Maciej Miłosz: Czy interwencja USA w Iraku miała sens?

Marek Dziekan*: W 2003 r. to nie była interwencja, a raczej inwazja. Interwencja to byłaby reakcja na coś konkretnego i aktualnego, a Saddamowi wtedy wytykano rzeczy znacznie wcześniejsze. Bezpośredniej przyczyny ataku, którą podawali Amerykanie czyli broni biologicznej ani atomowej, nie było. W każdym razie nie miało to większego sensu i już wtedy to mówiłem.

Minęło 11 lat od rozpoczęcia wojny, "budowy nowego Iraku" i okazuje się, że skutki są fatalne. Irak znajduje się w sytuacji znacznie gorszej niż w 2003 r. Pozycja międzynarodowa tego kraju jest żadna. Wewnętrznie też jest bardzo źle, gdyż ginie coraz więcej ludzi. A do 2003 r. był to poważny gracz regionalny, czego najlepszym dowodem była właśnie inwazja USA. To, że Stany zdecydowały się na inwazję, znaczyło, że Irak że był „kimś”. Teraz jest nikim, jako poważne państwo nie istnieje. Nie ma demokracji, nie ma wolności. Za Saddama to nie był kraj demokratyczny, ale był jako taki dobrobyt. Teraz jest zdecydowanie gorzej. Jeden z moich irackich przyjaciół w 2003 r. gorąco popierał inwazję. Był na miejscu dwa lata temu i przyznał, że się mylił, że tam teraz nie ma po co jeździć. To, co sobie wymarzył prezydent USA George Bush, się nie urzeczywistniło.

A co w takim razie mają powiedzieć rodziny zabitych w Iraku żołnierzy amerykańskich?

Wszyscy ci ludzie, którzy tam zginęli, te 4 tys. Amerykanów, sporo Brytyjczyków, garstka Polaków i inni po prostu zmarnowali sobie życie. Była to krew przelana bez sensu. A jeszcze więcej byłych żołnierzy ma do dziś traumę powojenną. Nie wspominając już Irakijczyków, których zginęło bardzo, bardzo dużo. Część z nich w wyniku ostrzału Amerykanów, część na skutek wewnętrznych walk. Ale nie zmienia to faktu, że po prostu stracili życie.

Czy USA wyciągnęły jakąś lekcję?

Patrząc na Syrię, arabską wiosnę i reakcję USA wiele wskazuje na to, że Amerykanie czegoś się nauczyli. Stany nie były chętne, by tam ingerować. Choć np. Libia to przykład kolejnej bezsensownej pomocy rebeliantom. Teraz żołnierze amerykańscy jadą chronić ambasadę w Bagdadzie, w której pracuje 5 tys. ludzi. A docelowo miało być 15 tys. To też świadczy o tym, jakie plany mieli Amerykanie. Po co w takim kraju 15 tys. „dyplomatów”? Tu przecież nie chodziło o dyplomację, a po prostu o sterowanie Irakiem. Tak było za Busha, bo prezydent Obama ostrożniej podchodzi do idei krzewienia demokracji.

Czyli w tym regionie świata nie ma alternatywy dla satrapów i dyktatorów?

Na to wygląda. Popatrzmy na arabską wiosnę, gdzie inicjatywa była oddolna. Tylko w Tunezji wygląda to dobrze. W Egipcie mamy powrót do satrapy, obywatele wybrali dokładnie taki model rządów, jaki działał przed arabską wiosną. Dużo się zmieniło, by nic się nie zmieniło. W Libii kompletnie nie ma państwa.

Ale życie nie znosi próżni i pojawiły się tam różne bojówki.

No tak. Trzeba pamiętać, że tamte społeczeństwa mają zupełnie inne struktury niż Europejczycy. W tym regionie działają klany, które funkcjonują zupełnie inaczej niż społeczeństwa Zachodu. Np. w Tunezji powstało nagle aż 130 partii, które reprezentowały różne klany i plemiona. To jest typowe dla krajów arabskich. Podobnie społeczeństwo jest podzielone np. w Arabii Saudyjskiej. A ci, którzy podejmują na Zachodzie decyzje polityczne dotyczące Bliskiego Wschodu, nie mają wystarczającego rozeznania, by właściwie decydować. A nawet jeśli słuchają ekspertów, to często okazuje się to niezgodne z linią polityczną i lepiej tego nie słyszeć.

Czyli naprawdę lepiej zostawić satrapów?

Te społeczeństwa mają swoją historię. Np. Irakijczycy dali sobie radę z Brytyjczykami, obalili monarchię, oni mają swoją własną siłę i mądrość. Jeśli będą chcieli przeprowadzić jakieś zmiany, to je zrobią. Oni myślę inaczej niż my, ale to nie znaczy, że są bezwolni. Ten chaos, który teraz obserwujemy, w pewnej części jest pozostałością po rządach Europejczyków. My o tym zapomnieliśmy, ale dla nich kolonializm to jest coś bardzo żywego, chociażby dlatego, że w jego wyniku powstały tam pseudopaństwa, które muszą funkcjonować do dziś. W wyniku tworzenia sztucznych granic państwowych plemiona zostały nagle podzielone i to kolonizatorzy są za to odpowiedzialni. My Europejczycy często zapominamy, że Syria to zupełnie coś innego niż np. Irak lub Egipt.

Rozumiem, że dla tych społeczeństw np. Niemcy, Polacy i Rosjanie też mogą się niczym nie różnić, to po prostu Europejczycy?

Dokładnie. Jest wiele rzeczy wspólnych, ale też komplikacje związane z tym, że są to państwa wieloreligijne, że niektóre z nich kiedyś toczyły wewnętrzną wojnę, inne mają liczne mniejszości np. Kurdów. Ale oni z kolei też są nieróżnorodni. To jest naprawdę wszystko skomplikowane, a ludzie Zachodu mają tendencję do radykalnego upraszczania i narzucania w tym regionie wzorów, które my wypracowaliśmy u siebie. Zakładamy, że jak one u nas działają, to będą działać gdzie indziej. Ale to nie jest tak. Podam prosty przykład. Sroki jedzą co innego niż kanarki, choć są również ptakami. To, że obydwa gatunki latają, nie znaczy że są takie same. Im szybciej Zachód to zrozumie, tym lepiej.

*Profesor Marek Dziekan, arabista z Uniwersytetu Łódzkiego