Dzięki wam nie mam szans na uzależnienie od internetu, bo co się chcę uzależnić, to go szlag u mnie trafia. A przecież tak łatwo mógłbym zostać sieciowym hazardzistą, graczem giełdowym, zakupoholikiem oraz, last but not least, blogerem. Więzy rodzinne mogłyby się mnie rozlecieć, od żony i dziatek bym odszedł wciągnięty bez reszty przez świat wirtualny. I wy mnie od tego wybronicie.

Wszystko za te marne kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Za drugie kilkadziesiąt dbacie, bym majątku na sekstelefony nie stracił. Skoro jakość połączenia między dzielnicami Warszawy jest jak w filmach z Eugeniuszem Bodo, to co dopiero pogawędka z Barbadosem czy innymi Antylami?!

I jak miałbym z taką panną w dyskrecji rozprawiać, co chciałbym jej zrobić, wrzeszcząc na całe gardło? Sąsiedzi by się zlecieli z zimnymi kompresami i strażą miejską. Dzięki tobie, Telekomuno Najdroższa (oj, najdroższa, co prawda, to prawda), nie grozi mi publiczna kompromitacja.

Dzień Dziękczynienia wyszedłby mi z tych podziękowań bez trudu, ale że podły z natury jestem, to nęka mnie pytanie: z usług jakiej firmy telekomunikacyjnej korzystają politycy? Bo jeśli z tej samej co ja, to muszą mieć podobne problemy.

I co? Co jakiś czas pojawia się pomysł podziału TP na konkurujące ze sobą spółki. Mówili o tym jeszcze kilka lat temu (służę dowodami!) politycy PO i liderzy PiS. Dlaczego milczą teraz? Tak, wiem, jeśli idea wróci, lobbyści dotrą do polityków (sam się dziwię, skąd u mnie ten czas przyszły) i okaże się, że święte prawo własności, że nie wolno, że Unia Europejska etc.

Na poparcie tych słów nasz monopolista udowodni licznymi opiniami niezależnych, acz suto przez siebie opłaconych ekspertów, że nic to nie da, ceny wzrosną, jakość się pogorszy, staruszki nie dodzwonią się po karetkę, a kury przestaną latać. Tłumaczenie, że państwo musi bronić obywatela - konsumenta, a nie monopolisty, jest cokolwiek żenujące. Ameryka ma od 1890 r. ustawę antytrustową Shermana, która uderzyła choćby w monopol kolejowy i stała się podstawą do walki o konkurencję, a nikt USA nie zarzuca, że nie szanuje własności.

Tak więc Ameryka ma prawo, a my mamy urząd, ale za skazanymi na TP i jej podobnych nikt się nie ujmie. Atmosfera zupełnie jak w zabawie przedszkolaków: „Cisza na morzu, cisza w kościele, kto się odezwie, ten będzie cielę”.

Oczywiście strach przed byciem rogacizną jest u naszych polityków całkowicie bezinteresowny, prawda?