W ocenie transformacji będą z pewnością konkurować dwie przeciwstawne narracje. Jedna prezentująca minione ćwierćwiecze jako pasmo sukcesów (z nieistotnymi błędami). Tu można liczyć na neoliberałów. Choć ich drogi do tej doktryny nie zawsze były proste (Balcerowicz, Winiecki i inni), to przecież obecnie nastawieni są bardzo bojowo i gotowi do zwady z wątpiącymi w to i owo dawnymi towarzyszami walki (Rostowski, Bielecki). Druga strona jest pluralistyczna. Narodowcy dostrzegają same (lub prawie same) klęski, a przede wszystkim podległość Brukseli, która nas niemiłosiernie tłamsi. Ale na krytyków wyrastają też SLD-owcy (trudno tu o personifikację), choć ich krytyka ma raczej względny charakter. Twierdzą, że PRL przyniósł nam wiele sukcesów, co musi rodzić pytanie o celowość odesłania tego systemu do lamusa historii. Oni oczywiście ani tego pytania nie stawiają wprost, ani na nie nie odpowiadają. To zrozumiałe: byli przez długi okres sternikami przebudowy, która zaowocowała obecnym stanem.

Nie mam wątpliwości, że odesłanie do lamusa historii systemu komunistycznego (ufundowanego na fundamencie państwowej własności i nakazowo-rozdzielczym planowaniu) nie przyniosło nam żadnych strat. Ten system był skrajnie nieefektywny nie dopiero pod koniec swojej egzystencji (gdy wszedł w fazę gnilną), ale od samego początku. Wbrew temu, co twierdzą jego apologeci, nie tylko nie zapewniał przyzwoitego wzrostu dobrobytu, ale nawet rzeczywiste tempo wzrostu było mierne - de facto niższe niż w tamtych czasach miały kraje zachodniej Europy (mimo że byliśmy - ciągle jesteśmy - krajem doganiającym). Polska gospodarka w ciągu czterech powojennych dekad cofnęła się na tle Europy. Oczywiście to nie znaczy, że cofnęła się w stosunku do okresu przedwojennego.

Ale oceny transformacji nie można też zamknąć w dwu słowach: pełen sukces. Tempo wzrostu także w minionym ćwierćwieczu nie było imponujące - w każdym razie jak na obiektywne uwarunkowania. Rozwój w znacznej mierze został sfinansowany zasobem majątku narodowego, który został już prawie do dna sprywatyzowany (w ogromnej części przejęty przez zagranicę). Doszło do kasacji wielu przedsiębiorstw, które można było uratować. W rezultacie nastąpiła faktyczna likwidacji wielu branż przemysłowych lub stały się one peryferyjnymi częściami zagranicznych koncernów. Bardzo powiększyły się nierówności, a możliwości opiekuńczego państwa jeszcze osłabły. Bezrobocie jest bardzo wysokie i - wszystko na to wskazuje - trwałe. Sytuacja pracowników fatalna. Relacje społeczne cechuje konfliktowość, a poziom kapitału społecznego pozostaje niski. Niska jest też jakość instytucji. "Reformatorzy" nie mają powodu, by wypinać piersi po medale. Nade wszystko powinni porzucić mentorski ton. Przestać się nadymać i pouczać.

Tyle że kontestatorzy też powinni być nieco bardziej powściągliwi, bo ich zalecenia są wątpliwe i dlatego że ponoszą współodpowiedzialność. I wreszcie sprawa najważniejsza: nie bardzo istniała polityczna alternatywna dla obranej ścieżki reform. Zaczynaliśmy je, gdy cały świat był neoliberalny, bo poprzednia - lewicowo-keynesowska - polityka znalazła się w pewnym impasie. Przekształcenia w Polsce można było zrealizować lepiej i przy mniejszych społecznych kosztach. Rzecz w tym, że był to czas rewolucyjny, a pewnych kosztów uniknąć nie było można. Zmiany bardziej powściągliwe i ewolucyjne byłyby rozsądniejsze, ale - ponieważ i w tym wariancie nie można by uniknąć jakichś społecznych kosztów - to do radykałów należałaby druga runda. Oni łatwo przekonaliby ludzi, że niedogodności są rezultatem niedostatecznej reformatorskiej determinacji.

Dziś jest ważne, by wyklarował się dobrze zrównoważony program korekty polskich reform. Nie bardzo się jednak na to zanosi. Partie polityczne próbują po prostu grać o swoich wyborców (wcale nie o ich większość, tylko o "swoją" mniejszość). Żaden w miarę konkretny, kompleksowy i długookresowy program nie został jak dotąd przedstawiony. Podejmowane są decyzje doraźne, często wyłudzone przez różne grupy nacisku. W jakiejś mierze to nieodłączna cecha "realnej demokracji". Rzecz w tym, że marża tych zjawisk jest wysoka, a ich następstwa potencjalnie bardzo groźne.