej konkretnej osoby.
Tak, ale dla mnie poezja to język, który określa się w równie silnym kontraście wobec takich dziedzin, jak choćby dziennikarstwo czy nauka, polityka czy dyskurs zdroworozsądkowy. Urokiem
poezji jest w gruncie rzeczy jej niedefiniowalność. Co zbliża ją do języka religii, z którą ma wiele wspólnego, zwłaszcza pewną żarliwość poznawczą. Poezja jest, moim zdaniem,
(przynajmniej dla niektórych poetów) religijna, ale - co ważne - religijna dyskretnie, nienachalnie. Namiętnie, a jednocześnie subtelnie...
To ogromnie złożona kwestia, ta religijność poezji. Wprowadziłbym tu pewien gruby podział, który tylko w niewielkim stopniu oddaje sprawiedliwość tej komplikacji: podział na poetów,
którzy wiedzą, i poetów, którzy nie wiedzą. Dante na pewno zaliczał się do tej pierwszej kategorii: on nie poszukiwał, on wiedział. Podobnie poeci metafizyczni: dla nich materiał wiary był
czymś danym. Nawet Hopkins, jak sądzę, nie poszukiwał. Nic nie ujmując tym wspaniałym poetom, osobiście wolę tę drugą tradycję - tradycję poszukiwania, często po omacku. Tu mistrzem jest
Hölderlin, który nic nie wie, tylko ciągle przyzywa i pragnie - to jest dla mnie niezwykle wzruszające i bliskie. Religijność nie od strony znajdowania, lecz poszukiwania. To jest też dla mnie
dyskrecja.
Ja tak Hölderlina nie czytam. Przecież w jego wierszach znajdujemy też poczucie klęski - osobistej (jego dramat miłosny) i politycznej. To poezja bardzo osobista, niewinna, pisana przez
samotnika. Dla mnie jest on dyskretny także w tym sensie, że nie przynależy do żadnej określonej religii. Miesza Jezusa z Dionizosem - już sam ten zlepek świadczy o tym, że nie mamy tu do
czynienia z żadną dokonaną syntezą, lecz z ciągłym poszukiwaniem i tęsknotą.
Ale od czasów romantyzmu wiele się w poezji zmieniło. Dzisiaj sytuacja poety, który chce w swej twórczości zachować jakąś powagę i element wzniosłości, jest bardzo trudna i w gruncie
rzeczy skazuje na izolację. Główny ton dzisiejszej poezji to ton ironii, która jest rewersem poszukiwania.
Tak mi się wydaje. To nie jest ironia romantyczna, która była częścią poetyckiego marzenia, lecz ironia światopoglądowa. Nie chcę się tu zresztą skarżyć - ta odrobina dyskomfortu w
niczym nie przeszkadza w samym akcie pisania, ma naturę czysto społeczną. W Polsce jestem przez pewne pokolenie postrzegany jako dinozaur, ale być może już poeci młodsi od tej generacji widzą
sprawy inaczej.
Jak wiele osób mam tendencję do ubolewania nad upadkiem kultury oraz zwycięstwem popkultury nad kulturą prawdziwą. ň propos poezji, też zdarza mi się narzekać, że przeważa w niej postawa,
którą ktoś dowcipnie nazwał "urban irony", miejską ironią, ale tak naprawdę sytuację tę postrzegam jako szansę. I to nie tylko dla mnie, ale dla wszystkich, którzy
chcieliby pisać poezję poważną. To szansa odpowiedzi na coraz silniej ujawniającą się potrzebę tego rodzaju myślenia. Ktoś w końcu czyta moje książki, czyli są one komuś do czegoś
przydatne. A kto rządzi, naprawdę nie wiem i zupełnie mnie to nie interesuje. Natomiast podziemie ostatnio kojarzy się raczej z modnymi barami.
Nie, dla mnie "Zaklęcie" to nie jest szczególnie wielki wiersz. Miłosz ma dwa typy wierszy: pisanych "z idei" i "z doświadczenia",
"Zaklęcie" oczywiście należy do pierwszej kategorii. W ostatniej książce mniej o tym piszę, ale najbardziej w poezji pociąga mnie negocjacja świata wysokiego z niskim.
Przychodzi mi w tym kontekście do głowy angielski poeta Geoffrey Hill, trudny, czasem irytujący, czasem nadzwyczajny. To żarliwy anglikanin, który zamyka oczy na świat współczesny i idzie od
razu najkrótszą drogą do swych bohaterów: Joanny D'Arc, Bonhoeffera... Także Jana Sobieskiego. Ma małą gminę wyznawców, tak małą, że czasem miewa kłopoty z wydawaniem swojej poezji. To
poeta, który nie wdaje się w żadne negocjacje ze współczesnością. Ale to nie jest mój temperament. Nowoczesność ma tę zaletę, że istnieje, a tym samym nie można jej zignorować.
Płomień życia duchowego musi w ten świat wejść i rozpocząć rozmowę, w żadnym sensie nie wolno tego świata odrzucić.
Tak, to wspaniała i nadal absolutnie aktualna definicja piękna nowoczesnego, w którym jest element wieczności i element mody. Problem tylko w tym, że dla wielu artystów liczy się wyłącznie
to ostatnie - moda. Ale wracając do Miłosza: to jest poeta absolutnie negocjujący, zwłaszcza w swej ostatniej fazie. Weźmy choćby taki wiersz - wielki wiersz - jak "Rue
Descartes". Przedtem, kiedy sądził, że jest poetą zapomnianym, zdarzało mu się pisać wiersze pełne arystokratycznej pogardy dla świata, ale to się zmieniło w ostatnich dwóch
dekadach jego życia.
Tak, to szczególny przypadek ironii i szczególny przypadek wielkiej poezji. U Herberta znajdziemy i ironię, i ogromne poczucie humoru. Jest taki wczesny wiersz "Objawienie",
gdzie Herbert pisze, że już już był bliski ostatecznego olśnienia, kiedy nagle do drzwi zadzwonił listonosz. W wierszu tym krzyżują się dwa impulsy - samotniczy bądź mistyczny i
społeczny, pragnący komunikacji z innymi ludźmi. Ironia, czy może raczej humor, polega tu na tym, że jeden impuls niszczy drugi - choć nie do końca... Herbert jest poetą najgłębiej
antyideologicznym, nigdy nie zamienia ironii w narzędzie walki światopoglądowej. Jeden z jego najpiękniejszych wierszy to "Nike która się waha" - sam Herbert często się waha
między emocją i ironią, między odwagą Don Kichota i zdrowym rozsądkiem Sancho Pansy. Myślę, że kochamy go także za to tak ludzkie wahanie się... Robespierre się nie waha, Lenin także
nie...
Cioran to ciekawy przypadek - w pewnym momencie zabija on w sobie i poetę, i filozofa. Odtąd nie stawia już światu żadnych pytań, jego myślenie kieruje się wyłącznie niechęcią do siebie i
do rzeczywistości.
I sam nieustannie o tym pisze, to jest właściwie jego jedyny temat... Widać, jak filozof zamienia się w stylistę, olśniewającego zresztą.
Z tym że Cioran nienawidził strukturalizmu i tego szaleństwa mówienia wyłącznie o języku. Często wspomina o tym, jak irytowały go setki książek o "langage". Sam jednak,
mimo że marzył o wielkich tematach, poniekąd też uległ językowi - przez swój kult eleganckiej frazy, poszukiwanie "le mot juste", jak mówią Francuzi.
W eseju tym zaliczam Gombrowicza do gromady myślicieli podejrzanych. Moi przyjaciele śmieją się ze mnie, że mam słabość do myśli reakcyjnej. I rzeczywiście, czytam nawet Carla Schmitta,
choć w sposób zupełnie chaotyczny, czytam też Ernsta Jüngera. Bo tak naprawdę modernizm został stworzony przez "antimodernes", przez reakcyjnych poetów takich, jak Eliot,
Pound i Yeats, przez wielkie umysły nienawidzące nowoczesności. Wydaje mi się, że oni wiedzą coś bardzo ważnego: wiedzą mianowicie, co tracimy w życiu nowoczesnym...
Tracimy rycerskość, Boga, tajemnicę, pewną trudną do zdefiniowania "wielkość". Tracimy ostrość nazywania rzeczy. (Oczywiście bardzo wiele też zyskujemy - nie jestem
reakcjonistą). Wchodzimy na teren nieustających debat. Przypomina mi się Maurice Barre`s, który pod koniec życia zapytany o to, czego się najbardziej wstydzi, powiedział, że wstydzi się
tego, iż w parlamencie zawsze głosował tylko na swoją partię. Tracimy więc pewną bezstronność. Pożera nas namiętność demokracji, żywioł stronniczej polityczności. Reakcyjność jest
wówczas sprzeciwem duszy wobec gry demokratycznych pozorów. Ja głosuję na partię demokratyczną - ale fascynują mnie ci myśliciele, którzy nieustannie przypominają nam, co utraciliśmy. Nie
uważam przy tym, by mieli nam oni coś wartościowego do powiedzenia w kwestiach politycznych - wybory Schmitta czy Jüngera są odstręczające - sądzę raczej, że ich atrakcyjność leży w tym,
co niepolityczne: w obstawaniu przy wysokich wymiarach życia coraz bardziej lekceważonych przez nowoczesność.
Trudno powiedzieć. W. B. Yeats, jeden z moich ukochanych poetów, też przecież walczący z nowoczesnością, chyba nie zdawał sobie z tego sprawy - chociaż korzystał oczywiście z nowoczesnych
przywilejów. Wracając zaś do Gombrowicza - to postać czysto literacka, pozbawiona poglądów politycznych, spełniająca się całkowicie w kawiarnianym żywiole "Literackiej".
Dlatego wpisuję go na chwilę do obozu podejrzanych, żeby za moment go stamtąd wypisać. Gombrowicz jest tak agoniczny, że nie chce należeć nigdzie.
Polska istotnie jest kulturą amorficzną, ponieważ ciągle się stwarza. W porównaniu do Anglików czy Francuzów jesteśmy młodym narodem. Żyjemy teraz w kluczowym momencie, już po wielkim
pokoleniu, które na nowo zdefiniowało polskość (zaliczam do tej generacji Gombrowicza i Miłosza) i sądzę, że stoi przed nami zadanie kontynuacji.
W największym skrócie na przeciągnięciu linii łączącej polską kondycję wiecznej przegranej z uniwersalną sytuacją człowieka. Skarga zamienia się w refleksję, hymn albo groteskę -
zależy od autora. Pojawia się twarde odniesienie metafizyczne.
Chociaż nigdy nie mieliśmy tak wielkiej na to szansy... Ale tu nie chodzi tylko o stosunek do nowoczesności. To, co udało się modernistom, to ukazanie w polskiej perspektywie zagadnień
uniwersalnych. I na odwrót: włączenie polskości, z jej sprawami i lokalnym cierpieniem, w wielką konwersację ludzkości.
Krytyka nielojalna jest i tak sto razy lepsza od samouwielbienia, które jest u nas najtańszym towarem... Fatalny jest także ciągły nawrót dwu wielkich pokus polskiej kultury: skrajnego i
zadowolonego z siebie prowincjonalizmu oraz skrajnego małpowania modnych wzorów. A przecież był taki okres, kiedy wydawało się, w latach 70., że inteligencja polska przyswoiła sobie
Gombrowicza, i że będzie przyglądała się uważnie, realistycznie własnemu losowi.
.
Niestety. Myślę, że tak jak kulturę francuską określa napięcie między Montaigne'em i Pascalem, tak polską kulturę w jej nowej definicji określa napięcie między Gombrowiczem i Miłoszem.
Gombrowicz i Miłosz to wielki dialog, nieomal na miarę Montaigne'a i Pascala. Pytanie tylko, jak utrzymać to napięcie. Pytanie, czy młode pokolenie będzie w stanie nawiązać do tej niezwykle
wyrafinowanej rozmowy, która bardzo podbiła stawkę polskiej kultury.
U Gombrowicza polskość to wymiar polemiczny, agoniczny, przekorny. U Miłosza natomiast polskość definiuje się przez pobożność najwyższej klasy: pobożność nasyconą największą
inteligencją; to religijność, która przejawia się w miłości do tego, co jest. Mamy tu spór między pobożnością a szyderstwem - potrzebujemy jednego i drugiego. Przy czym religijność
Miłosza jest nieustannie nadgryzana przez wątpliwości, dlatego można powiedzieć, że kawałek Gombrowicza w Miłosza wszedł. Gombrowicz jest bardziej czystym Gombrowiczem niż Miłosz czystym
Miłoszem. W Miłoszu jest śmiech i ironia, które jednocześnie nie podważają jego fundamentalnej religijności. Obaj jednak mają perspektywę uniwersalną: człowiek w ogóle patrzy w
Gombrowiczu na Polaka - tak jak u Norwida, który mawiał, że Polak w Polaku wielkim jest, a człowiek w Polaku bardzo małym. I podobnie jak uniwersalne jest szyderstwo Gombrowicza, tak uniwersalna
jest pobożność Miłosza. Miłosz nie kocha Polski, tylko Boga, byt, choć bycia Polakiem nie odrzuca. Obaj pozostają Polakami, nigdy jednak nie stają się ofiarami polskości.
p
*, ur. 1945, poeta, eseista, tłumacz, jeden z najbardziej znanych za granicą polskich twórców. W latach 70. związany z ruchem Nowej Fali. Po podpisaniu w 1975 roku Listu 59 objęty zakazem druku. W latach 80. mieszkał w Paryżu. Wykłada na uniwersytecie w Houston. Wydał m.in. zbiory wierszy "Sklepy mięsne" (1975), "Jechać do Lwowa" (1985), "Ziemia ognista" (1994), zbiory esejów "Świat nieprzedstawiony" (1974), "Drugi oddech" (1978), "Obrona żarliwości" (2002). Jego najnowsza książka, zbiór szkiców "Poeta rozmawia z filozofem" (poświęconych m.in. Miłoszowi, Herbertowi, I. Kerteszowi i E. Cioranowi) ukazała się w czerwcu 2007 roku nakładem Zeszytów Literackich.