Dziennik Gazeta Prawana logo

Kaczyński to etatysta

5 listopada 2007, 12:17
Ten tekst przeczytasz w 40 minut

Leszk Miller konsekwentnie uważa, że lewica nie powinna dzisiaj szukać wyznaczników swojej tożsamości ani w krytyce kapitalizmu, ani w antyamerykanizmie. Jego obrona interwencji w Iraku, a szczególnie emocjonalna pochwała Oriany Fallaci to deklaracje zaskakujące, nawet jak na współczesnego socjaldemokratę. Jego poglądy składają się raczej na specyficzny realizm polityczny, tradycyjnie cechujący postkomunistów, niż na lewicowość. Powstaje wobec tego pytanie, czy we współczesnym polskim pejzażu politycznym lewica jest w ogóle potrzebna lub choćby możliwa? Według Millera politycznymi celami lewicy w dzisiejszej Polsce powinna się stać obrona laickiego państwa przed ekspansywnym Kościołem, a także obrona dorobku PRL przed krytyką ze strony antykomunistycznej prawicy.

p

Ta teza wydaje mi się szalenie ryzykowna, bo nie uważam wrażliwości społecznej za wyłącznie lewicowy atrybut. Jeżeli patrzymy na różne siły polityczne, to one tę wrażliwość starają się podkreślać, niezależnie, czy nazywają się lewicą czy prawicą, etatystami czy liberałami. Trudno dzisiaj wygrywać wybory w jakimkolwiek kraju, występując z programem głoszącym, że "nie interesują nas biedni, wykluczeni, nieszczęśliwi, a będziemy czynić dobrze tylko bogatym, dobrze sytuowanym itd." Na marginesie powiem, że wbrew temu, co się sądzi, wskaźnik rozwarstwienia dochodowego - tzw. współczynnik Giniego - osiąga w Polsce wynik nieodbiegający od przeciętnego w krajach OECD, niższy niż w Wielkiej Brytanii czy we Włoszech, nie mówiąc już o USA i innych krajach naszego regionu (Litwa, Estonia), a tym bardziej o Rosji czy Ukrainie. Obraz Polski jako kraju rażących kontrastów i krzyczącej niesprawiedliwości społecznej jest wielce przesadzony.



Istotnie, przy czym Jarosław Kaczyński miał o wiele większe szanse. My mieliśmy barierę w postaci Unii Europejskiej, której nie byliśmy członkami, a przecież bardzo zależało nam na członkostwie. Kiedy zaczęliśmy zwracać uwagę, że bank centralny powinien dbać nie tylko o niski poziom inflacji, ale także o wzrost gospodarczy, natychmiast wybuchła dyskusja nad niezależnością banku centralnego. Musiałem wiele razy wyjaśniać na rozmaitych forach unijnych, że nie jestem zwolennikiem jego ubezwłasnowolnienia...



Wie pan, gdy już zostaliśmy członkiem UE i moi zachodnioeuropejscy partnerzy mogli pozwolić sobie na więcej, jeden z nich powiedział mi wprost, że nasze kłopoty wynikały z tego, że Leszek Balcerowicz wykorzystał swoje kontakty i odbył tournée po bankach centralnych najważniejszych państw Unii. Przedstawił alarmujący stan rzeczy, a z kolei jego rozmówcy, najczęściej znakomici w swoich krajach ekonomiści, dotarli do swoich rządów z sygnałami, że tutaj w Polsce dzieje się coś złego i trzeba to zastopować. Jeśli chodzi o tę drugą sprawę, mój rząd opracował projekt połączenia PZU i PKO BP. Nawet zdążyliśmy w Sejmie przedstawić ogólne założenia tego projektu, który szedł w kierunku zbudowania dużego jak na Europę segmentu finansowo-ubezpieczeniowego, z którym wszyscy musieliby się liczyć. Wielkim zwolennikiem tego projektu był ówczesny prezes PKO, Andrzej Podsiadło, a gorącym przeciwnikiem ówczesny prezes PZU Cezary Stypułkowski. Przy takich pomysłach często napotykaliśmy ostry sprzeciw Brukseli. Dzisiaj Kaczyński też może mieć z nim do czynienia, ale jemu łatwiej przejść nad tym do porządku dziennego, bo dziś nie ma już kwestii, czy Polska zostanie przyjęta do Unii.



Oczywiście, że tak, bo przez wiele lat pewne postaci w Polsce, a Balcerowicz do nich należy, wytworzyły własny wizerunek, który nie poddaje się żadnym retuszom. Balcerowicz wyrobił sobie opinię ojca polskich reform, człowieka niezwykle kompetentnego itd. Tylko w bardzo niewielu przypadkach miałem do czynienia z kwestionowaniem jego pozycji. Pamiętam rozmowę z obecnym prezydentem Republiki Czeskiej Václavem Klausem, który, gdy wymieniłem nazwisko Balcerowicza, skrzywił się i powiedział: "Niech pan nie przesadza, jakiż to znowu ekonomista, jakiż to znowu ekspert". Ale to była tradycyjna rywalizacja między Klausem i Balcerowiczem w kategorii środkowoeuropejskich autorytetów. Wracając do pańskiego pytania, sądzę, że Jarosław Kaczyński docenia problem wykluczenia i sprawiedliwości społecznej, wspomagania biedniejszych warstw itd., ale nie jest to jakiś przełom. Wszyscy premierzy i wszystkie rządy próbowały coś w tej mierze robić, tylko jedni mieli na to środki, a inni nie. Kaczyński był przez te półtora roku w relatywnie lepszej pozycji z dwóch powodów. Po pierwsze, kasa państwa, jaką zastał, była o wiele zasobniejsza niż ta, jaką zastał mój rząd, a po drugie, Polska jest w Unii Europejskiej i może liczyć na dodatkowe środki.



Wskazałbym takie działania, ale chodzi tu przede wszystkim o konkretne zmiany w prawie. Jeżeli pan mówi, że Kaczyński ma orientację lewicową w obszarze nie ideowym, ale społecznym, to powinien zmierzać np. do rozszerzenia praw pracowniczych. Kodeks pracy daje wiele możliwości, ale równie owocne mogą być działania rządu w komisji trójstronnej czy efektywne działanie Państwowej Inspekcji Pracy.



Jeżeli popatrzymy na trójkąt pracodawcy - rząd - - związki zawodowe, to w początkowym okresie przemian było jasne, że związki zawodowe mają pozycję dominującą. Potem to się pomału równoważyło. Odnoszę wrażenie, że dzisiaj można mówić o pewnej wewnętrznej równowadze... W każdym razie nasza sytuacja była zupełnie odwrotna, niż w Stanach Zjednoczonych na podobnym etapie rozwoju. O ile tutaj rząd musiał wspierać pracodawców, żeby nastąpiło wewnętrzne zrównoważenie, o tyle tam, w Ameryce, wspierał związki zawodowe, żeby stworzyć równowagę w stosunku do potężnych pracodawców. Ale i tu, i tam chodziło o układ zrównoważony. Dzisiaj zapewne zbliżamy się do harmonii w tym względzie, ale to musi dokonywać się przy stopniowym wycofywaniu się rządu. Rząd w coraz mniejszym zakresie powinien być pracodawcą.


