Dziennik Gazeta Prawana logo

Kownacki: Prezydent jest wielkoduszny

18 lipca 2009, 11:13
Ten tekst przeczytasz w 13 minut
Kownacki: Prezydent jest wielkoduszny
Inne
Ludzie, patrząc na Lecha Kaczyńskiego, nie widzą jego, tylko jego wizerunek medialny. A że ten jest niekorzystny i krzywdzący prezydenta, to i jego oceny w społeczeństwie są gorsze, niż na to zasługuje - mówi w rozmowie z DZIENNIKIEM Piotr Kownacki, szef Kancelarii Prezydenta RP.


Piotr Kownacki: Bo się trzymam stołka pazurami. Może kawę?


Mamy ekspres. A propos takich urządzeń, to jako dziecko mieszkałem w Moskwie i stamtąd pamiętam dwa automaty. W jednym była szklanka na strasznie grubym łańcuchu i napis "szampanskoje".


Słowo daję! Tego nawet nie próbowałem, mnie bardziej pociągał drugi automat. Był tam wielki otwór do którego wkładało się głowę, naciskało guzik i już było się spryskanym… perfumami. Na automacie był wielki napis "duchi" i bardzo chciałem go wypróbować, ale rodzice zabraniali.


Wszystkie argumenty przeciw niej już chyba padły, także ze strony OBWE czy twórców i artystów, więc mogę tylko dodać, że prezydent nie chciał utrwalać koalicji Farfała z Tuskiem.


Przeszkadzała, ale łatwiej było ją znieść, bo i pozycja Farfała była wówczas dużo słabsza.


Nie przewiduję rewolucyjnych zmian, prezydent na ogół jest sobą, nie będzie zmieniał się pod dyktando kampanii.


Zobaczymy. Ja nie deklaruję, że nic się nie zmieni, tylko mówię, że prezydent jest autentyczny, czasem aż za bardzo.


Jest zbyt szczery i zbyt prostolinijny i mam o to do niego pretensje.


Sporo jest takich rzeczy. Fundamentalnie nie zgadzam się z jego praktyką działania bez żadnego planu. Sądzę, że powinny być wytyczone konkretne cele i sposoby ich realizacji. Uważam też, że prezydent powinien mieć ustalony kalendarz zajęć i jego się trzymać.


Teraz nie ma żadnego planowania, nic nie jest święte, wszystko jest rozedrgane i nigdy nie wiadomo, co człowieka czeka jutro. Wszystko można z dnia na dzień, z godziny na godzinę zmienić. To wprowadza tylko chaos i nerwowość. Wielokrotnie o tym panu prezydentowi mówiłem, przyjmując do wiadomości, że ma w tej kwestii inne zdanie.


Nie, to akurat nie wynika z chaosu, ale z wielkiej niechęci Lecha Kaczyńskiego do oficjalnych ceremonii.


Tak, zgadzam się z panem, ale cóż ja mogę zrobić, skoro prezydent woli bezpośrednie spotkania z mieszkańcami wsi i miast od sztywnych uroczystości?


Mnie to nie tyle przeraża, ile utrudnia pracę. Myślę jednak, że przede wszystkim szkodzi to prezydentowi.


Mamy różne wizje motywowania pracowników. Ja uważam, że należy przede wszystkim stosować pozytywne bodźce, czyli ludzi nagradzać i chwalić. Oczywiście kary i pretensje też są potrzebne, ale nie mogą być jedynym sposobem pracy z ludźmi.


(cisza) Powiedzmy, że nie chwali.


I siebie, i kogoś innego.


(cisza) Po prostu jestem szczery.


I tej deklaracji chciałbym się trzymać.


Kiedy rozmawiam z ludźmi, którzy osobiście zetknęli się z prezydentem, to widzę, że wśród przytłaczającej większości z nich jest odbierany bardzo dobrze.


Nie mówię o znajomych i rodzinie, a o ludziach, którzy byli do prezydenta bardzo niechętnie nastawieni i byli wobec niego bardzo krytyczni, a którzy po spotkaniu z nim zdecydowanie zmieniają swą opinię. Ileż to razy słyszałem w pałacu: "Nie sądziłem, że to taki wspaniały człowiek! Wyobrażałem go sobie zupełnie inaczej".


Ja się nie zajmuję organizowaniem prezydentowi takich spotkań.


Mam nadzieję, że bracia Kaczyńscy nie wezmą tego do siebie (śmiech).


Ludzie, patrząc na Lecha Kaczyńskiego, nie widzą jego, tylko jego wizerunek medialny. A że ten jest niekorzystny i krzywdzący prezydenta, to i jego oceny w społeczeństwie są gorsze, niż na to zasługuje.


(długie milczenie)


Wie pan, że właśnie od tego chciałem zacząć, tylko nie mogło mi to przez usta przejść? (śmiech) To akurat kompletnie nieprawdziwe, bo Lech Kaczyński jest człowiekiem wielkodusznym w stopniu rzadko spotykanym.


Tylko nie car! Po prostu dobry człowiek. Gdyby ktoś namalował nieco wyidealizowany portret porządnego profesora uniwersyteckiego, to byłby to właśnie Lech Kaczyński.


Gdyby pan nic nie umiał, to mogłoby się to dla pana jednak źle skończyć, bo poza tym jest sprawiedliwy.


Tak mniej więcej o dziesięć procent.


Chyba tego nie sprawdzimy.


Jeżeli przez ostatni rok nie znalazł pan żadnego przykładu na potwierdzenie tej tezy, to znaczy, że nie jest chyba tak źle, prawda?


Tak, pamiętam.


Od czasu naszej rozmowy zacząłem zwracać na to uwagę i przyznaję, że miał pan dużo racji.


To czasem wynika z kontekstu. Kiedy Lech Kaczyński na konferencji prasowej wyjaśnia, jaka jest rola prezydenta - nie jego, ale każdej głowy państwa - w powoływaniu ambasadorów, to chyba może użyć trzeciej osoby, prawda?


Tak jest postrzegany i do pewnego stopnia to prawda, ale każdy lider jest postrzegany w połączeniu ze swą partią. Czy Donalda Tuska nic nie łączy z PO, a Waldemara Pawlaka z PSL? Dlaczego więc zarzut ten pojawia się tylko wobec Lecha Kaczyńskiego?


Ta tęsknota wynika z mitu zręcznie wytworzonego przez Aleksandra Kwaśniewskiego, który harmonijnie łączył zdecydowane wspieranie SLD z nimbem apolityczności i roli prezydenta wszystkich Polaków.


Może nie potrafiliśmy.


Jak w każdej dużej partii, również w Prawie i Sprawiedliwości są różne nurty i gdyby porównał pan poglądy prezydenta i na przykład najbardziej konserwatywnej części PiS, to one bardzo by się różniły. Natomiast problem bierze się z tego, że na czele PiS stoi drugi Kaczyński, brat bliźniak prezydenta.


Z całą pewnością interesuje go sprawowanie swej funkcji w interesie wszystkich Polaków, a nie tylko swojego obozu, co do tego nie mam wątpliwości. Natomiast sam często mam do prezydenta pretensje o brak pewnej hipokryzji. Nie potrafi udawać. Pytam go: "Czemu to powiedziałeś?". "Przecież to prawda!". "No dobrze, ale gdybyś tego nie powiedział, to przestałoby być prawdą?". Ale on musi powiedzieć. Musi i już.


(śmiech) Ale ja po to tam wychodzę!


Ja zauważam chęć rządu, żebyśmy my współpracowali z nimi, i naszą, by to rząd współpracował z nami. Tak sobie obie strony wyobrażają współpracę.


Tak to chyba rzeczywiście wygląda.


Proszę bardzo. Te zielone są pistacjowe i moim zdaniem najgorsze. Złote i brązowe są dobre.


Tu też nie mam kłopotu z odpowiedzią, bo ja obserwuję politykę od bardzo wielu lat i poznałem wielu ludzi o bardzo różnych poglądach. Wierzę więc, że jeśli ktoś ma nawet zupełnie odmienny pogląd od mojego, inny system wartości, to nie znaczy, że nie jest patriotą i chce zaszkodzić Polakom. To mówię śmiertelnie poważnie.


Tak właśnie jest ta walka prowadzona i bardzo nad tym boleję. Chciałbym, by wyglądało to inaczej. To, czego nam potrzeba, to stworzenia forum, na którym rozmawiano by spokojnie, bez mediów i przecieków. Tam dokonywano by pewnych ustaleń i trzymano by się ich, a reszta niech sobie jest polityką.


Czasem mam. Wczoraj zadzwonił wiceminister spraw zagranicznych. Chciał wypożyczyć Belweder na spotkanie z ambasadorami i z jego tonu głosu rozumiałem, że sądzi, iż wyślę go na drzewo. Oczywiście, że się zgodziłem, w końcu do takich celów Belweder służy. No a poza tym pan minister spytał, czy nie moglibyśmy już skończyć o tych ambasadorach, bo to przykre i szkodzi polskiej dyplomacji. No tak, ale to trochę za późno i chyba jednak nie do mnie powinno być adresowane, bo nie my wszczynaliśmy tę awanturę.


Panie redaktorze, już dawno temu wysłałem dwa pisma, odbyłem kilka rozmów z prośbą, by przywrócić zasadę wstępnego uzgadniania kandydatów na ambasadorów. Nic, żadnej reakcji, kompletny brak odpowiedzi. Widzę wyraźnie, że rząd Donalda Tuska celowo wybrał tę dziedzinę jako pole walki z prezydentem i jesteśmy bezbronni, bo jeśli Platforma zechce nadal tak robić, to będzie to robiła i tyle.


Kiedy?


Tak, ma pan rację, daliśmy się na to złapać. Cóż więcej mam panu powiedzieć?


Wie pan, mnie się wydawało, że kwestia trudnej sytuacji gospodarczej - celowo unikam słowa kryzys, by nie oskarżano mnie o sianie defetyzmu - i sposobów wychodzenia z niej jest na tyle poważna, że premier chce poważnie porozmawiać, że rząd naprawdę szuka tu z nami porozumienia. Dlaczego całe spotkanie premiera z prezydentem było pomyślane jako propagandowy chwyt, by wrobić prezydenta w kryzys? Dlaczego naprawdę nie można uzgodnić wspólnych działań, które oszczędziłyby Polakom podwyżki podatków?


Proszę wybaczyć, ale jeśli jeszcze i pan będzie uważał weto za jakiś naganny instrument walki politycznej, to do niczego nie dojdziemy! Czym jest weto? Jest wyrafinowanym instrumentem demokracji, a nie pałką, którą prezydent bije po głowie rząd!


Więc prezydent ma podpisywać wszystkie ustawy, bo tak chce rząd, tak? I to będzie kompromis oraz porozumienie? Może jestem strasznie naiwny, ale myślałem, że możemy odłożyć na bok animozje i pójść na ustępstwa z obu stron.


Oczywiście.


Oskarży mnie pan o demagogię, ale prezydent właśnie mianował ambasadora w Afganistanie - nieuzgadnianego z nim. Gdyby było odwrotnie, to Donald Tusk by sobie prędzej rękę uciął, niż nominował kogoś wskazanego przez PiS bez żadnych konsultacji z nim.


Oczywiście, że tak, ale gdyby mnie pan spytał tak prywatnie, po koleżeńsku, to bym panu poradził inne miejsce. Szybciej by pan to załatwił.


Nie wiem, nie zajmowałem się tym osobiście.


Raz, klubowi Prawa i Sprawiedliwości. Mamy na to faktury.


Nie każdemu byśmy wynajęli.


Przecież pan wie.


Naprawdę chce się pan bawić w Palikota?


Uznajmy, że do wynajęcia są ośrodki w Lucieniu i Wiśle i te mogę panu polecić, a Klarysew był wynajęty jednorazowo i nie będziemy tego więcej robić.


Nie chcę zapeszyć, ale wygląda na to, że będzie półtora miliona złotych do przodu.


(śmiech) Chciałem zlikwidować gospodarstwo pomocnicze, ale w Sejmie jest projekt ustawy o finansach publicznych przewidujący likwidację wszystkich gospodarstw pomocniczych. Postanowiłem więc nie wybiegać przed szereg i nie komplikować sytuacji.


A czemu to ja mam narażać się na wojnę z pracownikami gospodarstwa pomocniczego, którzy natychmiast wszystko by oprotestowali, oflagowaliby się i poszli na skargę do pana prezydenta i pani prezydentowej, że ich gnębię? Szybciej i łatwiej będzie poczekać na ustawę.


Nie, chodziło o Klarysew.


Chodziło mi o to, że jest niepotrzebny.


To była moja opinia, nie o wszystkim sam decyduję.


Nie. Zmieniłem zdanie.


Szczęśliwie nie jest to sprawa pierwszoplanowa i kluczowa dla naszego społeczeństwa.


Widocznie pochopnie składałem takie deklaracje. Od razu więc, bez kręcenia, przyznaję, że nie dotrzymałem słowa w sprawie sprzedaży Klarysewa.


Mieszkałem do ósmego roku życia. Rosyjski został mi do dziś. Tata pracował w ambasadzie, a my mieszkaliśmy przy Prospekcie Mira.


Tak, stały tam takie wysokie bloki dla służby dyplomatycznej. Wszędzie wystawały jakieś druty, pręty, jakby się tam nieustannie coś budowało. Albo po prostu to tak leżało i walało się.


W klasie byłem jedyny, a i z podwórka nie pamiętam innych. Tam właśnie przeszedłem ciężką szkołę, bo jako jedyny cudzoziemiec zawsze musiałem być Niemcem. Długie godziny ze związanymi z tyłu rękoma przy dwudziestu siedmiu stopniach mrozu - tego się nie zapomina (śmiech).

*Piotr Kownacki, szef Kancelarii Prezydenta RP, były prezes PKN Orlen, były wiceprezes Najwyższej Izby Kontroli.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj