Jeszcze media starają się nas zabawić historią byłego premiera Marcinkiewicza. Ale czujemy, że za chwilę politycy zaczną mówić głównie o konkretach. A jeśli nie zaczną, będą do tego przymuszani.

Z pozoru to pole bitwy jest zagospodarowane nie najgorzej. Mamy władzę, której zarzucano często brak programowej klarowności, unikanie jasnych odpowiedzi. Ale która w obliczu wyzwań odpowiada zgodnie ze swoim zasadniczym kredo. Można zarzucać Donaldowi Tuskowi, że kryzys zauważył późno, ale gdy zaczął o nim mówić, złożył obietnicę: poradzę sobie przy użyciu środków, po które sięgają formacje liberalne, wolnorynkowe. Próbując oszczędzać publiczne pieniądze.

Na oszczędnościowy "heroizm" rząd jest po części skazany wcześniej zaciągniętymi zapowiedziami, zwłaszcza scenariuszem wprowadzenia euro. To się jednak pokrywa z tymi wartościami, które Tusk i jego ministrowie wyznawali od dawna. Przekonanie liberałów, że państwowa machina kryje wiele zakładek, z których wystarczy wyskrobać niepotrzebnie wydawane pieniądze, zostanie poddane surowemu testowi.

I klarowne staje się stanowisko opozycji. Prawu i Sprawiedliwości też zarzucano programową niespójność. Teraz występuje z programem ożywienia popytu powiększeniem deficytu, a więc z receptą typową dla zachodniej centrolewicy. Nie jest to program skrajny. Jest za to wyraźnie inny, niż to, co mówi i chce robić rząd. Mamy więc szansę obserwować starcie dwóch koncepcji. Przy czym ta rządowa zostanie poddana weryfikacji w pierwszej kolejności.

Diabeł tkwi w tym przypadku jednak w szczegółach. Trafnie zauważył we wczorajszym "Dzienniku" Jan Rokita, że rząd Tuska mógł wykorzystać ostatni rok względnego dostatku, aby się lepiej przygotować. Nie do tego konkretnego kryzysu, ale na hipotetyczne trudne czasy. Gdy budżet pozostaje mechanicznym zbiorem biurokratycznych pozycji z zeszłego roku, o sensowne oszczędności dużo trudniej. Zwłaszcza gdy 17 miliardów, które trzeba wyciąć, zmieni się -- powiedzmy -- w 27.

Wątpliwe, aby dało się przez zeszły rok wprowadzić budżet zadaniowy (który szykowała nota bene ekipa Kaczyńskiego), ale zrobiono bardzo niewiele, aby finanse państwa stały się choćby bardziej czytelne. Przekonanie Tuska, że cięcia da się przeprowadzić względnie bez bólu, oparte jest jak się zdaje głównie na intuicji. W zeszłym roku chęci wystarczyły, aby wyskrobać parę miliardów na podwyżki dla nauczycieli. W tym roku możemy mieć do czynienia ze wstrząsami o konsekwencjach nie do przewidzenia. Krótkotrwałą zapaść budżetową ze schyłku 2008 można było zbywać kpinami. Gdy jednak policja, wymiar sprawiedliwości, a może i podstawowe funkcje socjalne państw ulegną zagrożeniu, Polacy mogą zacząć reagować niecierpliwością na hasła dziś jeszcze popularne. Takie jak budżetowa odpowiedzialność, oszczędność, zapobiegliwość.

To zwiększyć może, jak często podczas kryzysów, oddziaływanie aktywizmu a la Kaczyński. Niezależnie od wątpliwości, czy w jego antykryzysowym pakiecie wszystko się zgadza i czy PiS ma odpowiednich ludzi do jego wdrażania.

Premier może jeszcze uratować wiarygodność swego obronnego programu, rezygnując z ogólnikowego przekonania, że "da się oszczędzić na państwie" na rzecz szczegółowej listy priorytetów. Rokita ma rację: czas na drugie expose Donalda Tuska.

Intuicyjnie czujemy, że próba ratowania sytuacji chwytliwymi hasłami typu oszczędzanie na dotacjach do partii lub na liczbie posłów nie wystarczy. Polityka wymyka się z rąk PR-owców, nawet jeżeli oni jeszcze o tym nie wiedzą.