Dziś cały numer poświęcamy nieudanej kohabitacji między IV RP a elitami. Współpracy, która się nie udała nie dlatego, że ktoś popełnił błąd. Ale dlatego, że nie chciała jej żadna ze stron.
Zacznijmy od PiS. "Wykształciuchy" Dorna i "łże-elity" Kaczyńskiego nie były w gniewie rzuconymi obelgami. To było świadome wypowiedzenie wojny środowisku, które liderzy PiS definiowali nie w kategoriach socjologiczno-zawodowych, ale ideowo-politycznych. Dla Dorna i Kaczyńskiego słowo "elity" było nazwą własną środowiska warszawskiej i krakowskiej inteligencji lewicowej. A dokladnie tej jej rozpolitykowanej części, która nadawała ton polskiej polityce i publicystyce w latach 90. Tak rozumiana elita obejmowała liderów korowskiej lewicy oraz tzw. pezetpeerowskich liberałów.
Intencje PiS-owskiego ataku nie brały się z ludowej niechęci do jajogłowych. Kaczyński i Dorn nagłośnili silny od dawna w elitach nurt wewnętrznej krytyki, którą symbolizowały postaci tak prominentne jak Herbert, Hertz, Szpotański, Rymkiewicz, Herling czy Kubiak. Autorzy ci zarzucali swoim kolegom, że po 1989 roku: 1) zaczęli bronić złej politycznie sprawy, że 2) zaczęli do swoich poglądów przymuszać całą polską inteligencję i że 3) w znacznej mierze im się to udało, a zatem że zaprowadzili polityczną poprawność.
Atak na łże elity był - w intencji Kaczyńskiego - demaskacją skutków tej poprawności. Oddania się inteligencji we władzę konformizmu i banału. Ich atak brał się z poczucia, że po 1989 roku niewiele się zmieniło, że elity znowu są posłuszne kolejnej niewartej tego sprawie. I że znowu wyhodowały tłumy naśladowców, którzy zamiast myśleć, posługują się ideologicznymi kalkami. Na dobrą sprawę i Kaczyński, i Dorn bardziej niż w elity uderzali w tych właśnie naśladowców, w ofiary poprawności, które z poczuciem własnej umysłowej niezależności odtwarzały zaprogramowane w nich banały. Ale dodajmy tu, że liderzy PiS uderzali w "łże-elity" nie dlatego, że się brzydzili banału, ale dlatego, że ten banał był przeciwko nim. Prawicowych banałów nigdy nie prostowali, odwrotnie - prawicowe przesądy podtrzymywali i eksploatowali. Przejęcie elektoratu radiomaryjnego pokazało, jak selektywna jest PiS-owska pochwała umysłowej niepokorności.
A jak to wyglądało ze strony elit? Otóż bez względu na wyznawane poglądy elity - w tym prawicowe - szybko pojęły, że IV RP jest do gruntu antyelitarna. I to nie tylko na poziomie owej polemicznej intencji Dorna i Kaczyńskiego. IV RP od początku została skonstruowana jako bunt większości przeciw elitom. Nie lewicowym, ale wszelkim.
Celem było odarcie elity z politycznego znaczenia, które brało się nie tyle z poglądów PiS, co jego interesu. Bardzo wielowarstwowego. Po pierwsze, elity były jednym z nielicznych ośrodków wpływu, którego Kaczyński nie mógł przejąć (nie da się w ciągu kilku miesięcy doprowadzić do masowej ideowej konwersji). Po drugie, bo rządząc z Lepperem, Giertychem i Rydzykiem nie mógł liczyć na utrzymującą się dłużej sympatię nawet ze strony prawicowych intelektualistów. Po trzecie, bo populizm u Kaczyńskiego nie był metodą, ale poglądem. Głębokim przekonaniem, że elity nie mogą sobie rościć prawa do jakiejś szczególnej wyższości. Nie tylko w III RP.
Dziś wydaje się, że elity od samego początku wyczuły to nastawienie liderów PiS. A po kilku miesiącach rządzenia wiedziały to już ze stuprocentową pewnością. Dlatego też przeciw PiS stanęła także ta część elit, która nie miała nic wspólnego ani z lewicą, ani z poprawnością, i która nie miała nawet cienia sympatii do III RP.
Konflikt IV RP z elitami nie był tylko ideowy, był wręcz systemowy. Czwarta powstała nie po to, by lewicowe elity zajęły prawicowe, ale by całej elicie wyznaczyć nowe, znacznie skromniejsze miejsce. I to był powód, dla którego elity ruszyły na wojnę z determinacją znacznie większą, niż ta, którą dają same tylko polityczne poglądy. Dla obu stron był to spór o prestiż i społeczne znaczenie. Spór, który - jak się dziś zdaje - obie strony przegrały. PiS został odarty z inteligenckiej legendy, skazując się na elektorat ludzi społecznie przegranych. Natomiast elity budzą się w Polsce, w której PiS oduczył większość społeczeństwa odruchu automatycznego szacunku wobec swoich elit. Może nie tyle odczarował elity, co ośmielił masy.