Dziennik Gazeta Prawana logo

Pękająca więź

5 listopada 2007, 12:17
Ten tekst przeczytasz w 14 minut

PiS doszło do władzy dzięki poparciu ludzi określanych zwykle jako "ofiary transformacji". Nie potrafi jednak tego poparcia spożytkować. Jedynie niewielka część jego politycznych działań jest zgodna z rzeczywistym interesem tej społecznej grupy

Z pozoru umiejscowienie PiS na politycznym spektrum lewica - prawica nie budzi żadnych wątpliwości. Jego zwolennicy mówią o prawicy po prostu, przeciwnicy zaliczają zwykle partię rządzącą do prawicy skrajnej i populistycznej. Dla liberalnych komentatorów w rodzaju Pawła Śpiewaka czy Ireneusza Krzemińskiego, których pytaliśmy na naszych łamach o ocenę PiS, bracia Kaczyńscy to ucieleśnienie politycznego autorytaryzmu czy wręcz faszyzmu. PiS reaktywuje najgorsze elementy polskiej tradycji - z nietolerancją i ksenofobią na czele. Maciej Gdula proponuje inne podejście, zaburzające ten pozornie jasny obraz. Przemawiając z pozycji lewicowych, redaktor "Krytyki Politycznej" przygląda się tym elementom PiS-owskiego programu, które można uznać za lewicowe właśnie. PiS szło do władzy pod hasłem obrony "ofiar transformacji". Obiecywało "państwo solidarne". Czy te obietnice zostały zrealizowane? Bilans zdaniem Gduli nie wypada najlepiej. PiS coraz mniej dba o interesy pokrzywdzonych. Jego więź z grupą "ofiar transformacji" coraz bardziej się rozluźnia.

p

*

Podział polskiego społeczeństwa na zwolenników PiS i PO wydaje się tak stabilny, że zapominamy o tym, jak świeżej jest daty. Jeszcze dwa i pół roku temu PiS było nie tylko niemal pewnym koalicjantem PO, lecz również jedną z aż trzech partii cieszących się poparciem nieznacznie tylko przekraczającym 10 proc. Jego sukces wyborczy wynikał z umiejętności przekonania znacznych liczebnie grup społecznych, że to właśnie PiS jest ich reprezentantem. Po prawie dwóch latach rządów partii braci Kaczyńskich warto się zastanowić, na ile słuszne było to przekonanie.

Na początek trzeba przyjrzeć się samemu fenomenowi reprezentacji. Myślenie o niej często skrzywione jest przez dwa mylne sposoby jej rozumienia. Z jednej strony myśli się o reprezentacji jako efekcie trafnego odczytania preferencji. W ramach tej logiki prawica rządzi dlatego, że społeczeństwo po prostu jest prawicowe. Z drugiej strony reprezentację redukuje się do zwykłej manipulacji - ludzie dają się omamić wyborczym hasłom i przekazują władzę osobom, które w ostatecznej instancji reprezentują tylko same siebie. Zarówno pierwszy, jak i drugi model nie oddają trafnie reguł, jakimi rządzi się świat polityki. Wybór tych, którzy mają nas reprezentować, zawsze angażuje jednocześnie wiele różnych wymiarów. Obok podziałów klasowych - obejmujących całe style życia nieredukowalnych do sfery interesów - występują podziały tożsamościowe oraz różnice ideowe dotyczące wyobrażeń na temat dobrego urządzenia świata. Każdy z nas ma przecież nie tylko interesy, lecz także pamięć, marzenia oraz całe mnóstwo nieskrystalizowanych doświadczeń dumy, upokorzenia, gniewu itp. Sfera polityczna odnosi się do tych doświadczeń i podziałów, ale także wpływa na nie i reorganizuje relacje między nimi, wzmacniając jedne identyfikacje i osłabiając inne.

W pytaniu o reprezentację nie sposób uciec od kwestii ustalenia, jakie grupy głosowały na PiS i jakie grupy popierają to ugrupowanie obecnie, ale powiązać to trzeba z narracją i działaniami politycznymi, które sprawiły, że ludzie odnaleźli się w wizji proponowanej przez Prawo i Sprawiedliwość. Znaczny odsetek osób głosujących na tę partię można było znaleźć we wszystkich grupach społecznych. Ważne jest jednak to, że po wyborach zmieniła się struktura poparcia dla PiS, co nie pozostawało bez związku z budowaną przez Kaczyńskich wizją polityczną. PiS zaczęło przejmować poparcie elektoratu LPR i Samoobrony, czyli osób słabiej wykształconych, starszych i często mieszkających na wsi. Nietrudno w tym profilu odnaleźć cechy przypisywane tzw. przegranym transformacji.

Sama ta etykieta jest już jednak zafałszowana. Sugeruje bowiem, że przegrani brali udział w jakimś wyścigu, w którym okazali się po prostu gorsi. Amerykańska socjolog Elisabeth Dunn w swej książce o latach 90. w Polsce opisała, jak konstruowano opozycję wygrani - przegrani, z góry przypisując robotnikom rolę bezradnych ofiar i biernych reliktów przeszłości.

Transformacja oparta była na delegitymizowaniu pracowników fizycznych i przeciwstawianiu ich wygranym, u których podziwiano elastyczność osobowości i zdolność dostosowywania się do nowej sytuacji. To przeciwstawienie nie pociągało za sobą radykalnych przemian struktury społecznej, ale wyznaczało dynamikę nowej ekonomii politycznej i dystrybucji bogactwa.

Podział na przegranych i wygranych umożliwiał delegitymizację postulatów formułowanych przez związki zawodowe i ruchy społeczne. W dominującym dyskursie, któremu ton nadawała "Gazeta Wyborcza", robotników i rolników nazywano "roszczeniowcami", wykazywano też irracjonalność ich żądań. Wszelkie postulaty płacowe egzorcyzmowano jako zagrożenie dla rozwoju kraju i sukcesu transformacji. Nad ofiarami można się było litować, ale nie można było brać ich na poważnie.

Aby zrozumieć sukces PiS, trzeba zauważyć, jak język odnowy moralnej i hasło Polski solidarnej spotykają się z doświadczeniami przegranych transformacji. Przegrani odnajdują się w wizji prezentowanej przez tę partię, ponieważ mają dość wyznaczonej im roli bezwolnych ofiar. Język rozliczenia z układem pozwala przegranym zająć - dzięki działaniom swych reprezentantów - pozycję sprawczą. PiS głoszące potrzebę rozliczeń łączy poczucie doznanej krzywdy z niechęcią wobec tych, którzy odnieśli niezasłużony sukces dzięki oszustwu i nieformalnym powiązaniom. Polska solidarna to obietnica mniejszych rozpiętości dochodowych i większej odpowiedzialności bogatych za zapewnienie spójności społecznej. Identyfikacja z PiS nie opiera się jednak wyłącznie na budowanej przez tę partię narracji. PiS reprezentuje przegranych także dlatego, że liderzy tej partii są podobni do członków klasy ludowej. Pierre Bourdieu określał tę zbieżność mianem kapitału kulturowego i chodziło mu w tym wypadku przede wszystkim o różnice społeczne zapisane w ludzkich ciałach i sposobach posługiwania się nimi. Badania antropologiczne pokazują, że przedstawiciele poszczególnych klas różnią się tuszą, wzrostem, ubiorem i sposobem dbania o ciało. Wystarczy pomyśleć o różnicy w wyglądzie między Donaldem Tuskiem i Jarosławem Kaczyńskim, by wiedzieć, o co chodzi. Naigrawanie się z Jarosława Kaczyńskiego, jego starych butów czy niedopasowanego stroju nie osłabi identyfikacji przedstawicieli klas ludowych z premierem - wprost przeciwnie, jeszcze ją wzmocni. Tak samo jest z nieznajomością języków obcych czy brakiem konta bankowego. To, co dla "oświeconej opinii publicznej" jest dyskwalifikujące, dla przegranych jest potwierdzeniem swojskości.

Ukłony PiS wobec Radia Maryja mogą sprawić, że większą rolę odgrywać będzie jeszcze inny typ identyfikacji, charakterystyczny dla zwolenników ojca Rydzyka. Jest to identyfikacja wynikająca z podzielania nieprawomocnych poglądów, na które w sferze publicznej nałożona jest cenzura. Tak jest w przypadku Radia Maryja i antysemityzmu. Pojawia się on albo w sugestiach, albo wtedy, gdy wybucha jakiś skandal ukazujący prawdę kulis - tak jak stało się ostatnio przy okazji ujawnienia nagrań z wykładu Tadeusza Rydzyka. Wstrzemięźliwe reakcje premiera na te nagrania świadczą o tym, że podejmuje on grę z publicznością Radia. Można je bowiem odbierać jako sugestię, że premier podziela nieprawomocne poglądy. W obecnej sytuacji niepewność związana z powstaniem LiS i stosunkiem ojca Rydzyka do nowej formacji ogranicza jednak możliwość wykorzystywania identyfikacji opartej na podzielaniu nieprawomocnych poglądów.

Dziś najważniejszym pytaniem jest to, czy PiS nie tylko słowami, ale także swymi działaniami rzeczywiście reprezentuje ludzi, którzy odnaleźli się w jego opowieści i obietnicy. Odpowiedź na to pytanie nie jest bezdyskusyjna, ale można pokusić się o stwierdzenie, że PiS swymi posunięciami stopniowo osłabia więź, która łączy tę partię z jej społecznym zapleczem. Na początek wymienić trzeba kilka posunięć stojących w jawnej sprzeczności z interesami przegranych, których PiS podjął się reprezentować. Przeforsowana przez rząd obniżka składki rentowej skutkować będzie po pierwsze wzrostem nierówności dochodowych (bo bogatym w kieszeni zostanie więcej pieniędzy), a po drugie uszczupli budżet o kilkanaście miliardów złotych rocznie. Te pieniądze nie zostaną wydane na usługi publiczne, których beneficjentami są w większym stopniu osoby niezamożne. Druga zmiana to przyjęta już reforma podatków zakładająca wprowadzenie dwóch progów podatkowych. Również ta zmiana uszczupli budżet (o 9 miliardów złotych) i zwiększy nierówności dochodowe. Kolejnym posunięciem rządu, które pogłębi nierówności, jest likwidacja podatku od spadków. Przekazywanie pieniędzy rodzinie bez opodatkowania jest przecież w interesie tych, którzy mają co przekazać. Im więcej mają, tym więcej na tym zyskują, a przy okazji nierówności społeczne ulegają wzmocnieniu. Polska socjalna miała być bardziej egalitarna, tymczasem kilka ważnych posunięć rządu zmierza w zupełnie innym kierunku.

Działania, które rząd reklamuje jako świadectwa polityki solidarnościowej, są często bardzo wątpliwe. Osławione becikowe nie stanowi szczególnej ulgi w kosztach utrzymania dzieci. Jeśli ktoś zdecydowałby się na ich urodzenie tylko ze względu na becikowe, szybko popadłby w finansowe tarapaty. Pieniądze na becikowe można by wykorzystać raczej na rozwój systemu opieki nad dziećmi, co stanowiłoby realne odciążenie rodziców i dawało jakiekolwiek szanse na ocenę efektywności wydatkowanych z publicznej kasy pieniędzy.

Do działań PiS zgodnych z interesem przegranych zaliczyć można na pewno doprowadzenie do uchwalenia nowego prawa pracy zaostrzającego kary dla łamiących przepisy przedsiębiorców. Istotne znaczenie ma również to, czego PiS nie robi. Sprzeciwiając się koncepcji wprowadzenia podatku katastralnego, Jarosław Kaczyński wystąpił w interesie ludzi ubogich zamieszkujących nieruchomości posiadające często znaczną wartość rynkową. W ten sposób niewątpliwie uchronił wiele niezamożnych osób od wymuszonego opuszczania swoich mieszkań. Podobnie rzecz ma się ze sprzeciwem wobec prywatyzacji systemu ochrony zdrowia, która w polskiej sytuacji najprawdopodobniej doprowadziłaby do pozbawienia znacznej części ludzi dostępu do świadczeń medycznych.

W przypadku protestów służby zdrowia premier podjął jednak działania, które mogą zachwiać ustanowioną relacją reprezentacji, jaka łączy PiS i popierających je ludzi. Rząd, siłą usuwając pielęgniarki spod kancelarii premiera i prowadząc negocjacje w taki sposób, aby pielęgniarki nie tylko nic nie uzyskały, lecz także zostały upokorzone, potraktował nisko opłacanych pracowników jako osoby bez prawa do upominania się o swoje interesy. Lekceważąc pielęgniarki, Jarosław Kaczyński zastosował wobec nich wzory wypracowane w III RP zakładające delegitymizację protestów pracowniczych i irracjonalizację żądań protestujących. Wysłał tym samym do ludzi, których reprezentuje, jasny sygnał: nie wtrącajcie się, to ja zadecyduję, ile dostaniecie. Zgodnie z tą wizją Polska solidarna nie polega na wysłuchiwaniu głosu przegranych. Rząd przekonuje, że działa w ich interesie, a jeśli oni sami tego nie rozumieją, to tym gorzej dla nich. Sposób radzenia sobie przez PiS z protestami służby zdrowia nie jest przypadkowy i ujawnia ograniczenia politycznej wizji Kaczyńskich oraz jej niefunkcjonalność w mierzeniu się z realnymi problemami i konfliktami. Koncentracja na pacyfikacji protestu uniemożliwiła artykulację problemów systemu ochrony zdrowia i zredukowała je do kwestii finansowych. Zaprzepaszczona została okazja do zmierzenia się choćby z problemami stosunku lekarzy do pacjentów, a przecież przedmiotowe podejście do chorych jest przyczyną porzucania przez nich terapii i odbija się na efektywności leczenia.

Jarosław Kaczyński postrzega konflikty wyłącznie jako narzędzie pozwalające mu zachować pozycję rozgrywającego w wąsko rozumianym świecie polityki. PiS określające swoją rolę jako partia przywracająca porządek pozostaje nieinnowacyjne i niezdolne do funkcjonalizacji konfliktów w celu zmiany społecznej. Idea oczyszczania państwa z układów pozostaje jałowa, gdy przychodzi wymyślać nowe rozwiązania. Dlatego też PiS realizuje pomysły, które status oczywistości uzyskały w III RP: dobry rząd obniża podatki, największym problemem służby zdrowia jest brak koszyka świadczeń gwarantowanych itp. Problemem transformacji jest dla PiS przede wszystkim skład elit, które wywodząc się z komunizmu, zniekształciły naturalny tok rozwoju kapitalizmu. Takie zdefiniowanie problemu czyni tę partię niezdolną do stworzenia wizji modernizacji, w której rola przegranych nie sprowadzałaby się do posłusznego oczekiwania na poprawę losu.

Nawet kiedy PiS stara się znaleźć dla siebie nową tożsamość, opiera się ona na ograniczeniu zaangażowania zwykłych ludzi w kształtowanie zmian społecznych. W swych poszukiwaniach PiS zdradza bowiem fascynację technokracją. Znaczące były w tym kontekście słowa Ludwika Dorna zachwycającego się w jednym z wywiadów potencjałem drzemiącym w inteligencji technicznej. Wyzierała z nich fantazja o modernizacji, w której ludzie traktowani są jako zasoby używane do kreowania zmiany. Jeśli PiS nie odwołuje się w jeszcze większym stopniu do wizji technokratycznej, to przede wszystkim dlatego, że nie wygrałby na tym polu z PO. Nawet jeśli działania rządu w zakresie powiększania nierówności dochodowych mogą zostać niezauważone lub mylnie zinterpretowane ("dali nam w końcu więcej pieniędzy") przez zaplecze społeczne PiS, to sposób potraktowania pielęgniarek i ogólna niezdolność do dialogu ze światem pracy mogą prowadzić do podważenia relacji wiążącej ludzi z Kaczyńskimi. Identyfikacja na podstawie podobieństwa łatwo może wtedy ustąpić miejsca poczuciu zdrady i sprzeniewierzenia się zwykłym ludziom. Wobec zagrożenia reprezentacji bazującej na podobieństwie i działaniu w interesie przegranych PiS mogłoby przesuwać się w stronę identyfikacji opartej na podzielaniu nieprawomocnych poglądów, ale nie wiadomo, czy tej drogi nie zagrodzi mu niedługo sam ojciec Rydzyk.

p

, ur. 1977, socjolog i publicysta, członek zespołu "Krytyki Politycznej". Pracuje w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się teorią społeczną i teorią polityki. Publikował teksty teoretyczne dotyczące przestrzeni miejskiej, polskiego pola politycznego i polityki historycznej. Tłumaczył i współredagował polskie przekłady tekstów i książek Pierre'a Bourdieu. Obronił doktorat o dyskursach eksperckich poświęconych miłości.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj