O tym, że Rosja wykorzystuje surowce energetyczne jako narzędzie politycznego szantażu, mówią niemal wszyscy jej krytycy. Skrzętnie odnotowuje się wszelkie rosyjskie posunięcia w tym zakresie - odcinanie dostaw innym krajom, niespodziewane podnoszenie cen itp. Jednocześnie ci sami krytycy pocieszają się niekiedy, że skoro Rosja czerpie tak ogromne zyski z eksportu ropy czy gazu, to jest w gruncie rzeczy kolosem na glinianych nogach. Wystarczy jedno załamanie cen tych surowców i rzekoma rosyjska potęga rozpadnie się w gruzy. Znakomity historyk Paul Kennedy, które pisze dziś na naszych łamach o Rosji Putina, wskazuje jednak, że takie nadzieje są płonne. Wysokie ceny ropy i gazu rzeczywiście są podstawową przyczyną rosyjskiej prosperity, ale Rosja zarobione pieniądze przezornie inwestuje w strategiczne dziedziny i nowoczesne technologie. Pozwolą jej one w przyszłości zajmować jeszcze mocniejszą pozycję na arenie międzynarodowej. Petrodolary umożliwiają też inwestowanie we własną narodową dumę. Państwo rosyjskie sponsoruje rozmaite nacjonalistyczne ruchy, dzięki którym autokratyczny putinowski reżim zyskuje dodatkowe poparcie. To wedle Kennedy'ego jest nawet groźniejsze od zwiększonych wydatków na zbrojenia. Rosja powraca do dawnych wzorców, do sowieckiego i carskiego stylu rządzenia. Rewiduje wiedzę o własnej historii tak, by przenikał ją "słuszny" propaństwowy duch. A rozbudzonego w ten sposób rosyjskiego nacjonalizmu nie zatrzyma już nawet najgwałtowniejszy spadek cen surowców energetycznych.
p
Od kilku lat Rosja Putina wysyła bardzo czytelne sygnały, że nie jest już osłabionym, kalekim, zależnym od Zachodu państwem, którym była po upadku Związku Radzieckiego. Znowu jest krajem dumnym i pewnym siebie, w swoich działaniach coraz bardziej przypominającym swoich carskich i komunistycznych poprzedników. Ktoś powie, że to odrodzenie ma bardzo kruche podstawy, że opiera się prawie wyłącznie na wysokich cenach ropy i gazu. To prawda, ale mądrze inwestowane dochody naftowe (co pokazują przykłady tak różnych od siebie krajów jak Norwegia i Dubaj) mogą przyspieszyć rozwój przemysłowo-techniczny, umożliwić rozbudowę infrastruktury i zwiększyć bezpieczeństwo narodowe.
Reżim Putina nie tylko w sposób przemyślany inwestuje w strategiczne dziedziny - infrastrukturę, laboratoria, unowocześnienie armii. Napływ petrodolarów daje Kremlowi pewność siebie, która pozwala mu prowadzić agresywną politykę zagraniczną, czemu dodatkowo sprzyja obecna sytuacja geopolityczna: osłabione Stany Zjednoczone, uwaga Chin i Indii skierowana gdzie indziej (na rozwój gospodarczy i modernizację) oraz zwiększone możliwości przetargowe wszystkich potentatów naftowych.
W ciągu minionych sześciu lat Moskwa podjęła tyle jednostronnych działań, że przebija ją pod tym względem chyba tylko Biały Dom. Oczywisty przykład: Rosja wykorzystuje swoje prawo weta w Radzie Bezpieczeństwa ONZ do wspierania Serbii i blokowania niepodległościowych aspiracji Kosowa, podobnie jak Stany Zjednoczone za pomocą tego samego narzędzia chronią Izrael i blokują propalestyńskie rezolucje. Rosja stosuje również obstrukcję w kwestii Iranu i Korei Północnej. Lista jest długa. Ministrowie Putina przy użyciu "dyplomacji rurociągowej" wymuszają na Białorusi, Ukrainie i innych sąsiadach podporządkowanie się woli Moskwy i uznanie energetycznej zależności od Rosji. Nie ulega wątpliwości, że zamierzonym skutkiem ubocznym tej strategii ma być zastraszenie państw zachodnioeuropejskich. Estonia i Łotwa są nękane za ich rzekomo antyrosyjskie posunięcia, takie jak usuwanie sowieckich pomników wojennych czy dyskryminacja rosyjskojęzycznych obywateli.
Zachodnie spółki naftowe przekonują się, że kontrakt na wydobycie nośników energii nie jest dla rządu rosyjskiego świętym zobowiązaniem prawnym. Wielkim korporacjom międzynarodowym, takim jak BP i Exxon, do niedawna uchodzącym za potężne niezależne podmioty, przykłada się pistolet do głowy i wymusza zgodę na gorsze warunki umów.
Wielu prezesów tych firm musiało przecierać oczy ze zdumienia na wieść, że Rosja wysuwa roszczenia do obszarów podbiegunowych, a tym samym do prawa eksploatacji podmorskich złóż surowców energetycznych. Działania Rosji w tej dziedzinie są równie szybkie jak wypowiadanie umów międzynarodowych dotyczących kontroli zbrojeń.
Wszystko to niepokoi, ale nie powinno zaskakiwać. Wręcz przeciwnie, Rosja poczyna sobie w sposób dość przewidywalny. Są to posunięcia typowe dla tradycyjnej elity władzy, która poniosła porażkę i przeżyła upokorzenie, a teraz, kiedy ma już po temu możliwości, dąży do odzyskania narzędzi władzy, obszarów wpływów i aparatu represji.
Dzieje Rosji od czasów Iwana Groźnego pokazują, że Putin nie robi niczego nowego. Kremlowski centralizm ma tysiącletnią tradycję. Jeśli dzisiaj jest bardziej zauważalny, to być może z powodu dwóch (niewykluczone, że tymczasowych) czynników: uzależnienia współczesnego świata od ropy naftowej oraz zaabsorbowania administracji Busha Irakiem i terroryzmem. Putin nie musi wyważać drzwi - Zachód sam mu je otworzył.
Informacje z Rosji, które mnie najbardziej interesują, nie dotyczą batyskafów schodzących pod arktyczną pokrywę lodową ani przykręcanie naftowej śruby Białorusi, lecz subtelniejszych posunięć reżimu Putina, które mają na celu podsycenie w społeczeństwie narodowej czy wręcz nacjonalistycznej dumy. Upatrywałbym w nich czegoś bardziej istotnego i potencjalnie niezwykle groźnego. Ograniczmy się do dwóch przykładów: stworzenia patriotycznego ruchu młodzieżowego i brutalnego przerabiania szkolnych podręczników do historii. Ruch młodzieżowy Nasi szybko się rozrasta wspierany przez agendy państwowe, które pragną zaszczepić następnemu pokoleniu odpowiednie wartości i wykorzystać te ultranacjonalistyczne zastępy do walki z wewnętrznymi krytykami reżimu Putina. Program ruchu jest eklektyczny. Składa się na niego między innymi cześć dla ojczyzny, szacunek dla rodziny, małżeństwa i rosyjskich tradycji oraz ksenofobia. Trudno powiedzieć, kto znajduje się na czele listy największych wrogów rosyjskiego modelu życia: amerykańscy imperialiści, czeczeńscy terroryści czy estońscy niewdzięcznicy. Ruch szkoli dziesiątki tysięcy młodych zapaleńców. Niedawno wrócili z letnich obozów, na których ćwiczyli aerobik, dyskutowali o "prawomyślnej" i "nieprawomyślnej" polityce oraz pobierali nauki, które przydadzą im się w przyszłych zmaganiach z wrogami ustroju. Znaczną liczbę członków ruchu zmobilizowano ostatnio do gnębienia ambasadora brytyjskiego i estońskiego w Moskwie, kiedy Rosja weszła w spór z tymi dwoma krajami. Według "Financial Times" Nasi szkolą 60 tys. "przywódców", którzy mają monitorować głosowanie i prowadzić sondaże przed lokalami wyborczymi podczas wyborów parlamentarnych (grudzień) i prezydenckich (marzec). Ciarki mnie przechodzą, kiedy o tym czytam.
Grozę budzą też doniesienia, że Putin osobiście pochwalił autorów nowego podręcznika dla nauczycieli historii w szkołach średnich zalecającego, by wpajać młodzieży dumę ze swojej ojczyzny i solidarność narodową. Jako historyk zawsze byłem przeciwny koncepcji, zgodnie z którą ministrowie edukacji powinni zatwierdzać jakąś oficjalną wizję przeszłości swego narodu, chociaż wiem, że urzędnicy od Japonii po Francję tak właśnie postępują, że władze w Pekinie nie dopuszczają do siebie myśli, by chińskie szkoły miały same wybierać sobie podręczniki, oraz że amerykańscy fundamentaliści nieporadnie próbują wpływać na treści prezentowane dzieciom w szkołach.
Z drugiej strony nie ma nic szczególnie groźnego w tym, że francuskie dzieci dowiedzą się o heroizmie Joanny d'Arc, a dzieci amerykańskie o nocnej wyprawie Paula Revere'a [w czasie amerykańskiej wojny o niepodległość - przyp. red.]. Każdy ma prawo do paru Robin Hoodów czy Wilhelmów Tellów. To trochę co innego niż stwierdzenie w rosyjskim podręczniku do historii, że "wstąpienie do klubu państw demokratycznych oznacza rezygnację z części suwerenności narodowej na rzecz USA". Taki dobór tematów budzi w rosyjskich nastolatkach przekonanie, że ciemne zagraniczne siły dybią na ich ojczyznę.
Co to wszystko oznacza? Gdyby ceny ropy się załamały (a nam wszystkim powyrastały na dłoniach kaktusy...), to wraz z nimi mogłyby paść nacjonalistyczno-hegemoniczne dążenia Putina. Nie ulega jednak wątpliwości, że istnieje spójny i kompleksowy plan odbudowy dumy narodowej i potęgi Rosji. Obecne pikiety pod ambasadą brytyjską i zerwanie estońskiej flagi przez bojówkarzy z ruchu Nasi za parę lat staną się tylko mało istotnymi przypisami do dziejów Rosji. Z kolei zaplanowane kampanie mające na celu indoktrynację rosyjskiej młodzieży i przepisanie historii wielkiego, ale głęboko zagubionego narodu mogą mieć znacznie większy wpływ na dzieje XXI stulecia.
p
, ur. 1945, brytyjski historyk, politolog, specjalista w dziedzinie studiów strategicznych i stosunków międzynarodowych, obecnie wykładowca uniwersytetu Yale. Zajmował się m.in. dziejami dyplomacji, historią II wojny światowej i imperium brytyjskiego. Jest autorem kilkunastu książek, w tym znanego i tłumaczonego na wiele języków bestsellera "Mocarstwa świata: narodziny, rozkwit, upadek" (wyd. pol. KiW, 1996). W "Europie" nr 140 z 9 grudnia ub.r. opublikowaliśmy jego tekst "Najgorsze czasy w dziejach ludzkości".