Zwolennicy uboju rytualnego zarzucają jego przeciwnikom, że zależy im bardziej na zwierzętach niż ludziach – i akurat w tym mogą mieć sporo racji. Mimo wakacji ubój rytualny zmobilizował całkiem spore grupy Polaków do ulicznych protestów, a intelektualistów i artystów – do pisania manifestów. A przecież w tym samym czasie ważą się losy przyszłych emerytów, czyli nas wszystkich. Czy w tej sprawie widział ktoś z państwa jakieś przejawy społecznego sprzeciwu? Czyżby istotnie Polacy bardziej troszczyli się o los zwierząt niż o własny?

Polacy spokojnie leżą na plażach. Może nawet słyszeli gdzieś, że do końca wakacji trwa „społeczna dyskusja o zmianach w OFE”, ale co tam – kiedy zejdą z plaż, będzie już po tej debacie. Inna sprawa, że zdaniem wielu obserwatorów było już po niej, zanim się w ogóle zaczęła, bo rząd i tak zrobi, co chce, wybierając jeden z „wariantów” zaproponowanych samemu sobie przez samego siebie. Rząd składa się oczywiście wyłącznie z fachowców – zrobi to zatem z pełną świadomością, że żadna z opcji nie rozwiązuje głównego problemu naszego systemu ubezpieczeń społecznych.

ZUS-owi brakuje pieniędzy, ale nie szczerości. Właśnie przyznał, że jego kasa będzie dziurawa już na wieki wieków. A może raczej tylko o tym akurat przypomniał, bo perspektywa załamania dotychczasowego systemu była jasna już kilkanaście lat temu – właśnie po to, by uniknąć jego skutków wymyślono OFE. I właśnie dlatego traktowanie przez tercet Tusk/Rostowski/Kosiniak-Kamysz II filaru jako bezcelowej, za to kosztownej fanaberii poprzedników jest tak głęboko nieuczciwe: pomysł na uniknięcie katastrofy chcą oni zastąpić odsunięciem jej w przyszłość. Jak można wmawiać Polakom, że emerytury z ZUS będą pewne i wyższe, skoro sam ZUS przyznaje, że właśnie takie nie będą, bo być po prostu nie mogą?

Oczywiście, warto się spierać: o wysokość prowizji dla funduszy, o to, w co i w jakich proporcjach mogą inwestować, wreszcie o to, kto i jak ma przyszłe emerytury wypłacać – warto, ale po to, by ten system poprawiać, bo dalsze osłabianie OFE to szybki powrót na drogę ku katastrofie, którą gwarantują nam demograficzne realia i matematyka z zakresu szkoły podstawowej.

Niemal mechanicznie zarzucamy politykom, że na wszystko patrzą najdalej w perspektywie kolejnych wyborów. Tyle że większość z nas myśli bardzo podobnie. Patrzę na dzieci na plaży w Dębkach: dziewczynkę, na oko trzyletnią, przerażoną i zarazem podekscytowaną kolejnymi krokami w wodzie, grupkę starszych o kilka lat chłopców, którzy zmagają się z falami i nadmuchiwanym krokodylem... W co trudniej uwierzyć – w to, że oni też za kilkadziesiąt lat staną się emerytami, czy w to, że właśnie wtedy urzędnik ZUS bezradnie rozłoży ręce, bo przecież z pustego nie naleje? Bez wątpienia rządzący wówczas politycy elokwentnie, kompetentnie i w sumie rozsądnie wytłumaczą nam, że bardziej już podatków podnieść się nie da, a tak w ogóle to nie mogą odpowiadać za błędy poprzedników. Do kogo będą miały żal nasze dzieci, do Tuska i Rostowskiego? Wolne żarty – mało kto będzie ich w ogóle pamiętał! W internecie poszukają śladu naszych działań w tak ważnej przecież sprawie – tyle że im dłużej będą szukać, tym bardziej nie znajdą.

Może tylko jakaś wyszukiwarka przyszłości pokaże im zdanie wypowiedziane w zamierzchłym 2013 r. przez znanego im z lekcji historii Leszka Balcerowicza: „Przecież nasze społeczeństwo nie jest stadem baranów”. Jak dobrze, że nie usłyszymy wtedy naszych własnych dzieci, jak przeklinają – całkiem głośno i wyraźnie.