Ania i Bartek Giruć rok temu opuścili Gdańsk. Zamieszkali Cardiff. W kraju zostawili rodziców, a zabrali ze sobą 4-letnią córeczkę Natalię. Ania jechała za granicę w siódmym miesiącu ciąży. Bartek dostał pracę w barze, a ona miała zająć się domem i dziećmi. Potem, gdy dzieci podrosną planowała znaleźć pracę.

22 sierpnia urodził się Alan. "Ania miała ciężki poród, ale chłopczyk był zdrowy jak ryba. To nasz wyczekany i ukochany synek" - opowiada "Faktowi" Bartek.

Szczęście runęło, gdy Alanek obudził się z płaczem - donosi bulwarówka. Coś go bolało i nie przestawał krzyczeć. Pojechali do szpitala. Diagnoza brzmiała jak wyrok: to wylew podtwardówkowy. Dwa dni później chłopczyk zaczął tracić wzrok.

"Dzień i noc byłam przy nim w szpitalu, nie spałam, bałam się najgorszego" - mówi "Faktowi" Ania. "Lekarze patrzyli na mnie podejrzliwie, nie miałam pojęcia, dlaczego" - dodaje.

Po kilku dniach mieli wrócić do domu, bo stan dziecka się poprawił, ale lekarze, policja i służby socjalne miały inny plan. Postanowili odebrać dzieci rodzicom. Zakomunikowali rodzicom, że są podejrzani o znęcanie się nad maluchami - donosi "Fakt".

"Powiedzieli, że potrząsałam dzieckiem, stąd ten wylew" - mówi Ania. Natalia i Alan trafili do angielskiej rodziny. Nikt nie mówił tam po polsku. Rodzice mogli widywać dzieci tylko dwie godziny dziennie. Zaczął się wyścig z czasem. Wszędzie szukali pomocy, słali pisma do prawników, konsulatu. Po wielomiesięcznej batalii sąd w Cardiff zgodził się, by dziećmi zajęła się babcia, która przyjechała z Polski. Ale rodzice maluchów nie mogą u niej mieszkać. Nie mogą też wyjechać z Cardiff, bo zabrano im paszporty. Muszą czekać na koniec procesu, jaki wytoczyli im Anglicy.