Dzielnym - pokłon i szacun, ale zwykli ludzie, jak niżej podpisany, nie są rano w stanie zmusić się do ciężkiej pracy aprowizacyjnej. Śniadanie, to, co tu kryć, najczęściej domowe byle co. Potem, w pracy, jakieś następne byle co... Ot, życie niewolnika XXI wieku. A wyobraźmy sobie... człowiek wychodzi sobie z domu, ale zanim do pracy wjedzie - hyc do kawiarni.

Kawa z ekspresu, kanapeczka, może jajecznica, może sałatka, może (raczej na pewno) ciasteczko? Trochę oddechu, znajoma twarz obsługi, lekko spowolniony ranek wróżący szczęśliwy dzień.

Uzbrojeni w porządne śniadanie i miłą poranną chwilę idziemy naprzeciw szefom, kolegom z pracy i innym nieuchronnym przykrościom. Jak mówi klasyk: mogą mi naskoczyć, jestem po śniadaniu.

A teraz najgorsze! Chodzę od czasu do czasu na Wyprawę Szlakiem Wielkich Śniadań. Mam złe wiadomości - łatwiej znaleźć w stolicy europejskiego mocarstwa tranwestytę grającego na harmonijce "Rotę", niż sensowne śniadanie w ludzkiej cenie.

Na ogół kawiarnie zaczynają pracę o pięćset dwudziestej dziewiątej, a nie - jak w Madrycie - o 7. Jeżeli jednak są przypadkiem czynne - dają sniadanie paskudne i drogie (minimum 10 złotych). I puszczają muzykę, łobuzy.

Naprawde solidne śniadanko i czasem bez muzyki można zjeść rano w niektórych hotelach - ale to wydatek, jak rata na samochód.

Pozostaje marzyć. Kiedyś będą tanie, fajne śniadania, w marcu będzie świecić słońce, Marcinkiewicz wróci do żony, a twórcy wystawy "Ludzkie ciała" staną sie ozdobą tej kolekcji.

Idzie marzec, marzmy!