Od czasu pomarańczowej rewolucji Ukraina wydaje się przechodzić okres permanentnego politycznego przesilenia. Wyjątkowo dotkliwie odczuwa dyskomfort stania w rozkroku między Wschodem i Zachodem. Z Zachodu płyną do niej sygnały przyjazne, ale mało zdecydowane. Ze wschodu natomiast coraz bardziej wieje chłodem. Społeczeństwo jest podzielone - spora jego część pozostaje nieufna wobec Unii Europejskiej i NATO, wciąż rozumując wedle sowieckich schematów. Te podziały nauczyliśmy się już rozumieć, ale Mykoła Riabczuk, jeden z najbardziej znanych ukraińskich intelektualistów, w rozmowie z "Europą" ostrzega przed ich absolutyzowaniem. Można je rzeczywiście zauważyć w społeczeństwie, a do ich utrwalania wydatnie przyczynia się jego zdaniem rosyjska propaganda. Jednak już wśród elit podział na część prozachodnią i antyzachodnią jest czysto iluzoryczny. Nawet Wiktor Janukowycz, lider teoretycznie antyzachodniej Partii Regionów, tak naprawdę nie jest wrogiem ani NATO, ani UE. Problem w tym jednak, że mając do zagospodarowania antyzachodni elektorat, dostosowuje do niego swoje polityczne deklaracje. Ten płytki populizm jest największą zmorą ukraińskiej polityki - twierdzi Riabczuk. Widać go także w obozie pomarańczowych - wszystkie działania premier Julii Tymoszenko są podporządkowane właśnie takiej populistycznej grze. Na tym tle wybija się postać prezydenta Juszczenki, który wedle Riabczuka jako jedyny spośród liczących się polityków poważnie patrzy w przyszłość. Brakuje mu jednak zdecydowania niezbędnego, by pchnąć kraj na nowe tory.
p
Bohdan Osadczuk zawsze był w tych sprawach krytyczny i wymagający. Ale nie wierzę w zbliżenie polsko-rosyjskie, bo Moskwa nie jest nim zainteresowana. Rosja potrzebuje
Polski jako krnąbrnego chłopca, którego trzeba karcić na oczach całego świata. Polska ma wśród dawnych krajów bloku wschodniego odgrywać tę samą rolę, co Ukraina wśród byłych republik
sowieckich. Wracając do pańskiego pytania - poza pewnymi drobiazgami nic nie wskazuje na jakieś zasadnicze zmiany w polskiej polityce wschodniej.
Nawet gdyby nie doszło do takiego zadrażnienia i tak relacje te nie byłyby lepsze. Podobnie jak endecka Realpolitik i wynikające z niej przejawy lojalności wobec Stalina nie uchroniłyby Polski
przed paktem Ribbentrop - Mołotow. Problem tkwi bowiem w samej naturze stosunków polsko-rosyjskich. Poważnych partnerów do robienia interesów, także osobistych, przywódcy Rosji mają w Europie
Zachodniej. Polska jest im więc zbędna. Moskwie w strefie jej dawnych wpływów są potrzebni nie przyjaciele, lecz kraje, które można upokarzać. Czymś naiwnym jest oczekiwanie, że pochlebstwa
wobec Władimira Putina czy Dmitrija Miedwiediewa spowodują tu radykalną zmianę i gospodarz Kremla zapała nagle miłością do Donalda Tuska bądź Lecha Kaczyńskiego. Nawet najbardziej lojalni
wobec Rosji przywódcy, czyli prezydenci Białorusi i Mołdawii, swoją postawą nic nie wskórali. Aleksander Łukaszenka i Władimir Woronin nie okazali się wystarczająco dobrzy dla Moskwy.
Nie należy przeceniać znaczenia samego faktu zawiązania tej koalicji. Cała ukraińska klasa polityczna - zarówno prezydent czy rząd, jak i opozycja - potrzebują czasu, by nauczyć się pewnych
rzeczy podstawowych: negocjacji, zawierania kompromisów itd. Musi się nauczyć kultury politycznej, której ogromnie jej brakuje. Zresztą akurat pod tym względem politycy obozu pomarańczowego
nie są gorsi od swoich kolegów z Europy Środkowo-Wschodniej. Wypadają źle w porównaniu z politykami zachodnioeuropejskimi. Natomiast całą sprawę komplikuje postsowiecki obóz prorosyjski.
Swoją mocną pozycją wymusza on na juszczenkowskiej Naszej Ukrainie i Bloku Julii Tymoszenko trwanie w koalicji, która jest dla nich tak naprawdę nienaturalna.
Problemem są bardzo różne osobowości prezydenta i pani premier. To niekompatybilność charakterów. Do tego dochodzą jeszcze wzajemne uprzedzenia. Juszczenko i Tymoszenko pochodzą z różnych
środowisk. Reprezentują odmienne grupy społeczne i odmienne interesy. To nieuchronnie prowadzi do napięć i konfliktów. W normalnych warunkach politycznych Nasza Ukraina i Blok Julii Tymoszenko
byłyby głównymi rywalami - jak w Polsce PiS i PO. Ale na Ukrainie znaczenie trzeciej siły, czyli Partii Regionów, ciągle to uniemożliwia.
Tymoszenko reprezentuje raczej siłę populistyczną i zarazem oportunistyczną. Nie ma ona wyrazistej ideologii. Program jest dostosowywany do doraźnych potrzeb poszczególnych grup społecznych.
Politycy jednak powinni być trochę mądrzejsi od swoich wyborców i nie podążać za ich najgorszymi instynktami. Z kolei Juszczenko to człowiek określonych przekonań. Interes narodowy nie jest
dla niego pustym frazesem. W gospodarce i w polityce skłania się ku ideom liberalnym. Brakuje mu jednak tego, co ma Tymoszenko: siły woli, chęci działania, konsekwencji. To typ człowieka,
który nie podejmuje pewnych kroków, bo z góry zakłada, że czeka go porażka. Tymoszenko przynajmniej szuka rozwiązania problemu. Wychodzi jej to raz lepiej, raz gorzej, ale przynajmniej coś
robi. Juszczenko natomiast zajmuje się raczej usprawiedliwianiem swojej bierności. Być może sprawdziłby się jako prezydent jakiegoś w miarę stabilnego kraju. Ale Ukraina potrzebuje zmian
rewolucyjnych. Muszę dodać jeszcze jedno: istotnym czynnikiem jest brak normalnie funkcjonujących instytucji. Ukraina odziedziczyła pustkę instytucjonalną po Związku Sowieckim. Żadne prawo
nie działa, bo nie jest wyraźnie sformułowane albo jest wewnętrznie sprzeczne. Pojawia się więc duża pokusa dla wszystkich sił politycznych, by tę szarą strefę opanować. I stąd ta
ciągnąca się od czasu pomarańczowej rewolucji wojna na górze, która zresztą przypomina sytuację w Polsce z początku lat 90. Tyle że w krajach środkowoeuropejskich udało się to szybko
przezwyciężyć, bo przetrwało jednak pewne doświadczenie własnej państwowości z okresu międzywojennego. I nie było tej trzeciej potężnej siły, za którą stoi Wielki Brat - Rosja.
Różnice dotyczą przede wszystkim ukraińskiego elektoratu, który dzieli się z jednej strony na proeuropejski i niepodległościowy, a z drugiej - postsowiecki i rusofilski. Natomiast na poziomie
elit podział taki trudno już dostrzec. Politycy dostosowują swoje programy do oczekiwań tych wyborców, których poparcie muszą akurat pozyskać. W ciągu ostatniego dziesięciolecia nastąpiła
prywatyzacja elektoratu przez grupy oligarchiczne. I dlatego ze sceny politycznej właściwie zniknęły - a przynajmniej zostały zmarginalizowane - dwa wyraziste obozy ideologiczne: centroprawica
narodowa reprezentowana przez Ruch i partia komunistyczna. Stało się tak nie dlatego, że brakuje ludzi, którzy by w sensie światopoglądowym te siły popierali. Po prostu oba obozy zostały
opanowane przez potężny kapitał oligarchiczny i on przekształcił je w coś zupełnie innego.
Dokładnie tak. Oligarchowie nie mają poglądów, swoje stanowisko dopasowują do oczekiwań wyborców, których w danych okolicznościach reprezentują. Wobec tego bardzo ważne jest, czy ta klasa
polityczna potrafi myśleć trochę naprzód - to znaczy, czy umie zbudować strategię, która by w jakiś sposób konsolidowała społeczeństwo i edukowała prostych ludzi. Nie chodzi tu o
schlebianie ich chwilowym gustom, lecz o wypracowywanie jakichś idei mogących być pewną inwestycją na przyszłość. W przeciwnym razie pozostaje jedynie uprawianie polityki oportunistycznej,
którą pewien ukraiński politolog określił mianem momentokracji. Po pewnym okresie chaosu, jałowych walk politycy ukraińscy będą musieli sobie uświadomić, że żaden z nich nie jest w
stanie zgarnąć całej puli. Nie będą mieli innego wyjścia, niż szukanie kompromisu i budowanie normalnych instytucji.
Na Ukrainie uzyskanie monopolu politycznego - nawet metodami wykraczającymi poza prawo - jest bardzo trudne z racji tego, że i klasa polityczna, i społeczeństwo są podzielone. Weźmy sprawę
korupcji. Nie da się ciągle kupować sędziów, bo przeciwnik polityczny za każdym razem może im zapłacić więcej. Sądzę, że oligarchowie sobie to uświadomią. Gdyby bowiem miało zostać
tak, jak jest teraz, bardziej opłacałoby się być sędzią aniżeli oligarchą... Muszą się dokonać zmiany analogiczne do tych, jakie kilkanaście lat temu miały miejsce w sferze finansów.
Wtedy klasa polityczna zrozumiała, że już nie da się manipulować liberalizacją, zarabiać na państwowych kredytach, na niskich procentach i wysokiej inflacji, bo wszystko zostało rozgrabione,
więc trzeba zacząć coś produkować. A żeby coś produkować, konieczna jest stabilność gospodarcza. Ta zaś wymaga stabilnej waluty. Na razie kurs hrywny pozostaje dość stabilny, bank
narodowy funkcjonuje niezależnie od wszystkich rozgrywek politycznych, a wzrost gospodarczy utrzymuje się na poziomie siedmiu procent.
Krótki okres rządów Partii Regionów dowiódł, że jej politycy nie nauczyli się poruszać w granicach prawa. Ugrupowanie to jest takie samo jak przedtem - opowiada się za rozwiązaniami
autorytarnymi. Sądzę, że w najbliższym czasie do zmiany koalicji nie dojdzie. W przypadku Juszczenki byłoby to strzałem samobójczym. Poza tym wciąż żywy jest antagonizm między wyborcami
obu ugrupowań. Gdyby się między tymi partiami zawiązała koalicja, elektorat Juszczenki przepłynąłby do partii Tymoszenko. W dłuższej perspektywie może natomiast nastąpić rozłam w Partii
Regionów. I dopiero wtedy miałyby sens rozważania na temat pojawienia się jakichś wewnętrznie różnorodnych koalicji. Grupa Bałohy nie stanowi żadnej poważnej reprezentacji politycznej. Jej
jedynym atutem jest możliwość oddziaływania na prezydenta. Natomiast pojednanie zachodu ze wschodem Ukrainy zależy bardziej od Partii Regionów niż od obozu pomarańczowego. Chodzi o to, czy
politycy niebiescy zrezygnują ze spuścizny postsowieckiej. Ale nie wykluczam tu zmian na lepsze, bo ani Wiktor Janukowycz, ani Rinat Achmetow nie są nastawieni wrogo wobec Zachodu, nie są
przeciwnikami integracji z Unią Europejską czy z NATO. Oni po prostu flirtują ze swoim elektoratem, który odziedziczyli po komunistach. Przecież siedem, osiem lat temu partia komunistyczna była
największym ugrupowaniem w Radzie Najwyższej. A elektorat komunistów od tamtej pory nie zniknął.
Akurat na tym polu Juszczenko wykazuje się żelazną konsekwencją. Dla niego racja stanu jest ważniejsza niż to, że jak dotąd idea wstąpienia do NATO nie cieszy się na Ukrainie
popularnością. On jednak wybiega w przyszłość i stara się robić rzeczy, z których korzyść naród odniesie za jakiś czas. Tymoszenko natomiast prowadzi grę z myślą o mających się
odbyć za dwa lata wyborach prezydenckich. Mówi to, co jest dla niej wygodne w kontekście kampanii wyborczej. Pamiętam, że kiedy dziennikarze domagali się od Tymoszenko jednoznacznej odpowiedzi,
czy jest za wejściem do NATO, czy przeciw, ona odpowiedziała, iż jest za narodem. Niestety, taka populistyczna demagogia cechuje całą jej działalność. Oczywiście Tymoszenko znakomicie
rozumie, że Ukraina nie ma innego wyjścia niż podążanie w kierunku struktur zachodnich. Ale Janukowycz też to pojmuje. Przypomnijmy, że to przecież nie Tymoszenko i nie Juszczenko
zainicjowali w roku 2002 - kiedy przyjęto dokumenty o strategii narodowej - proces integracji z NATO, lecz ówczesny prezydent Leonid Kuczma i ówczesny premier Janukowycz. Oczywiście te decyzje
zapadały w określonych okolicznościach. Kuczma ratował swoją reputację w oczach polityków zachodnich, zwłaszcza amerykańskich, po skandalu z nagraniami, które obciążały go
odpowiedzialnością za śmierć Gieorgija Gongadze, oraz po oskarżeniach o sprzedaż broni Irakowi.
Ukraińska opinia społeczna się zmienia. Dotyczy to też kwestii NATO. Może jest tak dlatego, że Rosja wywołuje niepokój, a może chodzi o zakazany owoc, bo organizacja, która najpierw
odmówiła Ukrainie członkostwa, zaczęła się wydawać bardziej atrakcyjna. Poza tym przeciwnicy NATO nie stanowią większości absolutnej. Ogromna liczba osób pozostaje niezdecydowana,
deklarując przy tym otwarcie swoją niewiedzę. Dziś nie chodzi jednak o wstąpienie do NATO, lecz o plan działań przygotowujących do członkostwa. Te działania są ważniejsze od samego
członkostwa. Podobnie byłoby z przygotowaniami do integracji z Unią Europejską. Już same tego rodzaju przygotowania mogą zmienić strukturę instytucjonalną Ukrainy. Kontrola partnerów
zachodnich jest dla tak chwiejnego wewnętrznie kraju bardzo korzystna. Dlatego nawet gdyby członkostwo NATO zostało w referendum odrzucone, Ukraina i tak by wiele zyskała.
Niestety stereotypy przetrwały. A na wschodzie i południu kraju działa potężna propaganda rosyjska. Jej narzędziami są wielkie kanały telewizyjne i prasa wysokonakładowa. Jest jednak pewna
nadzieja związana z wymianą pokoleń. Dużą winę za bieżący stan rzeczy ponosi też poprzednik obecnego prezydenta. Administracja Kuczmy prowadziła politykę dezinformacyjną, wysyłając
sprzeczne komunikaty.
Nastroje proeuropejskie są na Ukrainie wyraźniej artykułowane niż proamerykańskie. To wiąże się z tym, że USA mają w tej chwili niezbyt skutecznego prezydenta. Cała Ameryka jest obarczana
odpowiedzialnością za niefortunną politykę George'a W. Busha. Natomiast NATO jest traktowane przez postsowiecką część społeczeństwa jako twór jednolity - nikt nie wnika w niuanse
dotyczące rozbieżności między USA a Europą.
Ukraina nie ma na razie w ogóle takich szans i chyba wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Oczywiście istnieje wielki problem rosyjski. Ale mamy też poważny problem wewnętrzny. Dlatego za
granicą na rozmaitych konferencjach krytykuję państwa zachodnioeuropejskie, takie jak Niemcy i Francja, za ich cyniczną politykę. Zaś u siebie w kraju zdecydowanie ostrzej krytykuję postawę
elit ukraińskich. Dopóki Ukraina sama nie przeprowadzi reform instytucjonalnych, dopóty trudno jest wymagać różnych rzeczy od Niemiec i Francji.
Mam zastrzeżenia odnośnie nazywania Krymu enklawą rosyjską. Dość często czytam w prasie zachodniej, że to nigdy nie była część Ukrainy, że region ten został jej podarowany w roku 1954
przez Nikitę Chruszczowa. Owszem, nie była to część Ukrainy, ale nie była to też część Rosji. Rdzenną ludnością Krymu są Tatarzy. Przypomnę, że najpierw zostali oni podbici pod koniec
XVIII wieku przez Katarzynę II, a potem Stalin dokonał na nich czystek etnicznych.
Ale Tatarzy wracają na Krym z krajów swojego wygnania. Próbują odbudować własną autonomię, na razie kulturalną, chociaż logicznie byłoby odbudować też autonomię administracyjną.
Oczywiście Tatarzy krymscy nie chcą się łączyć z Rosją. Rozumieją, że tylko Kijów może ich obronić przed dominacją rosyjską. Co do ludności rosyjskiej na Krymie, to ona raczej usiłuje
szantażować Kijów - odłączenie się od Ukrainy nikomu się nie opłaca. Oczywiście obecność rosyjskiej floty morskiej, ale także agentury rosyjskiej, odgrywają w tym wszystkim pewną rolę.
Tak naprawdę jednak zwolennicy rosyjskiego separatyzmu nie są ani dostatecznie zmobilizowani, ani wystarczająco zorganizowani.
p
, ur. 1953, ukraiński krytyk literacki, eseista, tłumacz, poeta, publicysta. W latach 1985 - 1994 był redaktorem i zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika "Wseswit" (ukraiński odpowiednik "Literatury na Świecie"). W roku 1997 założył opiniotwórczy kijowski miesięcznik "Krytyka". Publikował na łamach m.in. "Więzi", "Tygodnika Powszechnego", "Akcentu", "Czasu Kultury". W Polsce ukazały się jego książki: "Od Małorosji do Ukrainy" (2003) oraz "Dwie Ukrainy" (2004). W "Europie" nr 160 z 28 kwietnia 2007 roku opublikowaliśmy rozmowę z nim "Na Ukrainie trwa wojna cywilizacji".