"Nie można głosować za traktatem, który odbiera nam część ojczyzny" - tak w 1990 r. deputowana do Bundestagu Erika Steinbach tłumaczyła, dlaczego zagłosowała przeciwko polsko-niemieckiemu porozumieniu uznającemu granicę na Odrze i Nysie. Ta wówczas 48-letnia blondynka była jednym z niewielu dinozaurów, którzy zagłosowali przeciw.

W 1990 r. jej "nein" nie miało żadnego znaczenia dla rozkwitających stosunków między młodą III Rzecząpospolitą a świeżo zjednoczoną Bundesrepublik. Dziś Steinbach może stać się przyczyną załamania stosunków między Warszawą a Berlinem. Bowiem wbrew polskiemu stanowisku rząd federalny chce włączyć ją do rady nadzorującej budowę Centrum Przeciw Wypędzeniom.

Część polskich mediów dość długo wierzyła głosom z Niemiec, według których Erika Steinbach to margines niemieckiego życia publicznego. Zgodnie z tymi opiniami to histeria Polaków wykreowała Steinbach, rzekomo wcześniej nieznaną nikomu w RFN. Ta opinia bazowała na tym, że rzeczywiście Steinbach nie należała do pierwszego garnituru niemieckich polityków brylujących na co dzień w mediach. Była i jest za to kimś w rodzaju szarej eminencji, której realne znaczenie znają tylko ci, którzy potrafili zajrzeć za kulisy niemieckiej polityki.

Świadczy o tym imponująca lista funkcji: przewodnicząca Związku Wypędzonych - organizacji skupiającej ponad 2 mln osób; członek władz Instytutu Goethego, zarządu publicznej telewizji ZDF, kierownictwa swojej partii CDU. Z polskiego punktu widzenia brzmi to jak szyderstwo, ale w CDU odpowiada za prawa człowieka. W Bundestagu pracuje w parlamentarnej komisji ds. praw człowieka i pomocy humanitarnej. W niemieckiej polityce ta komisja ma większe znaczenie niż jej polskie odpowiedniki. Steinbach, oprócz Związku Wypędzonych próbuje zdobywać punkty wystąpieniami w obronie wolności słowa w Rosji czy pouczaniem prezydenta Obamy, by czym prędzej zamknął więzienie w Guantanamo. Zapisała się też do towarzystwa przyjaźni niemiecko-izraelskiej.

Nie trudno jej zarzucić karierowiczostwo i cynizm. Do Związku Wypędzonych zapisała się dopiero w 1994 r. (po czym cztery lata później została jego szefową). Wcześniej karierę próbowała robić w samorządzie miejskim Frankfurtu n. Menem. Nadawała rozgłos takim swoim gestom jak wystąpienie z oficjalnego Kościoła Luterańskiego w proteście przeciw zbyt daleko idącej tolerancji obyczajowej tejże denominacji. Jej prawo do działania w Związku Wypędzonych też budzi sporo kontrowersji. Nie pochodzi bowiem z rodziny uciekinierów ze Wschodu. Urodziła się w 1942 r. w Rumi. Do 1939 to miasto należało do państwa polskiego. Ojciec Eriki - feldwebel Luftwaffe - służył w tamtejszym garnizonie. Matka zaś na stałe mieszkała w Berlinie, tylko na pewien czas przeniosła się do męża. Zatem Erika Steinbach prędzej jest córką okupanta, a nie osobą, która utraciła Heimat. Ona sama broni się tym, że rodzina jej ojca pochodziła ze Śląska. Jednak na długo przed II wojną światową z powodów zarobkowych, jak miliony innych osób, jej przodkowie przeprowadzili się na zachód Niemiec.

W swej działalności w Związku Wypędzonych Steinbach zawsze reprezentowała najbardziej twardogłowy nurt. W odróżnieniu od wielu członków Związku, którzy po 1990 r. nawiązali poprawne czy nawet przyjazne kontakty z polskimi mieszkańcami byłych niemieckich terenów na Wschodzie, ona sama nie wykonała żadnego przyjaznego gestu. Przeciwnie, jej wypowiedzi i działania zawsze były konfrontacyjne - przy jednoczesnym używaniu retoryki humanitaryzmu i demokracji. W 2006 r. w czasie głośnej wystawy pt. "Wymuszone drogi", która według jej zapewnień miała pokazać wszystkie okrucieństwa XX w. wobec ludności cywilnej Europy, zmarginalizowała zbrodnie niemieckie. Zabrakło wypędzenia ludności Warszawy po stłumieniu powstania, nie pokazała marszów śmierci więźniów obozów koncentracyjnych - choć jednocześnie bardzo dokładnie ukazane zostały cierpienia niemieckiej ludności cywilnej. Zabrakło też kontekstu historycznego, czyli pokazania celów i działalności nazistowskich Niemiec.

"Wyraźnie coś się poprawiło, jeśli chodzi o wolę dobrych stosunków niemiecko-polskich" - tak komentowała jesienią 2007 r. wynik wyborów w Polsce i zwycięstwo PO. Dziś jednak widać, że nie ma znaczenia dobra wola po polskiej stronie tylko jej brak w przypadku Eriki Steinbach.