Aż przychodzi rzeczywistość i okazuje się, że nie ma pojęcia, jak hamować silnikiem, jak reagować, gdy przy 100 km/h pęknie opona, czy w którą stronę kręcić kierownicą, gdy auto wpadnie w poślizg. Za to potrafi bezbłędnie wskazać, gdzie znajduje się zbiornik z płynem hamulcowym i zatrzymać auto dokładnie 10 centymetrów od linii na skrzyżowaniu.

Nadrzędnym celem istniejącego systemu szkolenia wcale nie jest jak najlepsze wyedukowanie kierowców. System musi dać zarobić – szkołom, egzaminatorom, państwu, lekarzom, a nawet koncernom motoryzacyjnym. Te ostatnie co trzy lata biją się o to, który z nich dostarczy auta do ośrodków egzaminacyjnych. Bo zaraz potem samochody, już po rynkowej cenie, kupią od nich szkoły nauki jazdy. Żadna nie zaryzykuje szkolenia na innych autach niż te, na których egzaminuje lokalny WORD. Strzeliłaby sobie w kolano.

Uzdrowić systemu nie da się, gmerając co kwartał w paru przepisach, dokładając pytania do egzaminu czy poszerzając łuk na placu manewrowym o 10 cm. Trzeba wywrócić wszystko do góry nogami. Możliwość zdawania na samochodzie, w którym odbywało się kurs, sprawi że WORD-y nie będą musiały kupować własnych aut, a kursanci będą pewniejsi siebie. Place manewrowe należy zalesić, a egzamin teoretyczny znieść – już po przejechanych 300 metrach egzaminator wie, czy kursant zna przepisy. I umożliwić 16-latkom siadanie za kierownicą w towarzystwie osoby dorosłej. W tym wieku samodzielnie składają komputery, więc dlaczego nie mieliby pojąć, jak wciskać pedały w odpowiedniej kolejności?