Zamiast najpierw przygotować szkoły, a potem wdrożyć harmonogram posyłania sześciolatków do pierwszych klas, resort zadekretował: niech to rodzice decydują, czy chcą posyłać dzieci, a szkoły niech przygotują się do zmian w biegu. Po trzech latach MEN się zdziwił, co z tego wyszło, i obowiązek szkolny sześciolatków został przełożony o dwa lata (pewnie na razie).

MEN zdziwiło także inne skutki reformy, np. że wskutek całego zamieszania dzieci dwa razy, w zerówce i w pierwszej klasie, uczą się czytać i pisać. Resort pomyślał i znalazł wyjście: zakazał uczyć w zerówce dzieci czytać i pisać, by nie nudziły się w pierwszej klasie. To dosyć oryginalne założenie jak na reformę, której celem jest podniesienie jakości kształcenia i nomen omen uczenie myślenia.

Ale może dzięki temu zdziwieni rodzice pomyślą, jak nauczyć dziecko czytać i pisać wbrew szkole. Co więcej, na opisywanej naradzie z nauczycielami padły stwierdzenia, że większość nauczycieli nie realizuje nowej podstawy programowej. Ciekawa obserwacja po trzech latach reformy. Pytanie, czy winni są tylko nauczyciele, czy MEN, które w taki sposób reformę wprowadziło, nie biorąc pod uwagę realiów.

Urzędnicy resortu przy alei Szucha przypominają kogoś, kto dekretuje, że od poniedziałku będziemy jeździć lewą stroną, a potem dziwi się, że ma na drogach bałagan. Niestety, wobec tego faktu nie dziwi, że właśnie w kwestii myślenia i zdziwienia resort edukacji okazał się skutecznym nauczycielem dla innych ministerstw.