Dzisiaj w "Europie" IV RP recenzują Piotr Wierzbicki i Ireneusz Krzemiński. Pierwszy broni dorobku Kaczyńskich, nawet jeśli potrafi wypunktować ich błędy. Drugi uważa cały eksperyment polityczny rozpoczęty w 2005 roku za niebezpieczny dla Polski i z góry skazany na klęskę. Właściwie zgadzają się tylko w jednym. Dla obu największym błędem popełnionym przez Jarosława Kaczyńskiego było wprowadzenie do centrum polskiej polityki ojca Tadeusza Rydzyka, uczynienie go duszpasterzem prawicy, po którego polityczne błogosławieństwo pielgrzymowali partyjni liderzy, ministrowie, a nawet sam premier.
To ciekawe, że parę lat po upadku formacji mandarynów, która walkę z ciemnogrodem uczyniła głównym swoim programem i mandatem do władzy, to właśnie prawica udzieliła mandarynom nieoczekiwanego wsparcia. Przedstawiła dowód na istnienie ciemnogrodu, na jego polityczne znaczenie. Pokazała go publicznie, pozwoliła mówić, podzieliła się z nim władzą.
Nie buduję tu żadnej prognozy, ale chciałbym wiedzieć, czy upadek snu o zupełnie innej Polsce zakończony tą endecką puentą nie będzie oznaczać kolejnego ruchu wahadła. Czy walka z ciemnogrodem nie stanie się znowu ideą, wokół której organizować się będzie w Polsce polityczny konflikt i spychać do narożnika całą prawicę, a także politycznie zaangażowanych katolików.
Tym bardziej że na razie, poza rozliczaniem Kaczyńskich, nie ma w polskiej polityce żadnych wyrazistych idei. Środowisko, które dawniej tak chętnie budowało swoją tożsamość na strachu przed ciemnogrodem, poprzestaje na krytyce PiS. Ale kiedy PiS upadnie, kiedy stanie się legendą dla wąskiej grupy starych wiarusów, jak to niegdyś było z Janem Olszewskim, to czy bardziej poręcznym narzędziem walki z prawicą nie okaże się redukowanie jej do ciemnogrodu? Tym razem ułatwione przez fatalny eksperyment zaproszenia endeków do władzy.
Już na początku lat 90. przywołanie lęku przed historyczną zaledwie postacią Romana Dmowskiego mobilizowało niemałe poparcie. Dzisiaj strach przed Giertychem czy Rydzykiem nie jest udawany. Dla wielu nastolatków niechęć do Giertycha stała się pierwszą w ich życiu polityczną emocją. Młodzież pamięta narzuconego sobie ministra, a także duszpasterza, przed którym kapituluje nawet Episkopat. To wielki kapitał polityczny dla lewicy, jeśli zdecyduje się powrócić do kulturowej wojny początku lat 90. Chociażby z braku innych idei. Nie trzeba dodawać, że dla polskiej prawicy byłby to wielki cios. Znowu będzie przedstawiana nie jako pogląd, ale jako choroba. Jednak tym razem - jeśli do tego dojdzie - stanie się to na jej życzenie.