Tradycyjna rywalizacja między lewicą i prawicą, nie tylko w Polsce, pomału przenosi się na inne niż gospodarczy obszary. Starcie dwóch systemów ekonomicznych się skończyło - kapitalizm wygrał, a system realnego socjalizmu przegrał, bo nie był wystarczająco wydolny, by zaspokajać rozliczne potrzeby milionów ludzi. Ale są inne obszary, np. dylemat - szczególnie ważny w tej chwili w Polsce - czy wzmacniać państwo, czy też wzmacniać pozycję obywatela wobec państwa. Nie bardzo mogę sobie wytłumaczyć, dlaczego polska lewica nie przenosi się na takie właśnie pole rywalizacji. Rządząca prawica mówi ciągle o potrzebie wzmacniania państwa, gdy tymczasem państwo jest już o wiele za mocne w stosunku do społeczeństwa obywatelskiego, do podmiotowości i swobód obywateli.



Rozumiem, że Jarosław Kaczyński chce wzmacniać państwo, ale wybrał błędną drogę, która wmanewrowała go w konflikt polityczny, a efektywniejszych narzędzi władzy wcale mu nie dała. Jeśli chodzi o administrację państwową, to widzimy wyraźną próbę koncentracji władzy, a więc przekazywania kompetencji samorządów wojewodom. To bardzo wymowny wskaźnik. Jeżeli pan mówi, że ja chciałem budować silniejszą pozycję rządu, to warto pamiętać, że jednocześnie przekazywaliśmy coraz więcej kompetencji samorządom, decentralizując Polskę. Wielokrotnie mówiłem publicznie, że gospodarzem województwa jest marszałek sejmiku, a nie wojewoda. Ten ostatni jest reprezentantem rządu, musi koncentrować się na funkcjach kontrolnych i policyjnych, natomiast nie może czuć się gospodarzem terenu, bo od tego jest samorząd.

Ale np. przeprowadzenie przez nas bezpośrednich wyborów wójtów, prezydentów i burmistrzów było ogromnym ryzykiem. Przecież nikt nam nie gwarantował, że to się nie sypnie. Zresztą sypnęło się w tym sensie, że w II turze wygrali w większości kandydaci prawicy. A jednocześnie to był głęboki akt wiary, że społeczeństwo obywatelskie (w tym wypadku samorządność lokalna) musi być w ten sposób dowartościowane. I jakby pan popatrzył na rozmaite inne inicjatywy decentralizujące władzę publiczną, to była stała tendencja, a dzisiaj jest dokładnie odwrotnie. I to mnie razi w polityce premiera, bo jest szkodliwe i niepotrzebne.

Dlaczego Kaczyński ma odpowiadać za wszystko? Patrząc na to już z bardzo pragmatycznego punktu widzenia, każdy konflikt będzie dotyczył premiera i jego rządu. Aby móc skutecznie rządzić, trzeba rozrzedzać pole konfliktu, nie mówiąc już o tym, że nowoczesne państwo to państwo zdecentralizowane.

Myślę, że prawdziwe intencje Kaczyńskiego są inne. On po prostu zakłada, że społeczeństwo obywatelskie wymyka się spod kontroli rządu czy administracji. To budzi jego niepokój i jest dla niego niewygodnec

Nie wystarczy, bo jeszcze musi być wojewoda, który powinien mieć przewagę nad marszałkiem województwa, muszą być spółki skarbu państwa, gdzie rząd ma przewagę i zachowuje kontrolę nad procesami gospodarczymi. Konkludując, ja oczywiście rozumiałem, że administracja powinna być silna i skuteczna, ale jednocześnie decentralizowałem państwo. Kaczyński zdaje sobie sprawę z tego samego, ale jednocześnie centralizuje państwo.

Nie tak dawno pojawiło się parę interesujących opracowań - w pana gazecie też - gdzie zaniepokojeni ekonomiści podliczyli złożone obietnice i wyszło im, zdaje się, że trzeba byłoby wydać 60 mld złotych w ciągu najbliższych kilku lat. Autorzy tych publikacji załamują ręce i mówią, że to się skończy tak, jak się skończyło za Bauca. Kolejny minister finansów będzie musiał ogłosić, że mamy do czynienia z tak wielką dziurą budżetową, że o żadnej strefie euro nie może być mowy.

Ci ekonomiści mówili, co się może zdarzyć za dwa, trzy lata, nie w tym roku, bo koniunktura, jak pan wie, nie jest niestety wieczna. Biegnie falowo…

Panie redaktorze, jeśli przypomnimy sobie plan Hausnera i ówczesne namiętne dyskusje na ten temat, to przecież byliśmy krytykowani, że ten plan jest zbyt płytki, za słabo ogranicza budżetowe marnotrawstwo i nie gwarantuje zdławienia deficytu. Pamiętam dzisiejszą gwiazdę rządu, panią Gilowską, która okładała nas biczem krytyki, wołając, co to w ogóle za reformy, przecież wydatki trzeba ciąć, ciąć i jeszcze raz ciąć. Mimo że pani Gilowska ma na to wpływ od wielu miesięcy, o żadnym prawdziwym planie reformy finansów publicznych nie ma mowy. A problem przecież nie zniknął. To jest kula śniegowa, która się toczy. I przyjdzie taki moment, kiedy się okaże, iż znów jesteśmy w roku dziury Bauca. Przypomnę opinię Antoniego Kamińskiego wyrażoną na łamach "Rzeczpospolitej: "Etatyzm i autorytaryzm są najważniejszymi cechami projektu ustrojowego PiS. Znajduje to odbicie w sferze finansów publicznych i rosnącego zadłużenia państwa. Państwowy solidaryzm kosztuje. Wyrównywanie różnic w dochodach musi się odbywać czyimś kosztem. (...) Ciężar podatkowy ponosi klasa średnia, ludzie wykształceni i pożądani na międzynarodowych rynkach pracy. (...) Taka polityka przynosi efekt antyrozwojowy, co w zapóźnionym cywilizacyjnie i ekonomicznie kraju jest sprzeczne z racją stanu.

W wypadku Pacewicza ja bym tego poważnie nie traktował, to jest retoryka, która ma służyć walce z Kaczyńskim. Nie oznacza przejęcia się losem właścicielek tych spracowanych dłoni. Żakowski to oddzielna sprawa, to jest taka lewicowa paplanina, która wcześniej służyła do walki ze mną, a teraz do krytyki Kaczyńskiego. Żakowski ma odruch psa Pawłowa, reaguje warczeniem na mnie czy Włodzimierza Cimoszewicza i wesołym merdaniem na nazwisko Kwaśniewskiego. Niemniej jednak paplaniny Żakowskiego i jego "anty-TINY przyjemnie się słucha, podobnie jak retoryki Sławomira Sierakowskiego.

To humorystyczna sytuacja, bo Rosati jest też zwolennikiem podatku liniowego, który Borowski oficjalnie zwalcza. Szef SDPL ma w swoich szeregach człowieka sławiącego ekonomiczny liberalizm łącznie z podatkiem liniowym, i to mu zupełnie nie przeszkadza, natomiast, kiedy ja mówię o podatku liniowym, to jestem symbolem wszelkiego zła. A tak na marginesie: po raz pierwszy powiedziałem o podatku liniowym tu, gdzie teraz rozmawiamy, na ulicy Rozbrat, podczas spotkania Rady Krajowej SLD, w dzień po referendum akcesyjnym. Na sali obrad siedział kwiat ówczesnego SLD, wszyscy parlamentarzyści, wielu działaczy lokalnych. To było wielkie święto. Wygraliśmy referendum i droga do UE stała otworem. Kiedy w pewnym momencie powiedziałem, że należy rozważyć nowy pakiet ułatwień dla przedsiębiorczości łącznie z podatkiem liniowym, zerwały się gromkie brawa. Dla mnie to był znak, że pewne stereotypy zaczynają być w naszych szeregach przełamywane. To, co potem nastąpiło, tzw. skręt w lewo, to zwykły anachronizm. Niestety, moim kolegom wydaje się, że ściganie się z Samoobroną czy z PiS w kwestiach socjalnych to droga do odzyskania elektoratu. Oni sądzą, że obiecując obronę biednych przed bogatymi, sprytnie obchodzą PiS z lewej strony. Ale to złudzenie. Uważam, że popełniają błąd, ale cóż, na razie przegrywam.

