Porozumienie prezydenta Kaczyńskiego i premiera Tuska w sprawie wylotu na nieformalny szczyt do Brukseli jest dla mnie małym, ale pozytywnym zaskoczeniem. Przyznam, że czułem „pismo nosem” i rzeczywiście wygląda na to, że obaj dogadali się w tej sprawie już podczas wczorajszego spotkania. A co najistotniejsze, całość nareszcie wypadła poważnie.

Wydaje się, że strategia była taka: jeśli uda im się załatwić dwa stołki, to polecą tam wspólnie. Jeśli jednak będzie przewidziane tylko jedno miejsce, to pierwszeństwo będzie miał premier.

Wygląda na to, że prezydent zorientował się, że takie rozpychanie się, czy nawet wpychanie przy okazji wylotów na unijne szczyty, po prostu nie służy jego wizerunkowi. Nie podnosi jego autorytetu, ani spraw w których chce występować. W związku z tym działania i zachowania, które nie odznaczają się, żadnymi pozytywami zostały przez jego otoczenie, po prostu uznane za bezsensowne.

Uważam, że jeśli prezydent Kaczyński będzie chciał się pojawiać na szczytach krajów UE, to tylko na tych, które będą bardziej polityczne, a mniej gospodarcze. Wtedy pewnie premier odpuści i da pierwszeństwo prezydentowi. Premier również zorientował się, że to październikowe szaleństwo z samolotem i jego wyścigiem do Brukseli, było dla niego bardzo poważnym ciosem wizerunkowym.

To porozumienie może być potwierdzeniem tezy, że nie ma co pisać ustawy kompetencyjnej, bo jeśli ludzie nie chcą dogadać, to nie pomoże tutaj żadna ustawa. Jeśli jednak potrafią dojść do kompromisu, to nie potrzeba do tego, ani specjalnej ustawy, ani zmiany konstytucji.