Chłopski syn przez kilkadziesiąt lat PRL zbyt kochał komfort życia, dobry alkohol, dziewczyny i wyjazdy na Zachód, i miał zbyt wiele do stracenia, by obalać komunizm.

Jaruzelski i Urban mówią o nim jako wybitnym redaktorze. Marek Siwiec uważa nawet, że "Polityka" przez lata była "wyspą myślenia i przyzwoitości", a sam Rakowski "kimś ważnym" dla ludzi jego pokolenia. Dzisiaj, kiedy możemy się cieszyć wolnością słowa i wielością opinii głoszonych z rożnych tytułów i stacji radiowych, lektura pisma nie jest z pewnością tak ekscytująca jak w latach głębokiego PRL, kiedy w jakiś sposób pozytywnie wyróżniała się na tle np. "Trybuny Ludu", lokalnych dzienników partyjnych. Jednak czytając kolejne roczniki pisma, nie sposób nie odnieść wrażenia, że przez ponad 25 lat pismo to nie było ani odważne, ani nonkonformistyczne. Przeciwnie. Brak odwagi, setki tekstów przeładowanych partyjną i ideologiczną mową-trawą zupełnie burzą ten wizerunek.

1957

"Polityka" przez pierwsze lata jest pismem kompletnie jałowym i nieciekawym. Przez jej łamy przewijają się partyjni propagandyści i ideolodzy. A i artykuły Mieczysława Rakowskiego wpisują się również ten schemat, może poza jednym - rzeczywiście był zachłyśnięty skutkami popaździernikowej odwilży. Świadczą o tym komentarze polityczne o drętwym stylu, ale na tyle czytelne, by wiedzieć, że od pewnego czasu ze stalinizmem i jemu nie było po drodze. Choć o wychylaniu nosa poza ramy dopuszczalnego dyskursu nie ma mowy. Stalinizm to dla ówczesnego Rakowskiego "kłopoty z polemiką", a więc brak wewnątrzpartyjnej dyskusji. "Trwa spór o Stalina, działalność Stalina w teorii doprowadziła do zaniku jakiejkolwiek twórczej dyskusji". Ofiary terroru, wywłaszczenia, indoktrynacja, niesłuszne procesy i wyroki sądowe, krzywdy - okazują się niczym na tle braku partyjnej debaty.

W Chinami akurat trwa maoistowska rewolucja. Towarzysz redaktor zachwyca się chińską "metodą zmian, która charakteryzuje się ofensywnością, wszechstronnością, analizą zjawisk i dopasowywaniem do nich sposobów zmian". "Wysiłek towarzyszy chińskich jednak musi budzić podziw" - puetnował Rakowski.

1968

Na tzw. wydarzenia marcowe z roku 1968 "Polityka" reaguje po prostu według propagandowego schematu. Tygodnik ukazuje się już po pierwszych wiecach na warszawskich uczelniach i wielkim pałowaniu, jaki aktyw robotniczy i MO sprawiły studentom i młodzieży na ulicach Warszawy. "Polityka" w numerze 11 z tego roku informuje o nich sztampowo, odnotowując tylko że "w dniach 8, 9, i 11 marca w rejonie wyższych uczelni w stolicy doszło do zajść ulicznych, w których zmuszona była interweniować milicja i ORMO", a do "rozpolitykowanej grupy studentów dołączyły się w następnych dniach elementy chuligańskie, awanturnicze i sporo zdezorientowanej młodzieży szkolnej". W środku przemówienie sekretarza stołecznego Komitetu Warszawskiego PZPR Józefa Kępy, który mówił m.in. o "stwarzaniu wrażenia, że istnieje aktywna opozycja polityczna" w Polsce, a we wszystkim rolę odgrywali tacy "wytrawni gracze polityczni jak Stefan Staszewski, ludzie skompromitowani w oczach partii, dla których Michnik, Szlajfer i Dajczgewand okazali się być partnerami do rozmów politycznych". Niemal natychmiast pojawia się powzięty przez kierownictwo partyjne i samego Gomułkę wątek antysyjonistyczny i żydowski. "Stanowczo sprzeciwiam się uprawianiu antysemityzmu, ale nie pozwalamy na uprawianie u nas syjonistycznej propagandy i działalności" - ostrzegał I sekretarz warszawskiej organizacji partyjnej, którego przemówienie znalazło się już w pierwszym numerze "Polityki" komentującym wydarzenia marcowe.

Tydzień później gazeta przynosi kuriozalny i napisany na kolanach wstępniak, w którym autor całkowicie podpisuje się pod polityką Władysława Gomułki. "Stanowisko, na które czekał cały naród" okazuje się być telewizyjnym przemówieniem ówczesnego przywódcy PRL - "ważnym, zasadniczym, wytyczającym drogę" i jak pisała "Polityka" - "należącym do najważniejszych wydarzeń ostatnich lat".

Trzy tygodnie później głos zabrał sam Rakowski, pisząc, że "w burzliwych dniach marcowych klasa robotnicza i zrośniętą z nią inteligencja techniczna (...) stanowią siłę zdolną do zagrodzenia drogi jakiejkolwiek reakcji antysocjalistycznej". Pokątnie zwracał partii uwagę, że brak odwagi, "nadmierna wiara w skuteczność działań administracyjnych" i "postawa asekurancka" nie zlikwidują napięć. Tymczasem tygodnik relacjonował, że po przemówieniu Gomułki w Izraelu głos zabrał m.in. ówczesny minister bez teki Menachem Begin, który zaatakował Polskę jako miejsce ludobójstwa Żydów z czasie ostatniej wojny światowej i oświadczył, że Izrael "oczekuje polskich Żydów z otwartymi ramionami". Na co komentator "Polityki" odpowiadał "faszystowskiemu ministrowi wrogiego kraju", że "wątpi by setki, a nawet tysiące Polaków pochodzenia żydowskiego zrośniętych z polską ziemią jako swoją dało się wciągnąć w tę prowokację".

Tuż po marcu tekst na temat żydowskiego szowinizmu i rasizmu publikuje sam Jerzy Urban. Urbanowe wspomnienia ze "służbowego wyjazdu" do Izraela z 1956 r. wpisują się świetnie w aurę podobnych publikacji, jakie przewaliły się przez polską prasę w tamtym czasie. "Izrael był moim jedynym po wojnie spotkaniem z ekstremistycznym rasizmem" - pisał Urban w 1968 r. na łamach tygodnika redagowanego przez Mieczysława Rakowskiego.

1970

Gomułka decyduje się na podwyżkę cen mięsa, co w Trójmieście, a potem innych miastach kraju wywołało robotnicze protesty, strajki, demonstracje uliczne. "Polityka" po raz kolejny zmuszona jest donosić w rubryce informacyjnej: "W dniach 14, 15 br. w Gdańsku miały miejsce poważne zajścia uliczne. Wykorzystując sytuację, jaka wytworzyła się wśród załogi Stoczni Gdańskiej, elementy awanturnicze i chuligańskie niemające nic wspólnego z klasą robotniczą zdemolowały i podpaliły budynki publiczne i obrabowały kilkadziesiąt sklepów. Wobec interweniujących funkcjonariuszy dopuszczono się mordów. W wyniku starć spowodowanych przez chuliganów sześć osób zostało zabitych, a kilkaset rannych (...). Władze ostrzegają, że będą reagować z całą stanowczością". Dopiero po nowym roku i ustąpieniu Gomułki nastąpiła zmiana tonacji, a tygodnik zwraca uwagę, że "starcia unaoczniły, w jakim kryzysie jest kraj", jednak co najważniejsze - "przywracanie porządku oraz poszanowania prawa stało się koniecznością", bo przecież "grabież sklepów podpalanie budynków, a przede wszystkim zabójstwa nie mogą się spotkać z pobłażliwością prawa".

1980

Do 23 sierpnia trzeba było czekać, aż tygodnik zdecyduje się opublikować informację o sierpniowych strajkach, które rozlały się już wówczas na całą Polskę. Informuje o "przerwach w pracy". Rakowski, wyczuwając nieco, że szykuje się kolejna zmiana, wzywał do "wsłuchiwania się do głos ludzi", zastrzegając od razu, że "powszechne poczucie odpowiedzialności musi mieć wartość najwyższą". Choć od momentu podpisania porozumień gdańskich dzieliło go tylko kilka dni, wyprowadzał skomplikowany i asekuracyjny wywód. "Jeśli w Polsce miałoby dojść do trwałej destabilizacji stosunków społecznych i politycznych, to z góry można przewidzieć, iż nasz kraj stałby się zawalidrogą europejskim (...) a kto wie, czy nie ściągnąłby na Europę czegoś w rodzaju jeszcze bardziej dokuczliwego wydania zimnej wojny". Za kilka dni podjęta zostanie decyzja o utworzeniu NSZZ "Solidarność", a Polską wstrząśnie kilkanaście miesięcy politycznego karnawału, który również tygodnik w ciągu krótkiego czasu przekształci w popularne pismo o nakładzie 300 tys. egzemplarzy. Chyba tylko w tym szczególnym czasie "Polityka" stała się pismem bardziej otwartym, odważniejszym, mówiącym o trudach życia w kraju rodzącej się w różnych regionach Polski "Solidarności", cenzurze, historii. Nie ma oczywiście mowy, by ówczesną "Politykę" zaliczać do grona pism sympatyzujących z wielkim ruchem społecznym, ale z pewnością "destabilizacja", przed którą jeszcze kilka tygodni wcześniej przestrzegał jej naczelny, wywindowała go na stanowisko wicepremiera państwa, otworzyła drogę do kariery.

Kilka dni przed ogłoszeniem stanu wojennego Andrzej K. Wróblewski napisał, że "milicjant, który kilkoma uderzeniami siekiery o widiowym ostrzu otworzył bramę szkoły pożarniczej, otworzył być może nowy, kto wie, czy nie przedostatni rozdział polskiego kryzysu". Miał rację. Na szczęście dzień, w którym płaczący Mieczysław Rakowski, "ostatni" Sekretarz PZPR, kazał wyprowadzić partyjny sztandar, otwierał drogę do niepodległej Polski.