Dziennik Gazeta Prawana logo

Zmarnowane szanse

5 listopada 2007, 12:13
Ten tekst przeczytasz w 31 minut

IV Rzeczpospolita jest bez wątpienia najważniejszym politycznym hasłem ostatnich lat. Dla jednych to doskonałe zawołanie bojowe, dla innych przede wszystkim straszak. W obu rolach IV RP wywołuje skrajne emocje. Z jednej strony padają ostrzeżenia o nadciągającej faszystowskiej dyktaturze, z drugiej hołdy pod adresem "najlepszego rządu po 1989 roku". W ferworze walki na słowa mało kto zastanawia się, jakie są realne społeczne skutki programu realizowanego przez obecną władzę pod hasłem IV RP. Czy hasła i polityczne postulaty znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości? Czy rządzącym udało się jakkolwiek zmienić sytuację polskiego społeczeństwa? O to właśnie postanowiliśmy zapytać najwybitniejszych polskich badaczy społecznych. Na naszych łamach wypowiadali się dotąd Henryk Domański i Andrzej Nowak. Dziś głos zabiera Ireneusz Krzemiński. Przypomina on przede wszystkim, jaka była pierwotna treść hasła IV RP. Chodziło ni mniej ni więcej tylko o przywrócenie w Polsce rzeczywistej demokracji. Nie tej formalnej realizującej się przez wolne wybory, ale tej, która oznacza rzeczywisty udział obywateli w podejmowaniu politycznych decyzji. III RP była pod tym względem demokracją ułomną. Systemem de facto oligarchicznym, który wedle Krzemińskiego promował głównie nieformalne grupy interesów. Walka z nim wydawała się absolutną koniecznością i miała szerokie społeczne poparcie. W PiS-owskim wydaniu okazała się ona jednak karykaturą projektu głębokiej reformy. Największym paradoksem dzisiejszej IV RP - zauważa Krzemiński - jest to, że wskrzesza ona metody swych największych wrogów, czyli PRL-u i postkomunizmu. Upartyjnienie państwa osiągnęło rozmiary niespotykane nawet za rządów SLD. A funkcjonariusze nowej władzy zachowują się niczym polityczni komisarze - w ich postępowaniu polityczna lojalność idzie w parze z absolutnym cynizmem. PRL znów triumfuje.

p

Nie jest mi łatwo zacząć artykuł, który miałby być spojrzeniem na działania podejmowane dotychczas pod hasłem "budowania IV RP". Nie jest to łatwe ze względu na wyjątkowe emocje, jakie rządy głoszące to hasło rozbudziły i w Polsce, i za granicą. Aby spojrzeć w miarę bezstronnie, trzeba jakoś te emocje odsunąć na bok, choć każdy niemal dzień i każde kolejne wydanie telewizyjnych wiadomości na nowo je podsyca. Epizody z codziennego życia i reakcje postronnych "zwykłych ludzi" także owe emocje podsycają - i to w stopniu wcześniej chyba niespotykanym. Pełno jest wokół wyrazów złości, gniewu, kpiny w stosunku do rządzących. Ale też - rzadziej, choć równie stanowczo - manifestuje się przywiązanie do władzy, bez względu na jakiekolwiek kontrargumenty. Samo to mówi już wiele o projekcie zwanym IV RP. Pokazuje, że opinie na temat rządzącej koalicji, ale przede wszystkim przywódców PiS i państwa są ogromnie spolaryzowane, pełne wzajemnych uraz.

Z całą pewnością realizacja projektu IV RP doprowadziła do niezwykłego zaostrzenia podziałów społecznych. Wbrew różnym analizom i codziennym przeświadczeniom różnice polityczne już wcześniej zajmowały pierwsze miejsce wśród przyczyn konfliktów i czynników kształtujących podziały między ludźmi. W badaniach z 1997 roku prowadzonych w dwóch małych miastach różnice polityczne uznano za ważniejsze niż różnice w zamożności (choć różnica wskazań była niewielka). Od tego czasu polityczne różnice stały się jeszcze silniejszym powodem wzajemnych niechęci i podziałów. Wynika to jednak przede wszystkim z tego, co pod płaszczykiem polityki odbywa się w ogromnym sektorze państwowych i publicznych zakładów pracy.

Wszystko to świadczy o tym że, po pierwsze, hasło IV RP było od początku projektem ideologicznym. Projektem, którego pomysłodawcy dążyli konsekwentnie do narzucenia przez politykę ściśle określonej definicji sytuacji i kierowali się tak głębokim przeświadczeniem o słuszności swych zamierzeń, że nie musieli szukać społecznej akceptacji - co najwyżej posługiwali się socjotechniką, aby zwalczać zorganizowanych przeciwników broniących "starego układu". Tym samym - w dużym stopniu paradoksalnie - polityka została użyta jako narzędzie, mimo wszelkich moralistycznych i zgoła religijnych uzasadnień ideologicznego projektu. Polityka miała być od początku sposobem na rozprawienie się z tymi, którzy zakłócali "właściwy" ład życia społecznego. Paradoks polega na tym, że głównym wrogiem (w dodatku niesłychanie spersonalizowanym) byli tzw. postkomuniści i stworzone przez nich - zdaniem autorów projektu IV RP - instytucje i organizacje. Jednak sposób, w jaki użyto polityki, był całkowicie analogiczny do sposobu, w jaki polityką posługiwał się główny wróg IV RP, czyli rządy komunistyczne. Cel uświęcił środki. Komunistyczna wizja polityki znów jest górą.

Tymczasem, jeśli odwołać się do źródeł hasła IV RP, chodziło o coś zgoła odmiennego. Samo hasło, rzucone przez Pawła Śpiewaka a potem podjęte w trakcie blisko dwuletniego seminarium, prowadzonego przez Stowarzyszenie Ius et Lex na Uniwersytecie Warszawskim pod kierunkiem Janusza Kochanowskiego, obecnego rzecznika praw obywatelskich, wynikało z dość powszechnej wśród prawników, socjologów i innych badaczy społecznych diagnozy słabości III RP. Diagnoza ta za grzech pierworodny III RP uznawała dokonanie urynkowienia i procesu demokratyzacji systemu bez udziału ogółu obywateli. Prowadziło to do rosnącego rozdźwięku między obywatelami i elitami politycznymi oraz dodatkowo pogłębiało brak identyfikacji "zwykłych ludzi" z nowym państwem. Ten niedostatek "praktycznej demokracji", mimo zbudowania właściwych instytucji i wdrożenia demokratycznych procedur, prowadził do wytworzenia się szczególnej, oligarchicznej formy rządów. Bez względu na to, jak ową formę opisywano, chodziło o to, że znaczące, nieformalne grupy interesów ekonomicznych i politycznych miały niejawny wpływ zarówno na bieżące decyzje polityczne, jak i na legislację, czego spektakularnym przykładem okazały się kombinacje przy ustawie o radiofonii i telewizji za rządów Leszka Millera.

Przyjmowane wcześniej z pewnym sceptycyzmem diagnozy, jednoznacznie identyfikujące tzw. postkomunistów jako organizatorów nieformalnej sieci zależności polityczno-biznesowych, zyskały status pełnej prawdy. O tym, że politycy (i to wszystkich partii) korzystali ze swych powiązań z biznesem, przekonywały choćby wieloletnie wyniki badań nad prywatyzacją prowadzone przez zespół pod kierunkiem Marii Jarosz. Wszystko to potwierdzało prawdziwość tezy o kapitalizmie politycznym, którego beneficjentami byli wszyscy politycy. Zakończone druzgoczącą klęską wyborczą rządy AWS już wcześniej potwierdziły tę tezę w praktyce, a skandal rządów Millera stanowił tu przysłowiową kropkę nad i.

Dlatego żądanie naprawy RP stało się ideą powszechną. Była ona przede wszystkim ideą wzmocnienia państwa przez udrożnienie i wzmocnienie mechanizmów demokratycznych, a więc mechanizmów przywracających kontrolę społeczną nad działaniami władz, kontrolę, która nie ograniczałaby się do samego tylko momentu wyborów. Chodziło również o zwiększenie przejrzystości działania administracji i poddanie procedurom demokratycznym wszelkich mętnych i nieuregulowanych jednoznacznie obszarów działalności publicznej. Trzecią sprawą, która zaczęła wręcz wołać o pomstę do nieba za rządów Leszka Millera, było całkowite upartyjnienie państwa i administracji, także administracji samorządowej. Wszystko to wiązało się z zagadnieniem praworządności i funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości. Już wtedy pojawiły się na dużą skalę negatywne skutki upolitycznienia policji, a zwłaszcza prokuratury. Do tego trzeba dodać koniecznie - jako jeden z elementów wymagających naprawy - działanie sądownictwa. Niedofinansowanie sądów i ich zła organizacja powodowała, że dochodzenie swych praw przez obywateli, zwłaszcza w kwestiach związanych z aktywnością gospodarczą, stało się drogą przez mękę i jedną z istotnych barier rozwoju gospodarczego. Czynnikiem blokującym rozwój była też zmienna, kapryśna, mętna, niezrozumiała dla obywateli, ciągle podlegająca zmianom legislacja. Jednym z haseł projektu naprawy było zatem uporządkowanie prawa - postulat wielkiej pracy nad wyeliminowaniem złych i fatalnie źle sformułowanych ustaw.

W świadomości intelektualistów i grup opiniotwórczych dojrzewało przekonanie, że słabość identyfikacji obywateli z własnym państwem i ich "zbrzydzenie" polityką wiąże się z brakiem symbolicznego, moralnego rozliczenia z PRL. Właśnie rządy Millera, które przywracały wśród rządzących SLD-owców poczucie, że skoro ich wybrano, mogą traktować państwo - a zatem i społeczeństwo - niczym partyjny folwark, nawiązując do praktyk z czasów PZPR, zmuszały wręcz do tego, by rozliczyć przeszłość. Rządy Millera niosły ze sobą wyraźną pochwałę PRL-owskiej tradycji, a decyzje, burzące wielkie reformy instytucjonalne AWS i rządu Buzka, nosiły piętno PRL-owskiej ideologii. Mam tu na myśli niszczenie założeń długofalowej reformy oświatowej, a także to, co zrobiono z opieką zdrowotną, tworząc Narodowy Fundusz Zdrowia i przywracając niemożliwy do utrzymania system rodem z PRL.

Dlatego uznano dość powszechnie, że dokonanie rozliczenia socjalistycznej przeszłości jest sprawą konieczną, aby nowe państwo i nowe społeczeństwo, które przecież już zaistniało, uzyskało mocną symboliczną reprezentację. Aby ludzie mogli postrzegać państwo jako "swoje", a to znaczyło: by mogli widzieć państwo jako prawdziwie odmienne od tego, które istniało w przeszłości. Wymagało to zmian instytucjonalnych, być może także modyfikacji konstytucji. Przede wszystkim wymagało jednak przywrócenia poczucia godności obywateli.

Ale oto stała się rzecz dość niezwykła: diagnozę socjologiczną utożsamiono w pełni z diagnozą polityczną i całkowicie zideologizowano - teoretyczne koncepcje stały się pewnikiem i dogmatem, zupełnie tak jak niegdysiejsze tezy marksizmu. Rozliczenie PRL utożsamiono z lustracją, która była personalną rozprawą z agentami, współpracownikami "bezpieki", a nie z samym aparatem łamiącym charaktery i demoralizującym przy użyciu przemocy.

Obecna interpretacja przeszłości zasadza się głównie (jeśli nie wyłącznie) na rozliczeniach personalnych i na pragnieniu wymiany ludzi, co w praktyce oznacza chęć wykluczenia całych grup i środowisk z działania publicznego czy państwowego. Zgodne jest to całkowicie z diagnozą sytuacji Polski, jaka dojrzewała w koncepcjach Jarosława Kaczyńskiego począwszy od lat 90. Już wówczas zarysowana była idea rozliczenia PRL i postkomunistów w kategoriach przede wszystkim personalnych, choć nie była ona jeszcze wyrażona w języku politycznej eliminacji, jeśli można tak powiedzieć. Obecnie "walka z układem" stała się głównym celem politycznym. Nie polega ona tylko na użyciu reguł lustracyjnych do eliminacji przeciwników politycznych, w tym także - a może przede wszystkim - tych, którzy wywodzili się ze wspólnego pnia opozycyjno-solidarnościowego. Lustracji postanowiono użyć jako broni przeciw dużym kręgom społecznym, na czele z pracownikami nauki, urzędnikami, księżmi czy środowiskiem prawniczym. Ba, areną walki stały się w tej chwili wszystkie urzędy i firmy państwowe - celem jest to, by na możliwie wszystkich kierowniczych stanowiskach znaleźli się swoi.

