Pytanie kluczowe w opisie ewidentnego pojednania w ostatnich godzinach prezydenta z premierem brzmi: hormony czy rozsądek? Chwilowy humor czy zimna analiza? Tym razem – jak słychać nieoficjalnie – i jedno i drugie. Obaj uznali, że kolejny konflikt o krzesło przy obradowym stole, na dodatek w starciu z czeską prezydencją, zdecydowanie im się nie opłaca. Obaj są w lepszych nieco nastrojach.

To dobra wiadomość, z praktycznym skutkiem – tylko premier pojedzie na unijny szczyt do Brukseli, prezydent z klasą ustąpił mu miejsca. Pojawia się szansa na spokojną rozmowę o wprowadzeniu euro. Ale z tych założeń wynika i inny wniosek – to chwilowe. Sinusoida wzajemnych relacji szefów naszego państwa tak jak łatwo się ustabilizowała się, tak szybko może zacząć wariować w ogniu jakiegoś kolejnego konfliktu.

Jeśli więc nie chcemy popaść w komentatorską i obywatelską nerwicę, nie powinniśmy za bardzo przyzwyczajać się do tego stanu. Warto za to zrobić coś innego – odnotować nieco niższą, już chyba na stałe, średnią temperaturę tego konfliktu. I uznać, że pewien poziom napięcia będzie się utrzymywał aż do rozstrzygnięcia kolejnych wyborów prezydenckich w 2010 r. I rozmawiać o tym bez tej nieznośnej egzaltacji, która towarzyszyła tej sprawie w ciągu ostatnich dwóch lat.

To w sumie duży postęp. Jeśli bowiem mieliśmy w DZIENNIKU o coś do uczestników tej wojny polsko-polskiej pretensje, to nie o to, że się różnią, nie o to, że mają inne pomysły na Polskę. Nasz zarzut dotyczył przede wszystkim niezdolności do samokontroli emocji, co liderom państwa nie przystoi. A także próbom nadania ich starciu charakteru totalnego, w którym samo dobro rywalizuje z czystym złem.

Te zabiegi pomnożone przez służalczość współpracowników dawały w finale komiczny efekt. I przyczyniały się do marnowania czasu i skupiania uwagi na sprawach nieważnych. W czasach prosperity mogło to jeszcze od biedy uchodzić, sprawy same się toczyły. Dziś, w środku kryzysu, byłoby to zbrodnią i skrajną prywatą. By zobaczyć skutki, nie trzeba szukać daleko – wystarczy spojrzeć na Ukrainę, gdzie spór Juszczenki z Tymoszenko dobija osłabione kryzysem państwo. I Kaczyński, i Tusk to wiedzą. I dlatego właśnie jest nieco spokojniej. I będzie – choć z naciskiem na nieco. Dobre i to.