Dziennik Gazeta Prawana logo

Anachronizmy rządów Kaczyńskich

5 listopada 2007, 12:17
Ten tekst przeczytasz w 14 minut

David Ost, wieloletni badacz polskiej opozycji antykomunistycznej, ocenia w ślad za Henrykiem Domańskim i Andrzejem Nowakiem ("Europa" nr 173 z 28 lipca br.) dwa lata rządów PiS. Przyznaje, że hasło "Polski Solidarnej", pod którym partia ta wygrała wybory, nie było pustym frazesem - nowa ekipa nadrobiła przynajmniej część zaniedbań liberałów z okresu po 1989 roku - lecz generalnie pozostaje krytyczny wobec zarówno idei IV Rzeczpospolitej, jak i sposobu jej wykonania. Anachronizm i uleganie spiskowej wizji świata są głównymi zarzutami, jakie formułuje wobec braci Kaczyńskich.

Spośród dwóch sposobów postrzegania wspólnoty politycznej - jako jednolity naród lub jako zróżnicowane społeczeństwo obywatelskie - politycy PiS zdecydowanie wolą ten pierwszy, właściwy dla XIX i pierwszej połowy XX wieku, a nie dla czasów współczesnych. Konsekwencje tego wyboru wykraczają daleko poza sferę języka i symboliki. Wiara, że naród rzeczywiście stanowi jedność i jako taki może mieć tylko spójne interesy, sprawia, że wszelkie przejawy odmienności opinii traktowane są jako zaprzaństwo i zdrada. Postrzegając rzeczywistość w ten sposób, nie jest się w stanie dostrzec tego, co dla ludzi o nowoczesnym, liberalnym światopoglądzie jest oczywiste - że społeczeństwo składa się z bardzo różnych grup o często przeciwnych interesach.

Przekonanie, że konflikt i sprzeciw wobec dobrotliwej władzy nie są rzeczą naturalną, prowadzi braci Kaczyńskich do tropienia wrogich narodowi sił, które je rzekomo podsycają. "Ciągle słychać, że nie przypadkiem akurat teraz wybuchł strajk lub pojawił się przeciek. Język władzy cofnął się o jakieś 50 lat i zaczął przypominać język Stalina, według którego walka klasowa zaostrzała się właśnie na etapie socjalistycznym" - zauważa Ost.

p

Dwa lata po kampanii wyborczej, w której PiS rzucił hasło "Polski Solidarnej", można zaryzykować stwierdzenie, że nie było ono pustym frazesem. Oprócz becikowego, które jest w gruncie rzeczy drobnym krokiem w stronę państwa opiekuńczego, wymienić należy rządowe kampanie na rzecz przestrzegania przepisów BHP czy prawa do urlopów. Po siedemnastu latach transformacji nagle dostrzeżono, że są to ważne sprawy. Po długich targach osiągnięto kompromis w sprawie ustawy nakazującej zamykanie sklepów w dwanaście świątecznych dni w roku. Pomyślnie zakończono również - choć to akurat jest zasługą Unii Europejskiej, która wydała odpowiednią dyrektywę - prace nad ustawą o radach pracowniczych w przedsiębiorstwach. To wszystko stanowi pewien namacalny postęp na tle liberalnych i mało wrażliwych na kwestie społeczne rządów, które sprawowały władzę po 1989 roku.

Również wyborcze zapowiedzi zwalczania korupcji okazały się mieć pokrycie w czynach. I to nie tylko na szczytach władzy, lecz także w codziennym życiu. Kampania antykorupcyjna w służbie zdrowia jest bez wątpienia rzeczą godną pochwały, choć nie sposób nie zauważyć, że jest skazana na klęskę, jeżeli nie towarzyszy jej kompleksowa reforma całego systemu opieki medycznej, której rząd albo nie potrafi, albo nie chce przeprowadzić.

To nie jedyne zastrzeżenie. Z wyjątkiem becikowego wszystkie te prospołeczne działania nic nie kosztują rządu, który bardzo unika dodatkowego obciążania budżetu. Zmiany są wymuszane na sektorze prywatnym - co jest chyba rzeczą dobrą, bo tworzy się on od wielu już lat i najwyższy czas, żeby przestano traktować go w sposób ulgowy - i sprowadzają się do egzekwowania już istniejącego prawa. Trudno w tej sytuacji mówić o rozwoju polityki społecznej czy - jak pewnie wolałby nazywać ją rząd - "solidarystycznej". Po drugie, trudno ocenić skuteczność powyższych działań. Nie wiadomo, w jakim stopniu kampanie medialne na rzecz BHP czy urlopów doprowadziły do realnej poprawy sytuacji w zakładach pracy. W przypadku wspomnianych rad pracowniczych wiadomo, że w zakładach, w których nie ma związków zawodowych, powstaje ich bardzo mało. Po trzecie - to rzecz bardzo istotna, wiele mówiąca o stylu sprawowania władzy - wszystkie zmiany na lepsze są wynikiem dobrej woli i łaskawości rządu, a nie negocjacji. Po czwarte wreszcie, wyraźnie widać, że zwalczając korupcję, PiS zwalcza także swoich politycznych konkurentów. Problem, który jest w swojej istocie problemem strukturalnym, przedstawiany jest jako wina konkretnych złych ludzi w innym obozie politycznym. Stawia to pod znakiem zapytania zarówno szczerość intencji rządzących, jak również ich zdolność do systemowego myślenia o państwie i społeczeństwie.

W ciągu ostatnich dziesięciu tygodni, jakie spędziłem w Polsce, uderzyło mnie to, w jakim stopniu częścią codziennej rutyny premiera Kaczyńskiego stało się potępianie przeciwników i dopatrywanie się w każdym pojawiającym się problemie celowego działania przeciwko rządowi. Wszystko, co się nie udaje, to wynik złośliwego zachowania konkretnych, wrogich osób. Ciągle słychać, że "nie przypadkiem akurat teraz" wybuchł strajk lub pojawił się przeciek (przy czym przecieki będące akurat wynikiem działalności PiS uważane są za rzecz normalną). Pobrzmiewa w tym echo słynnego stwierdzenia Stalina, że walka klasowa zaostrza się na etapie socjalistycznym. To brutalne skojarzenie, ale formułowane pod adresem braci Kaczyńskich zarzuty autorytaryzmu trzeba traktować poważnie. Władza, która wierzy, że jest prześladowana przez własne społeczeństwo, zawsze jest niebezpieczna.

Sposób myślenia obecnych polskich przywódców przypomina mi moje zatrzymanie w roku 1982, w drugą rocznicę powstania "Solidarności", przez łódzką milicję. W ciągu długiego przesłuchania zadawano mi w zasadzie tylko jedno pytanie: "Kto kazał panu przyjechać do Łodzi?". Możliwość, że mogłem dobrowolnie, z własnej nieprzymuszonej woli tam pojechać, była wykluczona. Tak samo wykluczone jest według Kaczyńskich, by pielęgniarki same z siebie zaczęły strajkować, a intelektualiści spontanicznie napisali protest. Ta niewiara w zdarzenia losowe i pluralizm działań, preferencji i opinii sprawia, że polityka, zamiast procesem ścierania się odmiennych wizji, postrzegana jest w stary bolszewicki sposób - "kto-kogo?".

Ludziom, którzy mówią o tym, że demokracja jest zagrożona, Kaczyńscy ciągle przypominają, że nikomu nie zamyka się ust i że nikt nie siedzi w więzieniu. Przedstawiają to jednak tak, jakby była to ich jakaś szczególna zasługa - zdają się mówić "mimo wszystko się powstrzymujemy". To rodzi obawy, że może traktują to przestrzeganie podstawowych demokratycznych standardów jako chwilowe ustępstwo.

Jedyną grupą, która za krytykę rządu nie spotka się ze zmasowanym kontratakiem jest Kościół, zwłaszcza ten skupiony wokół Radia Maryja. Jest tak dlatego, że ku obopólnemu zadowoleniu Kościół stał się podporą rządu, a sporadyczna krytyka, której się dopuszcza, opiera się na zarzucie nadmiaru, a nie braku demokracji i liberalizmu. Parę miesięcy po wyborach, na początku 2006 roku, "Polityka" opublikowała ciekawy wywiad z pewnym księdzem, według którego zróżnicowanie i konflikty społeczne stanowią element liberalno-demokratycznej wizji społeczeństwa. Liberałowie do tego stopnia upodobali sobie rozjątrzanie, że "strzelili sobie w stopę", powołując komisję śledczą do zbadania sprawy Rywina. Ale nie wszyscy podzielają te pluralistyczne i liberalne wartości - nowa władza na przykład nie podziela. A ponieważ to za nią opowiedziała się większość wyborców, to w nowej Polsce różnicowania i podziałów nie będzie.

I rzeczywiście. Ze wszystkich rządów po 1989 roku obecny gabinet jest tym, który najchętniej operuje kategorią narodu i najrzadziej zwraca uwagę na społeczeństwo obywatelskie. Premier w wywiadzie dla "Dziennika" jasno powiedział, że jest to świadomy wybór ideologiczny, a nie zbieg okoliczności. O ile społeczeństwo obywatelskie jest z założenia zróżnicowane, to naród jest kategorią jednoczącą. Oprócz wszystkich innych rzeczy wynika z tego, że przedstawiciele narodu - szczególnie prezydent i premier - powinni być traktowani z szacunkiem i respektem. Brak takiego szacunku wykracza poza normy walki politycznej i stanowi zamach na jedność narodu. Nadwrażliwość na krytykę jest zatem czymś więcej niż osobowościową cechą braci Kaczyńskich - to ważny element ich wizji świata.

Opozycja między narodem a społeczeństwem obywatelskim jest w Polsce zjawiskiem stosunkowo nowym. W okresie komunizmu obie kategorie można było jakoś połączyć, głównie dzięki temu, że miały wspólnego wroga. System tłumił zarówno wolność jednostek, jak i - ponieważ utrzymywał się dzięki poparciu Sowietów - ducha narodu. Opozycja mogła więc działać równocześnie na rzecz wyzwolenia narodu i społecznej różnorodności. Kiedy komunizm upadł, okazało się, że kluczowa dla społeczeństwa obywatelskiego możliwość samorealizacji jest sprzeczna z kultywacją narodowych tradycji - przynajmniej w tej formie, w jakiej ceni je prawica - a dążenie do narodowej jedności osłabia zróżnicowanie, które jest konstytutywną cechą współczesnego społeczeństwa. Mimo wszystkich zapewnień o poszukiwaniu optymalnej dla Polski drogi modernizacji wizja Kaczyńskich jest w gruncie rzeczy antymodernistyczna. Licznych i różnorodnych nurtów społecznych, które stanowią istotę nowoczesności, nie da się przecież kontrolować i sprowadzić do wspólnego narodowego mianownika.

Bardzo pouczający w tym kontekście jest sposób, w jaki Kaczyńscy starają się zmienić wizerunek pierwszej "Solidarności". Lata 1980 - 1981 były jedynym istotnym ze światowej perspektywy momentem polskiej historii w ostatnim stuleciu. Próba, całkiem udana, stworzenia demokratycznego społeczeństwa w dyktatorskim państwie była ewenementem. Kaczyńscy starają się jednak pozbawić "Solidarność" tej uniwersalistycznej wartości i zredukować ją do kategorii jeszcze jednego powstania narodowego - obarczonego zresztą wielką liczbą zdrajców, szpiegów, prowokatorów i agentów w polskich szeregach.

Jestem daleki od dopatrywania się w praktyce obecnego gabinetu jakichś świadomych inspiracji poprzednim systemem, choć nie od rzeczy jest przypomnieć, że według Bronisława Łagowskiego czy Andrzeja Walickiego między rokiem 1956 a 1989 w Polsce panował nie komunizm, lecz swoista odmiana nacjonalizmu. Gierek czy Jaruzelski nie mówili przecież o walce klas, lecz o jedności narodu. W każdym razie politycy PiS prezentują sposób myślenia bardzo podobny do tego, który cechował aparatczyków z PZPR: rząd wie najlepiej, jest dobry i mądry, a konflikt społeczny może tylko szkodzić. Kiedy konfliktu nie ma, to rząd jest w stanie zadowalać ludzi. Więc lepiej, żeby konfliktu nie było. Tyle tylko, że konflikt jest przejawem normalności, zupełnie prawidłową konsekwencją tego, że w dynamicznym i skomplikowanym świecie działania jednej grupy społecznej mają wpływ na położenie innej.

Bracia Kaczyńscy chcą nie tylko świata bez konfliktów, lecz także - co jest dążeniem równie mało realnym - pełnej kontroli nad rzeczywistością. Na każdym kroku podkreślają, że nic nie robią pod presją - wszystko z własnej nieprzymuszonej woli. W trakcie ostatniego protestu pielęgniarek premier przez parę dni podsycał napięcie tylko po to, by nie dopuścić do mało w gruncie rzeczy zobowiązującego spotkania ze strajkującymi, które mogłoby sprawić wrażenie ich zwycięstwa. To kolejne podobieństwo do PRL. Również wtedy władze chętnie poprawiały warunki pracy i podwyższały pensje - o ile tylko mogły robić to z własnej woli, a nie dlatego, że ludzie się tego domagali. Choć nie tylko PRL-owskie rządy działały w ten sposób. Na początku lat 90. dawni solidarnościowi opozycjoniści również byli przekonani, że w imię budowy poparcia dla rządu trzeba stłumić podziały społeczne, a na ich artykulację pozwolić dopiero później, kiedy demokracja będzie już skonsolidowana. Zawsze uważałem, że to był kolosalny błąd, bo liberałowie oddali w ten sposób pole ludziom prawicy, która przez pewien czas jako jedyna odpowiadała na społeczną frustrację przemianami.

Mogłoby się wydawać, że opozycja między narodem a społeczeństwem obywatelskim, podział na zwolenników tradycjonalistycznej i liberalnej wizji wspólnoty politycznej stanowi oczywistą i trwałą cechę współczesnego polskiego społeczeństwa. Nie sądzę, by tak było. Część PO, głównej partii opozycyjnej, chciałaby koalicji z PiS i chęć ta jest odwzajemniona, bo w PiS są również liberałowie, dla których nawet troska o przestrzeganie zasad BHP to nadmiar rządowej interwencji. A większość Polaków i tak zmienia polityczne preferencje między jednymi a drugimi wyborami parlamentarnymi.

Dlatego jeśli miałbym formułować jakieś prognozy co do tego, kto odbuduje w Polsce etos i program liberalnej demokracji, to wskazałbym raczej lewicę. Wymagać to będzie oczywiście poważnej pracy nad programem i nad tym, by program ten był brany na serio. Do znudzenia powtarzane hasła o społecznej odpowiedzialności państwa i o poparciu dla integracji europejskiej nie zatarły jak na razie pamięci o rządach Leszka Millera, który sam definiował się jako ekonomiczny liberał i który otrzymał od brytyjskich konserwatystów nagrodę za obronę suwerenności państw narodowych w UE. W tej sytuacji wiarygodność wymaga od polskiej lewicy powściągliwości w zawieraniu koalicji z liberalną PO. Reszta obecnej i następna kadencja Sejmu powinny być czasem pracy nad programem oraz konkretnych działań w miastach i miasteczkach poza Warszawą, które stworzyłyby rzeczywistą alternatywę wobec archaicznej i nacjonalistycznej oferty polskiej prawicy.

Lewica ma ważną rolę do spełnienia również w szerszej perspektywie. Z powodu globalizacji i coraz skrajniejszych nierówności przez nią wywoływanych świat znajduje się dziś w podobnej sytuacji jak w latach 30. i 40. XX wieku, kiedy wiele osób - również liberałów i demokratów - było przekonanych, że demokratycznego kapitalizmu nie da się uratować, bo załamie się on w wyniku własnych wewnętrznych sprzeczności. Wtedy na ratunek rządom parlamentarnym pospieszyli socjaldemokraci, czego komuniści nigdy im nie zapomnieli. Kapitalizm przetrwał dzięki socjaldemokratycznym innowacjom, a ówcześni lewicowcy stali się z biegiem czasu liberalno-konserwatywnymi politykami.

p

, ur. 1955, jest profesorem politologii w Hobart i William Smith Colleges w stanie Nowy Jork. Wykładał również na Uniwersytecie Warszawskim, Central European University w Budapeszcie i New School for Social Research w Nowym Jorku. Wielokrotnie, poczynając od lat 70., gościł w Polsce, blisko związując się z opozycją demokratyczną. Jest autorem wielu prac poświęconych przemianom w Europie Wschodniej, z których najbardziej znane to "Solidarność i polityka anty-polityki" (1990) oraz "Robotnicy po Państwach Robotniczych" (2001). Jego najnowsza monografia "Klęska Solidarności" ukazała się niedawno po polsku nakładem wydawnictwa Muza. Wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - w nr 125 z 26 sierpnia ub.r. opublikowaliśmy wywiad z nim "Liderzy Marca '68 odwrócili się od robotników".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj