Wicepremier Grzegorz Schetyna ujawnił, że polskie władze rozważały odbicie więzionego w Pakistanie Polaka. Nie zdecydowały się. Krytycy dopisują im to do pakietu zaniedbań. Z pewnością można było zrobić więcej, ale nie w tym wypadku. Decyzja o odbiciu mogła zapaść tylko wtedy, gdyby operacja miała szansę powodzenia. Nie miała.

Polska armia stacjonuje w afgańskim mieście Ghazni, niecałe dwieście kilometrów od miejsca, gdzie talibowie zamordowali inżyniera. Trzymamy tam oddziały bojowe, rosomaki, śmigłowce transportowe i bojowe. Przede wszystkim zaś - GROM oraz wywiad. Wydawało by się, że to niezłe zaplecze do operacji militarnej. Tylko teoretycznie. Z kilku zasadniczych powodów nasze wojsko nie mogło ruszyć na pomoc inżynierowi.

>>> Porwać terrorystów - pisze Jadwiga Staniszkis

Pierwszy z nich to prawo. NATO w Afganistanie nie ma mandatu do działań poza jego granicami. Nie wolno mu zapędzać się do Pakistanu w pościgu za rebeliantami, ani ostrzeliwać terytorium tego państwa. Podobne zakazy obejmują także wojska amerykańskie działające poza misją Paktu, ale one latem ubiegłego roku otrzymały osobny rozkaz od prezydenta Busha zezwalający na zabijanie talibów po drugiej stronie granicy. Można by zatem zapytać: dlaczego polski rząd nie wydał podobnego polecenia, choćby nawet stało w sprzeczności z mandatem naszej misji?

Docieramy tu do powodu numer dwa. Armii Pakistanu. Władze tego kraju nie zgadzają się na operacje zbrojne innych państw na swoim terytorium. Mimo silnych nacisków Waszyngtonu nie pozwoliły na to nawet Amerykanom. Późnym latem i jesienią pakistańskie wojsko nie wahało się ostrzeliwać śmigłowców USA przekraczających granice w pościgu za talibami. Polacy także nie otrzymaliby takiego zezwolenia, nasze siły musiałyby się zatem liczyć z podobnym przywitaniem. Na ziemiach pasztuńskich stacjonuje ponad 120 tysięcy żołnierzy uzbrojonych w czołgi, artylerię, a nawet broń przeciwlotniczą. Operuje tam intensywnie lotnictwo wojskowe. Trudno byłoby naszym komandosom przemknąć się niepostrzeżenie. Jeszcze trudniej polskiej dyplomacji przekonać Pakistańczyków, by zrobili dla nas wyjątek. Gdyby nawet, pomimo tych przeszkód, doszło do misji ratunkowej, poruszałaby się we mgle niewiedzy i niepewności.

Tak wyłania się powód trzeci. Nieznajomość terenu. Polacy operują w Afganistanie, gdzie prowadzą taktyczne rozpoznanie przeciwnika, ale nasze ręce nie sięgają Pakistanu. Nie szpiegujemy tego kraju, choć wielu afgańskich talibów właśnie stamtąd pochodzi. Nie mamy tam wywiadu, informatorów, nie analizujemy sytuacji na miejscu, nie badamy struktury plemiennej, systemu lokalnych zależności, itd. Przekładanie na Pakistan doświadczeń afgańskich nic nie da. Po obu stronach granicy mieszkają wprawdzie Pasztuni, ale społeczności te dzielą poważne różnice. Wiedza zdobyta w jednym kraju, ma niewielkie zastosowanie w drugim. Nasze służby niewiele wiedziały o rejonie Derra Adam Khel, gdzie zginął Polak. O zamieszkującym go plemieniu Afridi, podziałach wewnątrz niego, walce o władzę między komendantami talibów a tradycyjnymi wodzami plemiennymi - malikami. Nie wiedzieliśmy jak rozegrać ich między sobą. Do kogo iść po radę. Kogo przekupywać. Na kogo postawić. W tajnych operacjach taka wiedza to klucz do sukcesu albo klęski. Zamglenie oczu polskich służb jest efektem niezwykle skomplikowanej sytuacji na miejscu.

Tak doszliśmy do punktu czwartego. Rozpadu Pakistanu. Od 2007 roku tereny plemienne na wschodzie wyrwały się spod kontroli nie tylko rządu, ale nawet tradycyjnych przywódców. Próżnię wypełniła gmatwanina zbrojnych grup, które walczą i z władzami, i sobą nawzajem. Wymieńmy podstawowe typy takich struktur. Pierwszy to motywowani religijnie rebelianci - talibowie. Kolejny - bandyci i przemytnicy. Potem - milicje plemienne niezależne od talibów, niekiedy wspierające rząd. I na koniec - milicje szyitów walczące z talibami. Dochodzi do tego pakistańska armia rekrutowana z Pendżabczyków, złożony z Pasztunów Korpus Graniczny, policja oraz siły specjalne. Wszystkie te grupy przeplatają się ze sobą. Niektórzy talibowie są jednocześnie przemytnikami, część policji sprzyja rebelii, pasztuńscy strażnicy chętnie oddają broń rebeliantom, a niektóre grupy islamistów od czasu do czasu zawierają rozejmy z władzami, by wojsko w tym czasie wykończyło ich lokalnych konkurentów. Taki układ sił to dla wywiadu i ewentualnej grupy uderzeniowej chaos, w którym nie sposób się połapać. Jak tu w ogóle ustalić kto tak naprawdę przetrzymywał Polaka, gdzie był więziony, czyim informacjom ufać?

>>> Jak można dopaść talibów? Przeczytaj poprzedni komentarz Andrzeja Talagi

To nie są warunki do interwencji zbrojnej. Dlatego nasz rząd jej nie podjął. Gdyby postąpił inaczej, posłałby polskich komandosów na śmierć, a inżynier i tak straciłby życie.