Uważam, że nadal warto posługiwać się terminami "prawica i "lewica, tylko trzeba je inaczej rozumieć. Spór między socjalizmem i rynkiem został już rozstrzygnięty. Niezależnie od intencji fakty są bezlitosne i gołym okiem widać, która gospodarka jest bardziej wydajna i stwarza większe możliwości spełnienia potrzeb społecznych. Z zaakceptowaniem tej oczywistości wielu ludzi polskiej lewicy ma wciąż spore kłopoty. Nie mogą porzucić tradycyjnego przekonania, że im więcej interwencjonizmu, tym dla gospodarki lepiej, a im więcej własności państwowej i centralnego zarządzania, tym łatwiej modernizować kraj i podwyższać poziom życia jego obywateli. Tymczasem, jeśli akceptuje się wolną konkurencję w systemie politycznym, trzeba również opowiadać się za taką samą konkurencją w gospodarce. Innymi słowy, nie można być jednocześnie za demokracją i przeciw kapitalizmowi. Jeżeli już mówimy tutaj nazwiskami, to raczej Blair niż Lafontaine. Potwierdzeniem słuszności wyboru Blaira jest sytuacja francuskich socjalistów i wynik wyborów. Francuscy socjaliści to była ostatnia europejska ekipa, która patrzyła na socjalizm w tradycyjny sposób. I poniosła klęskę. Oczywiście, może pan powiedzieć, że Zapatero, że Hiszpanie, ale na to odpowiedź jest taka, że w dziedzinie ekonomicznej Zapatero wbrew wyborczej retoryce po prostu kontynuuje politykę Aznara. Zerwał z jego linią w sferze obyczajowej czy kulturowej, ale nie gospodarczej. Blair i Brown mają do czynienia ze społeczeństwem bardziej konserwatywnym, nierozdartym przez historyczny konflikt. Zapatero ocenił, że w Hiszpanii może być radykalny w sferze kulturowej i poszedł tą drogą.

Wydaje mi się, że to właśnie jest jedna z możliwych interpretacji sukcesu Kaczyńskiego i tego, że PiS-owski elektorat się nie kurczy. To jest elektorat wychowany w duchu Gomułki, wrażliwy na te same wartości, chociaż dzisiaj może inaczej nazywane - bez partii, ale z Kościołem. Podobny jest tu jednak model patriotyzmu i podobne oczekiwania wobec państwa, których Kaczyński co prawda do końca nie realizuje, ale dużo o nich mówi. On zresztą powiedział kiedyś publicznie, że takie jest polskie społeczeństwo i trzeba to uwzględniać. Największe zasługi, jeśli chodzi o sukces PiS, mają jednak "wykształciuchy. Jak pisał niedawno Janusz Majcherek w "Gazecie Wyborczej, przez całe lata intelektualiści przedstawiali Polskę jako kraj nędzy, pauperyzacji, narastających kontrastów społecznych i afer gospodarczych. "Zbrzydzone rządzącą dziś ekipą wykształciuchy same są współodpowiedzialne za przechwycenie przez nią władzy. O wiele wcześniej, bo już trzy lata temu, jeszcze przed wyborami, prof. Janina Frentzel-Zagórska, socjolog polityki, pisała o charakterystycznych wątkach dyskusji na temat stanu naszego państwa i sposobów jego naprawy. Stan ducha elit intelektualnych został tam trafnie określony jako „nerwica transformacyjna. Pani profesor zauważyła, że Rzeczpospolitą określało się jako strukturę "przegniłą, zdemoralizowaną do fundamentów, opartą na fałszywych podstawach i pogrążoną w beznadziejnym kryzysie. Efekty władzy to zbiorowiska pasożytów i złodziei połączonych więzami mafijnymi, choć mordujące się w walce o partykularne interesy. Autorka diagnozy podkreślała także, że nawet jeśli indywidualne losy obywateli RP nie wpisywały się w atmosferę powszechnego zepsucia, to klimat klęski wykrzywiał ich ocenę wielu zjawisk. Jak pisze Majcherek, skoro przez całe lata elity przedstawiały transformację ustrojową jako pasmo klęsk, a sytuację w Polsce - jako okropną i nieznośną, to mają to, czego może i nie chciały, ale co same umożliwiły.

Nie zdradzę panu żadnej tajemnicy, jeśli powiem, że to wynikało z pewnego porozumienia i pewnej umowy.

Nie mam zamiaru niczego radzić PiS-owcom. Zresztą jakbym nawet coś poradził, to i tak zostałoby to natychmiast odrzucone. Siła partii politycznej musi jednak brać się nie z jednego lidera, ale z zespołu ludzi, z których każdy ma szansę przyciągnąć różne segmenty elektoratu. To są te strumyczki, które zlewają się w rwącą rzekę, jeżeli za rzekę uznać wynik wyborów. I nam się to przez wiele lat udawało. Kaczyński nie buduje takiej grupy - przeciwnie, co chwila kogoś eliminuje. Znamienne, że na boczny tor odstawieni zostali Dorn i Jurek, najbłyskotliwsze umysły PiS. Kto tam jeszcze został? Nikogo nie ma.

Ono nie było przez nas nadużywane, nawet kiedy byliśmy w opozycji. Przypomnę panu bombardowania dawnej Jugosławii. Oczywiście znalazło się parę osób, z Ikonowiczem i Sierakowską, które manifestacyjnie demonstrowały przeciw Amerykanom, ale nasza formacja jako całość poparła interwencję NATO w byłej Jugosławii.

Akurat co do tarczy, to nie uważam, by była Polsce potrzebna. Nie podzielam poglądu, że to wzmacnia nasze bezpieczeństwo. Nasze bezpieczeństwo związane jest z członkostwem w NATO, a nie z naszą obecnością w amerykańskim programie tarczy antyrakietowej.

Ale decyzja o instalowaniu u nas tarczy powinna być decyzją wynikającą zarówno z aprobaty NATO, jak i Unii Europejskiej, a wreszcie z porozumienia Rosji ze Stanami Zjednoczonymi. Obawiam się, że jeżeli ona rzeczywiście zapadnie, nasze stosunki z Rosją będą jeszcze gorsze. Jednocześnie będziemy oglądać uśmiechających się, poklepujących po ramieniu i prawiących sobie komplementy prezydentów Rosji i Stanów Zjednoczonych. Niech Amerykanie przekonają Rosjan, że tarcza jest w Polsce potrzebna.

Pan mógłby mnie jeszcze zapytać: "Po cholerę pan się wplątywał w sprawę Kuklińskiego?", przecież nie musiałem tego robić, nie musiałem prowadzić tych wszystkich tajnych i poufnych rozmów i działań. Moja odpowiedź jest taka: trzeba było sprawę Kuklińskiego załatwić, bo ona była przeszkodą na naszej drodze do NATO. To był interes państwa polskiego, a więc także interes polskiej lewicy. Tak samo kwestia Iraku. Byłem za udziałem Polaków w tej wojnie, rozumiem motywacje Blaira i, co więcej, sądzę, że gdyby wtedy rządzili Merkel i Sarkozy, a nie Schröder i Chirac, to Francja i Niemcy także byłyby w antyhusajnowej koalicji. Kiedy młodzież mnie o to pyta (a uczestniczyłem niedawno w ciekawej dyskusji "Lewica po Blairze), przywołuję osobiste wspomnienia. Byłem w Iraku 11 listopada 2003 roku, stałem przed frontem polskich żołnierzy w bazie w prowincji Babilon, obecni byli wtedy także żołnierze innych nacji. Przemawiał ówczesny gubernator tej prowincji. Powiedział, że z wielką satysfakcją uczestniczy w obchodach Święta Niepodległości Polski, cieszy się z obecności tutaj polskich żołnierzy i ma nadzieję, że kiedyś będzie mógł uczestniczyć w obchodach święta niepodległości Iraku. Bardzo dziękuje Polakom, bo on sam oraz setki jego krewnych i znajomych mogą wreszcie zacząć szukać kości pomordowanych rodzin. Nie mają nadziei, że znajdą kogoś żywego, ale mogą przynajmniej pogrzebać szczątki. Jeśli popatrzeć szerzej na cały ten bliskowschodni kocioł, to Oriana Fallaci ma rację. Wybieram się właśnie do Włoch i zamierzam we Florencji pójść na jej grób i uczcić jej pamięć. Pisała w sposób gwałtowny, często szokujący, ale jestem głęboko przekonany, że pisała rzeczy słuszne.

Wracam do myśli, którą już wyraziłem: wzmacnianie pozycji obywateli w stosunku do państwa a nie odwrotnie. Po drugie, inny niż prawicowy stosunek do Kościoła, z silnym republikańskim rozumieniem laickości państwa. Po trzecie, inny stosunek do integracji europejskiej - mam na myśli dalsze jednoczenie Europy w kierunku federacji.

Nie chciałem wszczynać konfliktu, kiedy byliśmy przed referendum akcesyjnym. Papież był za Unią, ale w dniu referendum słowo proboszcza znaczyło więcej niż słowo papieża. Jednak dziś mówię wprost moim kolegom: "Nie miejcie zahamowań, bo teraz już można. Polska jest naprawdę bardzo odległa od jakiejkolwiek równowagi między katolikami i niekatolikami czy też między Kościołem a zasadą świeckości państwa. Pod Kaczyńskimi to się pogłębiło skokowo, a PO także nie gwarantuje przywrócenia elementarnej równowagi. Ostatni punkt to oczywiście historia, stosunek do przeszłości.

Uważam, że moja formacja powinna mówić: "Moją ojczyzną jest III RP i moją ojczyzną była Polska Ludowa". Polska Ludowa, bo Polska mogła być wtedy tylko taka, jaka była, albo by jej w ogóle nie było, a III RP, bo Polacy taką właśnie wybrali, głosując w 1989 roku i potem w kolejnych wyborach.

Wie pan, dlaczego ja to wiążę? Dlatego, że lewica realna, a więc ta, która w Polsce czynnie uczestniczyła przez ostatnie 18 lat w transformacji ustrojowej, ma swoje korzenie w PRL. I nie sądzę, by pojawiła się jakaś inna lewica, która nie będzie miała takich powiązań. Zresztą byłbym ciekaw, gdyby pan czy inni ludzie nawiązujący do tradycji solidarnościowej, coś na ten temat napisali - wytłumaczyli głębiej, niż to się zwykle czyni, jak do tego doszło, że cała wasza strona stała się po prostu prawicą, że nurt lewicowy tam politycznie nie przetrwał.

p

*, ur. 1946, polityk. Działacz PZPR (od 1988 roku sekretarz KC). Uczestnik obrad Okrągłego Stołu. Po 1989 roku współzałożyciel SdRP i lider SLD. 1993 - 1996 minister pracy i polityki społecznej. Poprowadził SLD do zwycięstwa wyborczego w 2001 roku. W latach 2001-2004 premier RP, w grudniu 2002 doprowadził do finału negocjacje akcesyjne z UE. W maju 2004 roku ustąpił ze stanowiska w wyniku afer korupcyjnych z udziałem polityków SLD.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj