Czy Jarosław Kaczyński jest prawdziwie ideowym antykomunistą? Wbrew pozorom ani nie jest, ani nigdy nie był - twierdzi Cezary Michalski w swoim tekście poświęconym politycznej metodzie lidera PiS. Kaczyński posługuje się "praktycznym antykomunizmem" III i IV RP, który Michalski nazywa cynicznym - choć (inaczej niż w wypadku wielu przeciwników PiS) określenie to nie ma obraźliwej intencji. Odsyła raczej do sławnej "Krytyki cynicznego rozumu" Petera Sloterdijka. W książce pod takim tytułem jeden z najwybitniejszych współczesnych filozofów europejskich w sposób pozbawiony wszelkich namiętności analizuje dylematy zachodniego rozumu, który zrezygnował z wielkich moralnych ambicji, jakie stawiali przed nim myśliciele epoki oświecenia. Zamiast tego stał się najskuteczniejszym narzędziem w walce o dominację i realizację grupowych czy indywidualnych interesów.
Podobnie było i jest z antykomunizmem. To moralne uzasadnienie zaangażowania, które w PRL miało często wymiar apolityczny czy przedpolityczny, stało się po roku 1989 jednym z narzędzi uprawiania polityki praktycznej. I właśnie ten punkt dojścia najlepiej wyraża Jarosław Kaczyński, kiedy przywołuje, a czasami wręcz uskrajnia historyczny konflikt, a jednocześnie bez przerwy przekracza historyczne podziały. Kiedy mobilizuje swoich współpracowników czy elektorat antykomunistycznymi hasłami, metaforami i historycznymi aluzjami, a jednocześnie w praktyce dystansuje się wobec tego podziału, akceptując w swoim bezpośrednim otoczeniu ludzi z PZPR-owską albo "reżimową" przeszłością.
p
Dzisiaj, kiedy zarzucamy Jarosławowi Kaczyńskiemu małą wyborczą koalicję z LiD, otrzepanie Kwaśniewskiego z kijowskich trocin i uczynienie stroną historycznego sporu (a w gruncie rzeczy realnym sytuacyjnym sojusznikiem w walce przeciwko Tuskowi), warto zauważyć, że Kaczyński praktycznie nigdy po roku 1989 nie był antykomunistą. To znaczy nigdy nie był antykomunistą przede wszystkim, czy też za wszelką cenę.
Kiedy Adam Michnik definiował swoją formułę historycznego kompromisu w płomiennym emocjonalnym języku, kiedy bratał się z Jaruzelskim i Kiszczakiem oraz inwestował w Aleksandra Kwaśniewskiego, aby w tym samym momencie niektórych dawnych towarzyszy walki określać swoim ulubionym epitetem "chorzy z nienawiści", Jarosław Kaczyński realizował historyczny kompromis na zimno i pragmatycznie.
Twórca Porozumienia Centrum włączał do budowy swojej partii ludzi ze środowisk PAX-owskich, ale także postpezetpeerowskich konserwatystów czy zwolenników silnej władzy. Nawiązywał kontakty z nomenklaturowymi biznesmenami albo pozwalał swoim ludziom na nawiązywanie takich kontaktów. W pewnym wymiarze praktycznego działania nie różnił się tutaj od ludzi Unii Demokratycznej, ZChN czy KLD. Jednak w swoim wewnętrznym przekonaniu różnił się od nich o tyle, że używał pieniędzy, kontaktów, a nawet urzędników dawnego reżimu do realizowania wizji przebudowy państwa, podczas gdy jego politycznych przeciwników takie kontakty korumpowały, pozbawiały politycznej woli, czyniły zakładnikami postkomunizmu. To wewnętrzne przekonanie Kaczyńskiego, że jako jedyny skuteczny polityk obozu postsolidarnościowego bez względu na środki, jakimi się posługuje, oddaje sprawiedliwość swojej stronie historycznego sporu z komunizmem, nie przeszkadzało mu podchodzić do owej "swojej strony" z trzeźwością i krytycyzmem, jakich nie powstydziłby się PZPR-owski konserwatysta Bronisław Łagowski, który w słynnym "Liście otwartym do trzydziestolatków" powątpiewał w zdolność niedawnych opozycjonistów do przejęcia władzy i jej sprawowania, a w bezsilnych moralistach i anarchicznych buntownikach widział bardzo kiepskich budowniczych ładu społecznego.
W przeciwieństwie do Łagowskiego, Jarosław Kaczyński traktował jednak przecinający Polskę spór historyczny jako coś, czego nie da się uniknąć, jako jedno z oczywistych źródeł legitymizacji polityki i skuteczne narzędzie politycznej mobilizacji. Kaczyński - trochę tak jak Łagowski - wielokrotnie określał w swoich wywiadach i tekstach zarówno opozycję demokratyczną, jak też "Solidarność" mianem "sił i tradycji antypaństwowych". To świadomie prowokacyjne określenie - będące w istocie cytatem z języka komunistycznej propagandy - zawierało bardzo ostrą i krytyczną diagnozę nijak się mającą do "antykomunistycznych emocji". Otóż zdaniem Kaczyńskiego ludzie opozycji demokratycznej i pierwszej "Solidarności" wyspecjalizowali się niejako w argumentach i działaniach na rzecz ograniczenia władzy, ponieważ była to władza komunistyczna, narzucona, pozbawiona legitymizacji, realizująca ideologię niszczącą ekonomiczny potencjał narodu. Dawni opozycjoniści wyspecjalizowali się także w myśleniu skierowanym przeciwko państwu, ponieważ nie było to państwo własne, będące emanacją woli politycznego narodu, ale namiastka państwowości realizująca obce interesy. Wszystkie te słuszne w PRL-u odruchy, opozycja demokratyczna i "Solidarność" przeniosły - zdaniem Kaczyńskiego - w czasy Polski suwerennej. Dlatego właśnie ludzie wychowani na przeciwstawianiu się władzy i blokowaniu jej działań w epoce PRL nie byli w stanie zbudować państwa, powściągnąć patologii nierozerwalnie związanych z czasem ustrojowej transformacji. A jedyna ich ideologia pozytywna - ideologia społeczeństwa obywatelskiego - prowadziła w rzeczywistości do ubezwłasnowolnienia władzy. To ona była źródłem polskiego "impossybilizmu" po roku 1989. W chaosie rozpadającego się realnego socjalizmu dodatkowo uniemożliwiła odbudowę państwa.
Dlatego ludzie dawnego aparatu komunistycznego - mający w przeciwieństwie do dawnych opozycjonistów doświadczenie realnego sprawowania władzy, a nie tylko buntu przeciwko niej - mogli być sojusznikami, żołnierzami i budowniczymi nowego państwa pod warunkiem, że "przyswajało" się ich indywidualnie, nie pozwalając im odbudowywać powiązań i struktur sprzed roku 1989.
Ponieważ antykomunizm nie jest dla Kaczyńskiego celem, ale jedynie środkiem, elementem całego repertuaru politycznych narzędzi, wobec tego to on - w rytmie bieżących potrzeb politycznych, w rytmie walki o władzę lub atakowania władzy z głębokiej nieraz opozycji - podejmuje suwerenną decyzję odnośnie użycia antykomunistycznej symboliki, jej radykalizacji lub złagodzenia, przekraczania frontu historycznych podziałów lub podkreślania jego nieprzekraczalności. To on uznaje, kto jest komunistą, a kto antykomunistą, bez względu na realne biografie. Metafory, aluzje, epitety sięgające do antykomunistycznych emocji epoki PRL zostają zrelatywizowane do tego, co relatywne nie jest - do aktualnej mapy politycznego konfliktu, do dzisiejszej obsady ról wroga i przyjaciela. Takie zachowanie musi zapewne zachwycać wszystkich polskich tłumaczy i komentatorów Carla Schmitta. Ten "jurysta Adolfa Hitlera", który dzisiaj jest inspiracją zarówno dla konserwatywnych, jak i lewicowych myślicieli krytykujących w skali globalnej "impossybilizm" liberalnej demokracji, w takim właśnie modelu zachowań dostrzegał świadectwo suwerenności i umiejętności podejmowania decyzji znamionującej rasowego politycznego przywódcę. Dodajmy jednak, że tak suwerenne zachowanie upolityczniające zarówno historię, jak i całą bez mała rzeczywistość, której klasyczny liberalizm przyznawał prawo do życia "cywilnego" poza polityką, poza logiką politycznego konfliktu, jest zgubne dla realnej materii i pamięci historycznej. Zużywa historię w tempie, w jakim każdy schmittiański suweren, a szczególnie suweren rewolucyjny, zużywa język, instytucje, prawo, kryteria, a nawet obiektywną wiedzę czy prawdę historyczną - w której istnienie zresztą żaden schmittiański suweren nie wierzy.
Kaczyński dobija realnego interesu z Aleksandrem Kwaśniewskim. Jednocześnie jednak ta mała koalicja na potrzeby kampanii ma uchronić Polskę przed wielką powyborczą koalicją PO-LiD, która jest dla Polski zła. Dlaczego zła? W prawdziwej politycznej logice Kaczyńskiego koalicja PO-LiD jest zła, bo odsuwa go od władzy, przez co uniemożliwia realizowanie pewnego projektu politycznego. Ale w moralizatorskim języku antykomunizmu cynicznego czy też praktycznego, którego Kaczyński używa jako narzędzia politycznej mobilizacji, koalicja PO-LiD jest ostatecznym, nieredukowalnym złem, bo to dzięki niej do władzy "powrócą byli PZPR-owcy". Jednocześnie jednak byli PZPR-owcy, a także najbardziej dyspozycyjni prokuratorzy czy sędziowie z lat 80. są (lub do niedawna byli) reprezentowani w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, nawet w najbardziej elitarnej "kadrówce" skoncentrowanej wokół resortów siłowych. Bo taką przeszłość mają nie tylko Kaczmarek czy Kornatowski, nie tylko wiceminister Kryże, ale także minister Wassermann, który u schyłku PRL zajmował się jako krakowski prokurator sprawą młodych działaczy ruchu Wolność i Pokój, którzy podnieceni anarchiczną atmosferą końca ustroju zajęli i przez jakiś czas okupowali budynek studium wojskowego UJ. Wassermann zajął się tą sprawą na zlecenie dogorywających komunistycznych władz dlatego, że żaden rozsądniejszy, bardziej niezależny, lepiej ustawiony prokurator nie chciał się już w tym czasie tak trefną polityczną sprawą zajmować.
Zatem ludzie PZPR, dawni milicjanci (być może także ZOMO-wcy, którzy w języku Kaczyńskiego występują jako określenie najzupełniej aktualnego przeciwnika politycznego), najbardziej dyspozycyjni sędziowie i prokuratorzy z najgorszych czasów i miejsc PRL znajdują się u władzy - w sensie, jaki nadał temu terminowi Jarosław Kaczyński - także dzisiaj. Choć oczywiście nie sposób nie zgodzić się z premierem, że w wypadku powrotu LiD jako partnera w koalicji rządowej pojawią się oni w większej liczbie i będą lepiej zorganizowani. Tyle że dla większej części elektoratu PO - a mówię to bez żadnego entuzjazmu, raczej z chłodnym realizmem - koalicja z LiD (czyli z postkomunistami ozdobionymi kwiatkami w postaci Lityńskiego czy Onyszkiewicza) będzie tak samo do przełknięcia, jak dla większej części elektoratu PiS była do przełknięcia koalicja z mocno postkomunistyczną Samoobroną czy też kompletnie patologiczną LPR. Wysoki poziom konfliktu politycznego pozwala uzasadniać i akceptować wszelkie sojusze, także te dokonujące się ponad granicami "historycznego podziału" z epoki PRL.
Poddając krytyce praktyczny czy też cyniczny antykomunizm Jarosława Kaczyńskiego, trzeba znowu przypomnieć, że nie chodzi tu o obdarzanie epitetami czy też obwinianie, ale o analizę pewnej bardzo skutecznej strategii przystosowawczej.
Jarosław Kaczyński jest politykiem w Polsce. Dobrze zna ograniczenia i lokalną specyfikę tego miejsca. Jadwiga Staniszkis opisała kiedyś w "Europie" klątwę tomizmu wiszącą nad polskim życiem politycznym (sama nazwała ją szansą, z czym niezwykle trudno mi się zgodzić). Owa klątwa to konieczność przywoływania moralnego, metafizycznego czy bez mała religijnego regulatora w przestrzeni publicznej, która bez niego popadłaby w kompletny chaos i anomię. Polska nie przeżyła bowiem, zdaniem Staniszkis, "przełomu ockhamowskiego", nie przeszła bolesnego procesu zachodniego "odczarowania". Uczestnicy naszych sporów publicznych - zarówno aktorzy, jak i widzowie - nie nauczyli się odgrywania społecznych ról, nie uwewnętrznili instytucjonalnych czy prawnych regulatorów, jakie w centrach późnoliberalnego Zachodu zastępują dobrą wolę przywódcy, jego dobre intencje czy gwarancje jego moralnej czystości.
Kaczyński działa w społeczeństwie, które domaga się polityki bardziej archaicznej, przednowoczesnej, sprzed Machiavellego czy Hobbesa, a zatem domaga się moralizatorstwa - nawet jeśli samo jednocześnie z owego moralizatorstwa szydzi, dokonuje jego swojskiej, naiwnej krytyki, wynajduje niekonsekwencje i piętnuje hipokryzję politycznych moralistów.
Pamiętajmy też, że w wielu wypadkach owo moralizatorstwo pozwala lepiej znosić poczucie zawodu czy wręcz klęski w wymiarze osobistym bądź społecznym. Antykomunizm jest jedną z form koniecznego, wymaganego moralizatorstwa po prawej stronie sceny politycznej. U wielu ludzi pierwszej "Solidarności" antykomunistyczna symbolika, emocje odnoszące się do czasów PRL - szczególnie kiedy są okazywane przez aktualną władzę - pokrywają i maskują realną, polityczną i społeczną klęskę poniesioną przez nich w latach 80., a także liczne rozczarowania, jakie spotkały ich po roku 1989.
Oczywiście inne obozy polityczne też mają swoje odmiany moralizowania. Kiedy Leszek Miller zapytany przez nas w "Europie" o pozytywny wyznacznik lewicowości w dzisiejszej Polsce odpowiada: "uznanie, że zarówno PRL, jak i III RP są moją ojczyzną", stosuje chwyt będący odpowiednikiem analizowanego przez nas antykomunizmu Kaczyńskiego. Nie jest nawet istotne, do jakiego stopnia jest to deklaracja szczera - czy Miller manipuluje wyłącznie szeregowymi działaczami swego obozu, czy także samym sobą.
Tak czy inaczej, nostalgia za PRL - oczywiście coraz bardziej powściągana i "cywilizowana" - jest moralizatorskim językiem SLD. Także Aleksander Kwaśniewski wie doskonale, że dopiero koniec PRL umożliwił imponujący rozkwit biznesowo-politycznych karier ludzi dawnego aparatu SZSP. A jednak politykę orderową i politykę symboliczną uprawiał tak, by oddać sprawiedliwość starym towarzyszom - nawet jeśli dokooptował do tego grona tych działaczy opozycji demokratycznej, którzy są dziś jego politycznymi sojusznikami.
Moje odrzucenie antykomunistycznego moralizowania jako współczesnej metody politycznej ma jeszcze jedną przyczynę. Pokolenie stanu wojennego, do którego należę, naprawdę nie lubi PRL i nie czuje do tamtej epoki żadnej nostalgii. Ale właśnie dlatego, że tak bardzo PRL nie lubię, uważam, że jego przezwyciężenie to także przezwyciężenie historycznego podziału jako sposobu organizowania polskiej polityki po komunizmie. Natomiast uczynienie podziału między "ZOMO i stoczniowcami", między dawnymi "komuchami" i "solidaruchami", między ich wnukami i prawnukami trwałą osią sporów politycznych na najbliższe półtora wieku to przyznanie PRL roli, na jaką ta epoka, ta formacja ustrojowa i państwowa po prostu nie zasługuje. We Francji rewolucja 1789 roku przez półtora wieku organizowała tamtejsze życie polityczne. Ale PRL nie była polską rewolucją ani nie powstała jako konsekwencja jakichkolwiek autentycznych ruchów społecznych. Komunizm był w Polsce ustrojem narzuconym, zakłócającym suwerenny rozwój narodu, jego tradycji politycznych. Jeśli domagam się od tzw. postkomunistów porzucenia historycznej tożsamości czasów PRL, jeśli liczę na to, że zrezygnują ze swojego moralizowania, z własnej praktycznej i cynicznej manipulacji PRL-owską nostalgią, to wiem doskonale, że trzeba za to zapłacić wyciszeniem moralizatorskiego antykomunizmu własnego obozu, odłączeniem historii od bieżącego konfliktu partyjnego także po własnej stronie. A już szczególnie ideowy podział lewica/prawica należałoby wyjąć spod historycznej sztancy, z którą nie ma on nic wspólnego, bo wielu postkomunistów jest szczerymi zwolennikami wolnego rynku, nieraz w wersji skrajnie neoliberalnej, podczas gdy wielu dawnych ludzi opozycji demokratycznej czy "Solidarności" powinno w Polsce tworzyć socjaldemokrację lub na nią głosować.
Także z tego powodu wolałbym, by Kaczyński definiował się po prostu jako silny przywódca specyficznej prawicy społecznej, próbujący połączyć umiarkowany społeczny i gospodarczy populizm z konserwatywną wizją silnego państwa. Nie jest to program, który we wszystkim musi mi się podobać, ale w zupełności mógłby się obyć bez pseudomoralistycznej otoczki antykomunizmu cynicznego.