Porażka Bronisława Komorowskiego w niedzielnych wyborach prezydenckich najczęściej interpretowana jest przez pryzmat podziału i buntu. Zderzyć się miały Polski zachodnia i wschodnia, wielkomiejska i małomiasteczkowa, a młodzi zagłosowali na Pawła Kukiza w pierwszej turze i Andrzeja Dudę w drugiej turze, by wyrazić swój bunt. Przeciw rządzącym, Platformie i establishmentowi. To wyjaśnienie nie dość że niewiele wnosi, to jeszcze powiela klisze, przez które dziennikarze i politolodzy patrzą na społeczeństwo. A to żyje w innej rzeczywistości.

Punktem odniesienia dla ostatnich wyborów nie był bowiem podział PiS kontra PO, tylko rynek pracy. Bronisław Komorowski przegrał, bo padł ofiarą emigracji. Dokładniej – szeptanego przekazu, który płynął z zagranicy od dwuipółmilionowej rzeszy braci, sióstr, kolegów, przyjaciół i znajomych, a dotyczył warunków owej pracy właśnie. Okazało się, że neoliberalna wizja rynku, na którym pracownik jest na łasce pana-pracodawcy, wcale nie jest jedyną z możliwych. Że praca może – i powinna – wyglądać inaczej.

Jeden z moich redakcyjnych kolegów często używa słowa „godnościowe”. Trudno je zdefiniować, ale intuicyjnie większość Czytelników pewnie będzie potrafiła sobie wyobrazić, co ono oznacza. Godnościowe mogą być postawa, zachowanie, relacje. To, co jest godnościowe, jest takie, jak powinno być i zasługuje za szacunek. Istnieje nawet termin „zarządzanie godnościowe”, w którym motywowanie i zarządzanie pracownikami oparte jest na potrzebie godności osób pracujących i zarządzających.

Owej postawy godnościowej na polskim rynku pracy brakuje.

Z punktu widzenia wypełnionego korporacjami wielkomiejskiego rynku Polska wygląda całkiem normalnie. Firmy mają co prawda swoje fanaberie, oczekują pracy po godzinach, wyciskają pracownika niczym cytrynę, czasami gnębią psychopatycznymi szefami, ale trzymają się zasad. Dość prostych: zatrudniam cię = dostajesz pensję. Wydawałoby się, standard. Jednak poza wielkimi miastami obie strony tego równania są podważane.

Przykład pierwszy z brzegu: dziewczyna po licencjacie szuka pracy w firmie handlowej. Właściciel zgadza się na rozmowę kwalifikacyjną dopiero do interwencji znajomych. To zwyczajowa droga, jeśli ktoś nie poleci, nie ma do przedsiębiorcy dostępu. Na spotkaniu szef wyraża zainteresowanie. Znamienne, że w rozmowie nie pada słowo „zatrudnienie”, tylko „współpraca”. Jakby nie o pracownika chodziło, a kontrakt z innym podmiotem gospodarczym. Na pytanie o rodzaj umowy szef odpowiada, że na razie żadna. Na pytanie o liczbę godzin – że w ramach potrzeb. Dwie dziennie? Dwanaście? Będzie wiadomo zawsze dzień wcześniej. Pensja? Na koniec miesiąca się okaże. Już w pierwszym tygodniu tej „pracy” dziewczyna dowiaduje się od innych pracownic, że szef nie lubi płacić. Czytaj: płaci z opóźnieniem. Czasami tygodniowym, czasami dwumiesięcznym. I to dopiero po długotrwałych błaganiach.

Przykład inny: wieczny okres próbny. Zwykle dotyczy prostych prac. Firma zatrudnia, ale za jak najmniejszą kwotę, większą obiecuje dopiero przy kolejnej umowie, jeśli pracownik się sprawdzi. Niestety, nigdy się nie sprawdza. Więc zatrudnia się kolejnych na próbę. W ten sposób firma ma bardzo tanich pracowników.

Związki zawodowe pracodawców oburzają się na takie przykłady. Twierdzą, że to sporadyczne wynaturzenia, a rzeczywistość wygląda inaczej. Problem w tym, że nie wygląda. Płacenie pod stołem, oszukiwanie pracowników i zatrudnianie bezetatowe jest w Polsce mniejszych miejscowości normą. W małym stopniu dotyczy urzędów i firm powiązanych z administracją, ale rozpanoszyło się w małych i średnich firmach. Tej soli ziemi, która zbudowała nasz kapitalizm, którą wynosimy pod niebiosa, bo wytwarza 60 proc. PKB.

Jeszcze inaczej wynaturzenia wyglądają w dużych przedsiębiorstwach. Tam mają twarz agencji pracy tymczasowych. Wielkich racjonalizatorów rynku, mistrzów optymalizacji, którzy szczycą się tym, że płacą ludziom tylko za godziny efektywnej pracy. I za nic więcej. Sieci marketów, zakłady produkcyjne i montażowe, centra logistyczne, centra księgowe, infolinie, helpdeski – to ich środowisko naturalne. Potrafią latami zatrudniać te same osoby tymczasowo. I tanio.

Ludzie to widzą, rządzący nie. Ci ufają danym Państwowej Inspekcji Pracy, która przecież ma dbać o rynek pracy i go kontrolować. Cóż z tego, że jedynie o jego wycinek, ten najlepiej uporządkowany, a jej kontrole ograniczają się do przejrzenia papierów? Raporty swoje, rzeczywistość swoje.

Z perspektywy wielkich miast trudno przyjąć ten świat do wiadomości. Więc pół Polski dziwi się, że drugie pół nie cieszy się z sukcesów, rosnących pensji i stabilizacji. Przecież PKB rośnie, średnia pensja jest coraz wyższa, a bezrobocie maleje. Dziwi się, bo jesteśmy państwem na dorobku, firmy nie mogą płacić więcej, bo nie będziemy konkurencyjni. Wiadomo, ZUS je grabi i państwo też. Podatki cisną, a kodeks pracy ogranicza. Rynek pracy jest, jaki jest, jak ktoś chce pracować, to robotę znajdzie. Stękają nieudacznicy, bo zawsze stękali i stękać będą.

Owi nieudacznicy latami przyjmowali ten komunikat do wiadomości. Byli nawet tacy, którzy uważali, że taka jest prawda, że w państwie na dorobku to pracownik właśnie musi się posunąć. Aż odezwali się emigranci. Trudno w Polsce znaleźć rodzinę, która nie ma kogoś za granicą. Jeszcze trudniej – osobę, która nikogo takiego nie zna. Zwłaszcza poza wielkimi miastami, bo emigrancka rzesza wzięła się właśnie ze wsi i małych miasteczek. Ta rzesza zaczęła opowiadać. Może za granicą pracuje się ciężko, ale wiadomo, za ile. Jak się umówię, to wiem, że mam. Jak mi się noga powinie, to nie wyląduję na bruku, tylko państwo mi pomoże. A jeśli zaciążę, to nie rozpaczam, tylko się cieszę. Jednym słowem, tam traktują mnie „godnościowo”. Inaczej. Normalnie.

Tu właśnie tkwi geneza wyborczego buntu. Opis sytuacji gospodarczej i społecznej Polski przez pryzmat makro jest prawdziwy, cóż z tego, skoro przełożony na życie codzienne – odstaje. Ileż można żyć pomyślnością kraju, po 25 latach transformacji wypadałoby się cieszyć także pomyślnością własną. I młodzi, i starsi, którzy na rynku pracy mają najbardziej pod górkę, nie chcą już ogółów, tylko szczegółów. Twierdzenie, że tak jak jest, jest dobrze, że jesteśmy krajem sukcesu i droga, którą obraliśmy, wiedzie nas ku świetlanej przyszłości, zostało zweryfikowane. Właśnie z perspektywy zagranicy. Okazało się, że są inne cywilizacyjne standardy. Weryfikacja odbyła się właśnie za rządów Platformy, partii, która do wynaturzeń rynku pracy przyczyniła się najbardziej. Nie przez działanie, ale przez zaniechanie.

Paweł Kukiz i Andrzej Duda popłynęli na tej fali. Bronisław Komorowski nawet nie zauważył, że morze jest wzburzone. Podobnie jak wielu publicystów i politologów, którzy, obserwując Polskę z wysokości Warszawy, chcą widzieć głównie plusy, bo tego wymaga stołeczny savoir vivre. Nie bezrobocie i nie pół procenta w tę lub we w tę jest największym problemem Polski, tylko „godnościowy” rynek pracy. Kto to zrozumie, wygra jesienne wybory parlamentarne.

Jestem przekonany, że Platforma widzi to inaczej.

Niż wyborcy.