W sytuacji gdy premier grozi palcem ministrowi Arłukowiczowi i uzależnia jego trwanie na stanowisku od pomysłu na skrócenie kolejek dla pacjentów, sam wywołany do tablicy wybiera metodę starą jak świat. Czyli znajduje kozła ofiarnego. Wniosek o dymisję Agnieszki Pachciarz to listek figowy, który ma przykryć brak wymiernych efektów pracy szefa resortu zdrowia. I nie przekonuje wyliczanka "sukcesów".

Wczoraj minister Arłukowicz zapewniał o dobroczynnym efekcie obowiązywania ustawy refundacyjnej. Wyliczał, ile razy od 1 stycznia 2012 r. listy leków ze zniżkami były zmieniane, ile nowoczesnych produktów się na nich znalazło, jak bardzo poprawił się dostęp do tych z dopłatami NFZ dla pacjentów z chorobami kardiologicznymi, onkologicznymi, pediatrycznymi czy rzadkimi.

Zapewniał również, że modułowy system kształcenia lekarzy zwiększy dostęp do specjalistów. Tym samym kolejki do nich się skrócą. Jest tylko jeden problem. Ani ustawa refundacyjna, ani zmieniony model kształcenia kadry medycznej nie są autorskimi pomysłami obecnego szefa resortu zdrowia. Przygotowywała je jego poprzedniczka – obecna marszałek Sejmu Ewa Kopacz. Rozwiązania, których twarzą miał być Bartosz Arłukowicz, czyli dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne, decentralizacja NFZ, utworzenie agencji taryf, uporządkowanie sytuacji instytutów badawczych, wzmocnienie pozycji lekarza POZ, a także poprawienie dostępności do geriatrów, pozostają w sferze zapowiedzi.

Minister gasi raczej pożary, niż konsekwentnie realizuje cele. W przypadku prezes NFZ Arłukowicz potrzebował tylko pretekstu do dymisji i go dostał – 900 mln zł. Tyle bowiem NFZ domaga się pieniędzy z budżetu na sfinansowanie leczenia nieubezpieczonych, ale z prawem do świadczeń (np. dzieci). Arłukowicz, podobnie jak minister finansów, uważa, że szacunki funduszu są zawyżone.

W całym tym zamieszaniu wygranym jest premier. Dał Bartoszowi Arłukowiczowi zadanie niewykonalne (skrócić kolejki). Ma go w szachu i z głowy problem z szukaniem powodu do ewentualnego odwołania.