Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych przyjęło na ostatnim posiedzeniu agendę globalnych działań na rzecz trwałego rozwoju, a w jej ramach zestaw konkretnych celów mających przez najbliższe 15 lat definiować priorytety w tym zakresie. Ogłoszony program wywołał wiele pochwał za swą wszechstronność i ambicje, ale także falę ostrej krytyki w istocie za to samo, czyli rozdrobnienie celów szczegółowych i ich nierealność. Wydaje się, paradoksalnie, że obie strony mają rację – cele z pewnością nie zostaną w pełni wypełnione, ale ich wskazanie uświadamia nam dobitnie istotę dzisiejszych globalnych zagrożeń, pobudzając wszystkich do refleksji i działania.

Lista rekomendacji (ang. Sustainable Development Goals, SDG) jest długa i zawiera 17 celów podzielonych na 169 bardziej szczegółowych zadań. Formalnie rzecz biorąc, zestaw ten zastępuje znacznie krótszą listę celów milenijnych (ang. Millennium Development Goals, MDG) przyjętych w roku 2000 i skoncentrowanych na rozwojowej oraz humanitarnej pomocy dla krajów Trzeciego Świata. Były wśród nich walka z biedą i głodem, zapewnienie powszechności podstawowej edukacji, promocja równości płci, redukcja śmiertelności niemowląt i poprawa zdrowia matek, zwalczanie HIV/AIDS, malarii i innych chorób zakaźnych, troska o środowisko, apel o rozwijanie międzynarodowej współpracy na rzecz rozwoju.

Po 15 latach ocena efektów podjętej inicjatywy okazuje się bardzo zróżnicowana, a niektóre z celów trudno zakwalifikować jako sukces bądź porażkę.

Dla przykładu, choć w pełni zrealizowany został cel ograniczenia o połowę skrajnego ubóstwa (osoby o dochodzie nieprzekraczającym 1,25 dol. dziennie), to tak naprawdę jedynie osiągnięcia Chin na tym polu w istotny sposób zadecydowały o pomyślnej statystyce. Nadzieję budzi tu jednak fakt, iż spośród 800 mln osób ciągle jeszcze żyjących w ubóstwie aż 30 proc. mieszka w Indiach, których olbrzymi potencjał rozwojowy znacznie zwiększa możliwości eliminacji biedy – inaczej niż w najbiedniejszych krajach Afryki.

Podobnie trudno ocenić jest znaczenie informacji, że liczba zakażeń wirusem HIV/AIDS jest dzisiaj o 40 proc. mniejsza niż 15 lat temu. Globalna statystyka jest tu znowu myląca, bowiem na olbrzymich obszarach Afryki jest pod tym względem znacznie gorzej, niż było.

Sukcesami wydają się ograniczenie o jedną trzecią zapadalności na malarię czy poprawa dostępności do wody pitnej (90 proc. światowej populacji), choć pozostałe 10 proc. mieszkańców ziemi ciągle niemających tej możliwości nie pozwala oczywiście na pełną satysfakcję. Niewątpliwą porażką zakończyły się natomiast z kolei plany szerokiego upowszechnienia kluczowej dla poprawy zdrowia publicznego sprawy odprowadzania odchodów. Niełatwo w to uwierzyć, ale dzisiaj jedna trzecia ludzkości nie ma możliwości skorzystania z toalety!

Te częściowo tylko zrealizowane zamierzenia nie tylko nie zniechęciły, ale wręcz zdopingowały ONZ-owskie gremia do sformułowania nowych celów na następną 15-latkę. Wśród nowych SDG jest część będąca kontynuacją dotychczasowych MDG, w tym postulat całkowitej likwidacji ubóstwa powiązany z eliminacją głodu i zapewnieniem bezpiecznej dla zdrowia żywności. Całość dokumentu rozszerzono jednak znacznie o postulaty zwalczania globalnych nierówności, dbałość o środowisko naturalne i powszechny dostęp do osiągnięć cywilizacyjnych będących standardem w bogatej części świata. W istocie trudno byłoby nie poprzeć gorąco celów, takich jak zapewnienie niewykluczającej nikogo edukacji łącznie z rozbudową kształcenia ustawicznego, kontynuacja wysiłków na rzecz dostępności wody pitnej i kanalizacji, racjonalne wykorzystywanie bogactw mórz i lasów, tworzenie niezbędnej do poprawy jakości życia infrastruktury czy wreszcie wspieranie innowacji korzystnych dla trwałego rozwoju.

Niezależnie od tych szczytnych ambicji sformułowane cele poddawane są krytyce wielu środowisk, wątpiących w sens odgórnego formułowania zamierzeń tego typu. Ich argumentom trudno odmówić pewnej racji, choć – jak zawsze – we wszystkich przypadkach przytaczać można kontrargumenty wspierające podjętą inicjatywę. Za postulat świetnie ilustrujący dalekosiężne ambicje autorów z jednej strony, a trudności w realizacji zamierzeń drugiej uznać można np. cel oznaczony na długiej liście symbolem 9c. Nawołuje on do zapewnienia wszystkim obywatelom świata taniego i powszechnie dostępnego internetu, łącznie oczywiście z mieszkańcami państw najbiedniejszych. Skonfrontujmy to ze stanem dzisiejszym – ponad połowa ludzi na świecie (około 4 z 7 mld) nie ma dostępu do sieci. 90 proc. mieszkańców wiejskich obszarów Afryki nie ma nawet dostępu do elektryczności! Nadzieją jest tu uruchomienie programów rządowych w bogatych krajach (takich jak amerykański Electrify Africa Act), za którymi musiałoby jednak iść szerokie zaangażowanie dużych międzynarodowych korporacji – jest w tym zakresie dużo dobrych wzorców, ciągle brak jednak przełomowych inicjatyw.

Inne słabości SDG to brak ekonomicznych analiz związanych z realizacją postulowanych celów oraz zadziwiająca niefrasobliwość niektórych sformułowań. Tę drugą wadę zilustrować można, przytaczając np. użyte w dokumencie słowa o promowaniu zrównoważonej turystyki bądź dostępu do terenów zielonych, co wobec miliardów ludzi żyjących w biedzie i brudzie naprawdę trudno uznać za najważniejsze globalne priorytety. Z tym zaś łączy się wspomniany brak rzetelnej oceny efektywności wydawania środków pomocowych. Ograniczona ilość tych środków niejako zmusza do refleksji na temat ich maksymalnie optymalnego wydatkowania. Dla przykładu, jak wynika z krytycznej analizy opiniotwórczego think tanku Copenhagen Consensus, największy wpływ na pomyślność w skali globalnej miałby cel w ogóle niewymieniany w SDG, a mianowicie doprowadzenie do końca dauhańskiej rundy negocjacji handlowych. Obniżenie barier dla handlu oznaczałoby bowiem, że każdy kraj może skoncentrować się na robieniu tego, co potrafi najlepiej, przyczyniając się do powszechnego wzrostu zamożności. Z wykorzystanych przez autorów modeli ekonomicznych wynika, że sukces rundy dauhańskiej przynosiłby światowej gospodarce do 2030 roku 11 bln dol. rocznie, a większość korzyści trafiałaby do krajów rozwijających się. Korzyści dla zwalczania ubóstwa z każdego wydanego dolara były tu wielokrotnie większe od uzyskiwanych w wyniku np. promocji zrównoważonej turystyki.

Mimo wszystko skłonny byłbym apelować o upowszechnienie podjętej przez ONZ inicjatywy i udzielenie jej poparcia. Globalne wyzwania istnieją naprawdę i jednoczenie się na rzecz realizacji działań zaradczych jest jedyną drogą stawienia czoła narastającym problemom. Dodajmy – pod warunkiem że po drodze uda się przypisywać poszczególnym celom różne, racjonalnie przeanalizowane znaczenie. I może mniej ważne jest, że – jak policzyła pewna grupa ekspertów – do wypełnienia celów SDG potrzebne byłyby co najmniej 3 bln dol., co zresztą wydaje się kwotą niedoszacowaną. Oczywiście brak chętnych do ponoszenia takich kosztów, ale nic z tego nie wynika – co możemy zrobić lepszego niż wspólnie mobilizować się do działań, o których niezbędności i tak się niebawem z pewnością przekonamy?