W ten oto sposób idea rozliczenia komunistycznego okresu w polskich dziejach zamieniła się w swą własną karykaturę - zarówno, gdy chodzi o lustrację, jak i uporządkowanie państwowych instytucji. Program rozliczeń poczęto realizować metodami minionego ustroju. To, co się dzieje w instytucjach państwowych i firmach - od centralnych po najmniejsze - przypomina czystkę personalną, jaka miała miejsce po marcu 1968 roku. Jest to jedyne porównanie, jakie mi się nasuwa, choć - rzecz jasna - przynajmniej część zwalnianych w ten sposób wygra (miejmy nadzieję) sprawy przed sądem pracy, co w czasach PRL było rzeczą niemożliwą. Ale porównanie jest, niestety, usprawiedliwione - świadczy o tym sposób, w jaki z państwowych firm i urzędów zwalniani są wybitni niekiedy specjaliści. Nie mówię tu wcale o WSI i innych służbach, chodzi mi o zgoła personalne czystki, bardzo często dokonujące się pod pretekstem wyeliminowania sojuszników postkomunizmu. Wcześniej rządy koalicji SLD - PSL po 1993 roku, a potem zwłaszcza rządy Millera stworzyły wzór partyjno-rodzinnych stosunków w całej administracji, we wszystkich instytucjach państwowych służących społeczeństwu (służby techniczne, weterynaryjne, rolne, kontroli pracy itd.). Wszędzie tam wprowadzono reguły, dzięki którym posady otrzymywały kliki rodzinno-partyjne. Gdy dziś spojrzeć na to, jak działają urzędy, a także wielkie, wyspecjalizowane firmy, można dojść do ponurego wniosku, że nawet za czasów Millera nie zaszliśmy tak daleko. Uderza to tym bardziej, że poplecznicy i kierownicy nowej władzy to na ogół kompletnie przypadkowe, niekompetentne miernoty, ludzie znikąd, którzy teraz widzą dla siebie okazję zrobienia kariery. Nic dziwnego więc, że pracę tracą prawdziwi fachowcy - są bowiem zagrożeniem dla nowych szefów. A nowi szefowie, czy to w ministerstwach (przykład wyjątkowy to Ministerstwo Pracy), czy w wielkich firmach (np. w PZU), zachowują się jak oficerowie polityczni z czasów komunizmu wojennego. Praca dla III RP jest dostatecznym powodem eliminacji fachowców. Grozi to kompletnym rozstrojeniem instytucjonalnej struktury państwa. Sytuację pogarsza jeszcze fakt, że IV RP definitywnie zlikwidowała instytucję, która przez całe lata III RP nie mogła zdobyć sobie właściwego miejsca, czyli korpus urzędników służby cywilnej. Zamiast tego mamy instytucję, która jako żywo przypomina urząd z czasów Polski "gierkowskiej" (rezerwa kadrowa!). Dziś awansuje się i zostaje kierownikiem najprostszej instytucji - nawet takiej, gdzie kryteria oceny są jasno, a nawet prawnie określone - wyłącznie (twierdzę to z całą socjologiczną mocą) z nadania politycznego. I to jest, tak naprawdę, jedna z większych porażek realizowanej dziś IV RP.

A przecież chodziło o odpolitycznienie państwa. Nadzieje z tym związane poniosły największą i najboleśniejszą klęskę. Twórca słynnego powiedzenia "TKM" uwikłał się tak bardzo w sieci partyjnych i koalicyjnych knowań, że podobnego upolitycznienia aparatu administracyjnego dotąd w niepodległej Polsce nie było. Nawet za rządów Millera pracownicy mający przygotowanie i doświadczenie mogli się przeciwstawić niekompetentnym przełożonym. W dzisiejszej Polsce stało się to całkowicie niemożliwe.

Ale owo personalne rozliczenie ma też wymiar groźniejszy. Doprowadziło nie tylko do niesłychanej polaryzacji społecznej, ale też zagroziło samym podstawom demokracji. Za takie zagrożenie trzeba uznać nieustające polityczne, ale i ustawowe ataki na wymiar sprawiedliwości i władzę sądowniczą, ewidentnie naruszające niezależności sądownictwa. Ostatnie, wakacyjne wypowiedzi premiera Kaczyńskiego na temat postanowień sądów o zwrocie własności dawnym właścicielom, obecnie obywatelom Niemiec, są tego poruszającym przykładem. Tym bardziej, że w prasie (przede wszystkim w "Gazecie Wyborczej") pisano o tym wiele miesięcy temu, w bardzo alarmistycznym tonie. I parlament, i rząd miały dużo czasu, by zająć się niedopatrzeniami komunistycznej administracji. Nic jednak nie zrobiono aż do momentu, gdy niezawisłe sądy zasądziły, co zasądzić musiały. Wyliczajmy dalej: nawet najsłuszniejsze idee, związane np. z jasnością kryteriów przyjmowania na aplikacje i pokonanie zbyt już wąskiej, niesprawiedliwej i społecznie szkodliwej korporacyjnej bariery dostępu do stanowisk prawniczych, zostały tak źle przygotowane, że cała sprawa zakończyła się niepowodzeniem. Nie muszę dodawać, że sojusznikami władz stała się mniejszość i to ta, która myśli o szybkiej karierze. I istotnie, robi ją bez pardonu. Upolitycznienie aparatu ścigania i prokuratury, które słusznie zarzucano rządowi Millera, okazało się drobiazgiem w porównaniu z tym, co dzieje się pod rządami ministra Ziobry. To, co było absolutnie - rzec można - żelaznym punktem programu odnowy państwa, i to doprawdy podzielanym przez wszystkich, zarówno zwolenników, jak i przeciwników PiS, a więc odpolitycznienie organów ścigania - okazało się już nie karykaturą, ale zgoła kpiną z pierwotnej idei. Rząd PiS używa po prostu organów ścigania, rozbudowując je o nowe instytucje (na czele z CBA), jako broni w walce z... dotychczasowym państwem i jego rzeczywistymi bądź domniemanymi sojusznikami.

Nadzieje, jakie niosło ze sobą zwycięstwo PiS, nadzieje podzielane nawet przez tych, którzy ze zwycięskim stronnictwem i jego przywódcami bynajmniej nie sympatyzowali, wiązały się z dwiema sprawami: powrotem do uczciwości w grze politycznej, co oznaczało odpartyjnienie państwa oraz stworzeniem prawdziwie pluralistycznego, służącego społecznym interesom mechanizmu stanowienia prawa i sprawowania rządów. Nadzieje dotyczyły więc udziału różnych środowisk, kręgów, grup społecznych w debacie nad stanowionym prawem - udziału zwłaszcza tych, których prawo miało dotyczyć. Symboliczną klęską tych oczekiwań był sam początek rządów sprawowanych pod hasłem IV RP, czyli treść ustawy o Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji oraz sposób jej uchwalenia. Było to wydarzenie symboliczne, bo wiele środowisk, na czele z dziennikarzami, zaangażowanych było wcześniej w myślenie o rozsądnej, demokratycznej zmianie tej instytucji, tak by przestała być urzędem chroniącym interesy aktualnej władzy. Okazało się jednak, że KRRiT ma być organem nowej władzy, która chciała mieć w ręku również medialny oręż do walki z "układem".

Z drogami awansu społecznego wiąże się jeszcze jedna, społecznie nawet bardziej zasadnicza kwestia. Trwanie ładu ustanowionego w 1989 roku było krytykowane dlatego, że stworzył on szczególnego rodzaju strukturalny podział społeczny: na tych, którym udało się wejść na drogę zmian i rozwoju oraz tych, którzy pozostali w swego rodzaju szarej strefie bez perspektyw na rozwój, i to nawet wtedy, gdy podejmowali wysiłki, by z tej strefy wyjść. Żargonowo mówiąc, zablokowane były drogi naturalnego dla rynkowej demokracji wspinania się ludzi po drabinie społecznych pozycji, od niższych ku wyższym. Dla zbyt licznych kategorii społecznych w praktyce droga ta była zamknięta albo bardzo ograniczona, chociaż już w połowie lat 90. odkryto powszechnie, że wykształcenie zagwarantować może karierę życiową. Na początku XXI wieku za sprawą wielu okoliczności, o których była wyżej mowa, obietnica równości szans, głęboko wbudowana w demokratyczne oczekiwania, nie była w Polsce spełniona w przypadku znacznej części obywateli. W dodatku można ich było łatwo zidentyfikować, przede wszystkim w różnych regionach wiejskich, ale też w mniejszych miastach. Zresztą to właśnie elektorat "Polski powiatowej" w dużym stopniu zapewnił PiS zwycięstwo w 2005 roku (podobnie jak i w ostatnich wyborach samorządowych na poziomie miast czy powiatów w wielu regionach). Drogi awansu nie zostały jednak odblokowane, a wręcz postawiono nowe, o których była wyżej mowa. To dzięki obecności Polski w Unii Europejskiej ogromna rzesza Polaków uzyskała niezwykłą możliwość wyrwania się z marazmu i zaklętych, zamrożonych warunków egzystencji.

Jest sprawą niezwykle ciekawą, jakich racjonalizacji używa Jarosław Kaczyński, by nie dostrzec tej ponurej prawdy. Można to zrzucić na koalicjantów - partyjniactwo (cóż za piękne słowo z czasów realnego socjalizmu!) i nepotyzm to zasada działania LPR i Samoobrony. Słusznie można ich o to oskarżać, ale widać wtedy, że rozprawa z układem jest celem tak priorytetowym, że poświęca się dla jego realizacji zwyczajną przyzwoitość, i to mimo rozwiniętych sztandarów moralności.

Jeszcze jeden postulat - także podzielany bodaj przez wszystkich tych, którzy domagali się zmiany dotychczasowych warunków rządzenia krajem - został całkiem przeinaczony. Dotyczył on, najogólniej mówiąc, zasad działania polskiej polityki. Nie chodziło tylko o to, że państwo nie może być partyjnym łupem, ale też i o to, że gra polityczna nie może dłużej być jedynie cyniczną i manipulującą społecznymi nastrojami walką o władzę, a jeszcze bardziej o stanowiska, które później żywią partie i ich klientów. Nie trzeba chyba tego rozwijać, bo sądzę, że nawet część zwolenników PiS zgodzi się z tezą, że taka cyniczna definicja polityki zwyciężyła całkowicie, zwłaszcza w momencie skonstruowania (nie wiadomo, czy wciąż istniejącej, czy już nie) koalicji. Społeczeństwo obywatelskie - podzielone dogłębnie, poddane naciskom i presji rosnącej restrykcyjności systemu, zatomizowane - zamieniło się w widownię (głównie telewizyjną) politycznych harców, w których popisom wzajemnej nienawiści i dogłębnej nieufności towarzyszył język wręcz odbierający różnym aktorom społecznym prawo do istnienia i ekspresji.

Najbardziej porażająca jest owa "eliminacyjna" praktyka dyskursywna. To fakt, że jej forpocztą są przedstawiciele i przywódcy Ligi Polskich Rodzin, ale równie często stosują ją reprezentanci PiS, i to niekiedy zasłużeni. Publiczny spektakl nieustannego poniżania i wyrażana wprost nienawiść dowodzi całkowitego załamania poczucia społeczno-politycznej wspólnoty. Tak walczono z wrogiem za czasów PRL, co jest - znowu - wnioskiem nader ponurym. Fanatyczne zaprzeczenie komunizmowi prowadzi, jak z tego widać, do komunizmu a` rebours. A jego skutki społeczne to nie tylko przepaście dzielące ludzi, ale także całkowite załamanie się wzajemnego zaufania. Zaufanie znikło jak kamfora ze stosunków społecznych, poczynając od sfery politycznej i miejsca pracy.

Ostatnia sprawa, która mnie szczególnie boli, dotyczy sięgnięcia po najgorsze narodowo-katolickie wzorce myślenia i nazywania świata. Poparcie aktorów, którzy w niedwuznaczny sposób przywrócili do życia tradycję endecką, typ postaw z tym związanych, język oraz typ religijności zgoła egzotyczny na tle współczesnego katolicyzmu - to jedno ze źródeł sukcesu wyborczego PiS. Wejście w koalicję z neoendecką partią LPR, powołanie Romana Giertycha na ministra edukacji - to wszystko naprawdę trudno wybaczyć, nawet, jeśli można to zrozumieć. Tradycja endecka, która, wydawałoby się, żyje bardziej w lękach Adama Michnika i związanych z nim ludzi, okazała się jednak żywotniejsza, niż można było przypuszczać. Z całą pewnością przechowała się w kręgach kościelnych, włącznie z intelektualistami z KUL-u, który sam pamiętam jako uczelnię ogarniętą innym duchem. Ojciec Rydzyk stał się pierwszym publicznym eksponentem tej tradycji, tego myślenia, tego przeżywania polskości i świata, jakie wyrasta z gleby tradycji endeckiej - z jej chorobliwym antysemityzmem, wciąż i niejako z definicji obecnym (nawet jeśli oficjalnie skrywanym). Równie chorobliwy jest ładunek ksenofobii i nienawiści do nowoczesnej Europy, bo osią i antysemityzmu, i antyeuropejskości jest antyliberalizm, identyfikowany ze światem areligijnym, pozbawionym autorytetów, reguł moralnych, światem, gdzie "wszystko wolno". I - rzecz jasna - światem wynarodowionym. Język tej tradycji jest nasycony nienawiścią i nakazuje nieustanną walkę z podstępnymi wrogami, eksponentami mocy piekielnych. Tego typu retoryka zagościła nie tak dawno także w wypowiedziach przywódców PiS. Jestem przekonany, że ani premier, ani prezydent nie są antysemitami, nie są także chyba ksenofobami ani homofobami, a mimo to akceptują i używają tego języka i takiego myślenia do budowania IV RP. Można jednak powiedzieć tak: tradycja endecka wypłynęła i stała się w jakiś sposób fundamentem myśli i działań, bo taka jest nasza przeszłość. Trudno dziś wskrzesić tradycję socjalistyczną, bo całkiem się skompromitowała. A walka z tą złą ideologiczną tradycją endecką nie może polegać na potępianiu w czambuł jej samej i wszystkich, którzy do niej nawiązują, często na poły nieświadomie lub bezmyślnie. Sposób walki z "ciemnogrodem", którego integralną częścią jest ta tradycja, okazał się zabójczy dla przyświecającego tej walce celu. To sama ta walka w dużym stopniu przyczyniła się do odnowienia siły złej tradycji. Można było chyba podjąć trud pokonania endeckiej tradycji przez wydobycie tego, co w niej było pozytywne, a przynajmniej akceptowalne po doświadczeniach minionego półwiecza (nie wspominając o wnioskach czy doświadczenia wojny i okupacji). Wymagało to jednocześnie bardzo wyraźnego powiedzenia, co zasługuje na potępienie i nie może być akceptowane, również w kategoriach programowo-politycznych.

Obraz, który wyłania się z moich wywodów, jest obrazem raczej czarnym. Kończę ten artykuł równie długo, jak zaczynałem go pisać. Czyżby nic dobrego nie wydarzyło się w ciągu tych blisko dwóch lat od czasu objęcia rządu przez PiS? Z pewnej perspektywy nie bardzo widać osiągnięcia i pożytki płynące z rządów obecnej-nieobecnej koalicji. A przecież do tej listy rzeczy niespełnionych trzeba byłoby jeszcze dodać sprawę edukacji oraz polityki zagranicznej i dramatycznie złego obrazu Polski w oczach całej Europy i świata. Problem z dokonaniem oceny z tej perspektywy, którą tu reprezentuję, polega na tym, że wiele przedsięwzięć należałoby uznać za zamierzenia całkowicie słuszne i godne poparcia. Po pierwsze - wydanie systemowej, by tak rzec, walki korupcji. Tyle tylko, że sposób, w jaki zaczęto to realizować, prowadzi na manowce, bo depcze inne, nie mniej ważne wartości życia publicznego. CBA przypomina amerykańskie FBI z czasów maccartyzmu. Atak na środowisko medyczne przyniósł już widoczne fatalne efekty: zaciętość strajkujących (skądinąd całkowicie zasadna) lekarzy i pielęgniarek na pewno wzmocniło potraktowanie tych pierwszych jak skorumpowanych przestępców.

Po drugie, rozliczenie PRL tak, wydawałoby się, niezbędne zostało przeprowadzone w sposób, który pogorszył jedynie działanie systemu lustracyjnego, a w dodatku nie wniósł nic do tego, co piszącemu te słowa wydaje się absolutnie najważniejsze: do ujawnienia instytucjonalnych mechanizmów działania partyjnego państwa przemocy. Nawet rozbicie "układu" w postaci WSI nie dało żadnego wglądu w to, w jaki sposób byli oficerowie wywiadu mogli omotać administrację nowego państwa i na czym polegał symboliczny "wielki przekręt" postkomunizmu. Nic się na ten temat nie dowiedzieliśmy, mimo że likwidacja WSI miała i nadal ma niekorzystne dla Polski reperkusje. W dodatku, mimo że od rozbicia WSI upłynęło dużo czasu, do tej pory nikt nie został postawiony przed sądem. To też daje do myślenia. Skonstruowanie ustawy lustracyjnej, która miała upokorzyć całe wielkie środowiska społeczne, pozbawiło ją poparcia nawet tych, którzy chcieliby jakiegoś rozliczenia ponurej przeszłości. Taka ustawa miałaby może jakieś uzasadnienie 17 lat wcześniej, ale nie dziś.

Po trzecie, wojna ze środowiskiem prawniczym. Wiele pomysłów i projektów, takich jak nałożenie demokratycznych w istocie ograniczeń na działanie korporacji prawniczych, znalazłoby zapewne poparcie i opinii publicznej, i znaczącej części samego środowiska, gdyby projekt inaczej uzgadniano i formułowano. Nieustanny atak na elitę prawniczą oraz dramatyczne upolitycznienie prokuratury, ataki na sądy i sędziów - to znów sytuacja niedopuszczalna. Wygląda to tak, jakby minister Ziobro przy widocznym poparciu premiera chciał po prostu wyeliminować znakomitą większość prawniczej profesury, ponieważ budowała ona swoje kariery za czasów PRL.

Ta krótka charakterystyka kieruje nas ponownie ku emocjom. Złe emocje wobec rządu i samych braci Kaczyńskich, przybierające niekiedy zgoła histeryczną postać, trudno zrozumieć inaczej niż jak odpowiedź na złe emocje i pobudki, z jakimi władza podejmuje swoje działania. Instytucje - wbrew różnym teoriom - również tworzą emocjonalną tkankę życia społecznego. Są przecież uporządkowanymi regułami i zasadami postępowania. W związku z tym mogą wywoływać emocjonalne skutki. Jednak to w realnym socjalizmie mieliśmy do czynienia z instytucjami, które świadomie - rzec można - kierowały się w swym działaniu emocjami. Teraz mamy do czynienia z podobną sytuacją: to złe emocje, wyraźna niechęć czy wręcz słabo skrywana nienawiść skłaniają do działania funkcjonariuszy obecnej władzy. Wydaje mi się, że jest to wcale nie najmniej ważny czynnik decydujący o przegranej także słusznych inicjatyw PiS i jego przywódców.

p

, ur. 1949, socjolog, profesor w Instytucie Socjologii UW, jeden z najbardziej znanych polskich badaczy społecznych. Zajmuje się problemami demokracji lokalnej, mniejszości oraz społeczną historią "Solidarności" - na ten ostatni temat opublikował m.in. książki "Czego chcieli, o czym myśleli? Analiza postulatów robotników Wybrzeża z 1970 i 1980 roku" (1987), "Świat zakorzeniony" (1988), "Czy Polska po Solidarności?" (1989). Jest także znawcą socjologii interakcjonistycznej, której poświęcił książkę "Co się dzieje między ludźmi" (1992). Ostatnio ukazała się książka pod jego redakcją "Wolność, równość, odmienność. Nowe ruchy społeczne w Polsce początków XXI wieku" (2006). Kilkakrotnie gościł na łamach "Europy" - w numerze 175 z 11 sierpnia opublikowaliśmy wywiad z nim zatytułowany "Szanse polskiego liberalizmu".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj