Lektura wywiadu Macieja Nowickiego z Edwardem O. Wilsonem, tak jak wcześniej spotkanie z książkami i tezami ojca założyciela socjobiologii, robi wstrząsające wrażenie. To zachodnia nowoczesność w swojej najbardziej ekstremalnej postaci. Ekstremalność nie polega tu wcale na walce z religią czy piętnowaniu konserwatywnych zachowań i instytucji. Przeciwnie, żarliwi polityczni antyklerykałowie, młodzi marksiści walczący nieustannie z burżuazyjnym społeczeńswem wydają się z tej perspektywy tak samo naiwni i anachroniczni jak religijni tradycjonaliści.
Radykalizm Wilsona i radykalizm zachodniej nowoczesności to radykalizm odczarowania, akceptacja dla religijnych wiar i społecznych instytucji jako narzędzi gatunkowego przystosowania, naszych odpowiedników kłów i pazurów, które pozwoliły człowiekowi pokonać inne gatunki i uczynić ziemię sobie poddaną. To zabawne, że równie redukcyjny co Wilson był w swoim stosunku do religii Hayek, papież neokonserwatystów. Ale neokoni, szczególnie po swoim politycznym nawróceniu na chrześcijaństwo, szybko o tym zapomnieli.
Jednocześnie Wilson nie wierzy w naturalistyczną utopię będącą zapleczem wielu współczesnych krytyk kultury i cywilizacji. Człowiek, nawet gdyby porzucił "religijne przesądy" i "kulturową represję", nie powróci do raju natury, bo takiego raju nie ma. Posłuchajmy tylko tego badacza społeczeństw zwierzęcych i ludzkich: "Zwierzęta wdają się w bratobójcze walki, których podłożem jest dominacja albo spory o terytorium, zabijają swoje dzieci, praktykują kanibalizm. Ludzie mają bardzo wyraźne skłonności do zachowań agresywnych, jednak bardzo daleko nam do tego, by zasłużyć sobie na miano najbardziej krwiożerczych zwierząt".
Uczestniczymy w zepsuciu natury, ale mamy też własne gatunkowe narzędzia, żeby sobie z tym zepsuciem radzić. Wilson zalicza do nich religijną wiarę, altruizm środowiskowy i gatunkowy, daleki od tego, jaki spaja społeczeństwo mrówek, ale i tak wzmacniający nasze szanse przetrwania.
Choć zachodni rozum w wykonaniu Wilsona nie jest agresywny wobec religii, między takim rozumem i wiarą trudno zbudować kompromis. Nikt nie lubi być traktowany jak preparat i analizowany w taki sposób, że przestają się liczyć jego subiektywne intencje. Szczególnie chrześcijanie. Bez entuzjazmu reagowali już na Woltera, który przecież tolerował ich Boga, uznał go za społecznie użytecznego. A przy tezach Wilsona wolteriańskie aforyzmy na temat Boga jako najpożyteczniejszego z ludzkich wynalazków brzmią bardzo niewinnie. Zatem nie wywikłamy się z bardzo nowoczesnej wojny o dominację pomiędzy rozumem i wiarą. Lepiej jednak, żeby była prowadzona tak subtelnymi środkami retorycznymi, niż gdyby miała wylać się na ulice, niszcząc polityczną wspólnotę i społeczny pokój.