Oczywiście lepiej oszczędzać niż drukować puste pieniądze. Argumenty zwolenników zwiększenia deficytu budżetowego nie są bardziej przekonujące niż te ze strony rządowej. Zresztą pusta złotówka w sytuacji dramatycznej zapaści też niczego nie uratuje. Gdy nie będzie realnych dochodów, to i ministerstwa nie będą miały z czego wydawać.

Nie jest jednak tak, że oszczędzanie - niezależnie od szaleńczego trzydniowego terminu - nie niesie ze sobą niebezpieczeństw. Jest bowiem pytanie, na czym resorty mogą oszczędzić. Rezygnacja z kampanii reklamowych i akcji promocyjnych to wydatki rzędu setek tysięcy złotych. Ciasteczka i nowe samochody? Może milion złotych. Już słychać, że armia jest głównym miejscem oszczędności. Pół biedy, jeśli zrezygnujemy z misji takich jak ta w Czadzie. Ale to Afganistan jest dużo droższy, a trudno wyobrazić sobie, byśmy z tego zrezygnowali. Są poważniejsze niż kryzys przyczyny polityczne, dla których nie możemy tego zrobić. Zostańmy jeszcze chwilę przy armii. Ktoś powie: trudno Bumar musi cierpieć, wojska nie stać na nowe czołgi. Ale Bumar jest odbiorcą stali. Więc i huty ucierpią.

Wiadomo, że już są oszczędności w policji. Rzecznik MSZ chwali się, że jego resort jest szczególnie oszczędny, bo zlikwidował kilkadziesiąt placówek dyplomatycznych. Może rzeczywiście jest tak, że "jak się nie ma miedzi, to się w domu siedzi" i jeden ambasador musi naraz obsługiwać kilkanaście krajów. Tylko, że w ten sposób gdzieś w Mongolii przepadnie kilka kontraktów dla polskich przedsiębiorstw, nie mówiąc już o obsłudze konsularnej naszych obywateli, których coraz więcej w egzotycznych zakątkach świata.

Oby nie skończyło się to wszystko tak, że za kilka lat - gdy wróci koniunktura - będziemy płacić za dzisiejsze oszczędności. Na chybcika wymieniać zdezelowany przez lata kryzysu sprzęt wojska i policji. Na nowo otwierać ambasady w Tanzanii i Mongolii. I znów wszystko zaczynać od nowa tam, gdzie kiedyś mieliśmy już przetarte szlaki.