Dorota Kalinowska: W 6 lat po katastrofie smoleńskiej zaczęliście z niej żartować. Godzina wybiła?

Marcin Wójcik: W naszym skeczu?!

Przecież mówicie: "Pozbieraliśmy naukowców z różnych planet. Totalny kosmos" albo: "Wszyscy potwierdzają teorię wielkiego wybuchu".

Tak, ale to nie jest szydzenie czy żartowanie z samej katastrofy smoleńskiej, tylko z tego, co się działo po niej. Jako artyści kabaretowi nie mamy specjalnego zacięcia, żeby żartować z katastrofy smoleńskiej. Jako obywatele widzimy z kolei to, co się dzieje przy powoływaniu fachowców w różnego rodzaju komisjach, które mają zbadać, a raczej udowodnić przyjęte dużo wcześniej tezy. To jest dla nas z jednej strony śmieszne, z drugiej denerwujące. I uważamy, że mamy mandat do tego, żeby z tego żartować. Zresztą nie jesteśmy jedynymi, którzy mają takie wrażenie – takie wtręty, siłą rzeczy, będą się więc pojawiać. Tym bardziej że były już i wcześniej.

Tyle że nie w Kabarecie Ani Mru Mru…

… ale w skeczach Roberta Górskiego już tak. W jednym z artykułów, które się ostatnio ukazały w prasie, zacytowano nawet fragment: "Nasza godność leży przykryta brezentem".
Nasz żart jest więc kolejnym z aluzją do Smoleńska. Sam słyszałem sporo żartów na ten temat.

Jakiś przykład?

Wolałbym nie. Uważam, że o ile usłyszenie żartu i nawet uśmiechniecie się do niego leży w mojej naturze, to mam też w sobie odrobinę autocenzury. Pewnych żartów nie powtarzam. Zresztą proszę zwrócić uwagę, że pierwsze dowcipy o Smoleńsku pojawiły się tuż po katastrofie, ludzie przekazywali je sobie z ust do ust, funkcjonowały w obiegu imprezowo-towarzyskim. Nigdy nie czułem, że ktoś opowiada je ze strachem. U słuchających nie wyczułem z kolei wahania: "O Jezu, z tego się nie powinno żartować".

Pewne żarty w towarzystwie uchodzą, publicznie – już niekoniecznie. Co się musiało stać, żeby żarty z tragedii smoleńskiej pojawiły się w skeczach kabaretowych?

Nic, taka już jest nasza natura. Po katastrofie kraj natychmiast podzielił się na dwa obozy: zwolenników tezy o zamachu i zwolenników tezy o katastrofie. Do tej pory ten wykop się pogłębia i cokolwiek by się teraz nie zdarzyło, to żadna ze stron i tak nie zmieni swojego zdania. Już sama ta sytuacja powoduje, że pojawiają się takie skecze.

W latach 90. żartowało się z Kościoła, a potem zapadło milczenie. Teraz do tego wracacie. Co Wami powoduje?

Mamy oczy i uszy otwarte, reagujemy – spontanicznie – na różnego rodzaju wydarzenia. I jeśli widzimy, że w Polsce, w której obowiązuje rozdział państwa od Kościoła, rząd jeździ na obchody Radia Maryja, tańczy, klaszcze i bije pokłony ojcu Rydzykowi, to w pewnym momencie przychodzi jakieś skojarzenie. I po wyrażeniu "Niech moc będzie z wami", aż prosi się o: "I z duchem twoim". I żeby było jasne: nie uważam, że to jest żart z Kościoła, ale z tego, jak niektórzy się do niego odnoszą.

Gdzie jest, w takim razie, cienka czerwona linia, której nie należy przekraczać?

U każdego artysty gdzie indziej. On odpowiada sam przed sobą i przed swoją publicznością. Jeśli uważa, że nie powinno się żartować z Kościoła, to nie żartuje. Jeśli nie chce śmiać się z polityki, to tego nie robi. Albo z ludzi niepełnosprawnych... Co ciekawe, znam mnóstwo osób niepełnosprawnych, które namawiają mnie, żeby robić żarty z osób na wózkach. Chcieliby, żeby ktoś to obśmiał. Wszedł w ich skórę i zobaczył, że w ich życiu – oprócz tragedii ludzkiej – jest też dużo sytuacji, które nadają się na scenę kabaretową. My tego nie robimy, bo najczęściej za takie żarty atakują nas ludzie pełnosprawni. Uważają, że z takich rzeczy się nie powinno żartować.
Ale z drugiej strony, jeśli np. Abelard Giza gotów jest żartować z papieża, to dlaczego nie. Tak ja rozumiem wolność słowa i wolność wypowiedzi artystycznej.

A granica Ani Mru Mru gdzie przebiega?

Kiedy uznamy, że żart może kogoś dotknąć personalnie. Wszelkie inne granice staramy się przekraczać, bo jest to też istota kabaretu. Proszę zwrócić uwagę na stand-up – tam nie ma żadnych granic, a przecież ludzie chcą to oglądać. To też pokazuje, że granica poczucia humoru i tolerancji dla żartów cały czas się przesuwa.

Pokazalibyście w takim razie skecz o Wałęsie? Albo o Żołnierzach Wyklętych?

Być może. Choć akurat ja, jeśli już występują w skeczu politycznym, to jest to żart autorstwa Roberta Górskiego. Sam ich nie piszę, bo wychodzę jednak z założenia, że świat polityki jest za szybki dla kabaretu. Zmieniają się ministrowie, zmienia się sytuacja w kraju... Z drugiej strony trzeba też mieć świadomość, że Polska jest podzielona mniej więcej na pół. I przy najmniejszej próbie żartu z polityki pół sali się śmieje, a pół nie. I to jest niepotrzebne ryzyko.

A na zjeździe partyjnym to byście wystąpili?

Nie, choć mieliśmy kilkanaście takich propozycji. Nie bierzemy jednak udziału w żadnych imprezach o jakimkolwiek zabarwieniu politycznym. Nie chcemy być kojarzeni z żadną opcją.

Kto proponował?

Nie chodziło o ogólnokrajowe wydarzenia czy zjazdy partii. Pytają głównie lokalne władze.

Jak się składa taką ofertę? Jak to wygląda?

Kiedyś występowaliśmy na dniach miasta, nie pamiętam już dokładnie gdzie. Organizator chciał, żeby przed nami wyszedł na scenę burmistrz i powiedział kilka słów. To było miesiąc lub dwa przed wyborami samorządowymi. Grzecznie odmówiliśmy.

Skoro już o polityce mowa, to TVP zmodyfikowała - jeszcze za czasów poprzednich władz - wasz skecz "Gwiezdne wojny według PiS". To pierwszy taki przypadek?

Nie, ale chciałbym być tu dobrze zrozumiany. Nie twierdzę, że istnieje w Polsce instytucja cenzury, której ofiarą padają nasze skecze. Po prostu w TVP na niższych szczeblach pracują osoby, które nie chcą się wychylać. Nie mam specjalnego żalu do telewizji, po prostu mnie to zdziwiło.

Co wycinają?

Nie zawsze jest to polityka, ale np. wulgaryzmy. Czasami problem pojawiał się długo po nagraniu. Kilkanaście lat temu, kiedy jeszcze jako początkujący kabaret mieliśmy skecz, w którym padały słowa o Andrzeju Grubbie, polskim pingpongiście. Po jego śmierci tekst o nim został wycięty w powtórkach. Takie rzeczy się zdarzają.

Po ingerencji w "Gwiezdne wojny" buntowaliście się?

Autorem skeczu jest Robert Górski i jeśli już, to on mógłby wnosić zastrzeżenia. Gdyby był to mój numer, pewnie bym się zastanawiał, czy nie dowiedzieć się, kto o tym zdecydował. My jako Kabaret Ani Mru Mru mamy zapis w umowie, że każda ingerencja w nasz autorski skecz musi mieć naszą zgodę.

Nie boicie się, że w przyszłości cięcia będą głębsze?

Być może. Wydaje mi się jednak, że moja reakcja była adekwatna do tego, co się wydarzyło. Zresztą kontaktowali się ze mną w tej sprawie ludzie z telewizji. Wyjaśniali, że to nie było zamierzone i nie miało znamion cenzury politycznej. Uznali, że bez tego kawałka tekstu i tak w skeczu wszystko wiadomo.

I przekonali Pana?

No, powiedzmy, że uwierzyłem. To, co zostało wycięte, to margines całego skeczu. Zniknęły trzy słowa: Prawo i Sprawiedliwość. Wszelkie inne odniesienia i aluzje były i są nadal jasne i czytelne. Gdyby ktoś chciał to cenzurować z powodów politycznych, to pewnie wyciąłby cały numer.

Z kogo żartuje się łatwiej - z PO czy z PiS?

Jeśli porównamy dwóch polityków: Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego, to ilekroć żartowaliśmy z tego pierwszego, to oddźwięk żartu był pozytywny. Kiedyś dostaliśmy też oficjalną wypowiedź Pawła Grasia. Pisał, że sami oglądają i się z tego śmieją. Robert Górski, który był autorem słynnych żartów o Donaldzie Tusku, spotkał się z nim nawet osobiście, a ten mu podziękował.

Co się dzieje, kiedy żartujecie z PiS?

Słyszymy najczęściej: z tego się nie powinno żartować, tego się nie robi, na to zgody nie ma. Tu w ogóle jest ciekawa sytuacja. Wystarczy poczytać wpisy w Internecie po skeczu o PO, Tusku, Komorowskim czy np. Petru. Zazwyczaj aktywna jest wtedy prawa strona, która mówi: dobrze, tak, trzeba im dosrać, oczywiście, tak trzeba zrobić. Druga strona milczy. Jeśli z kolei pojawi się skecz o PiS, to znów komentuje prawa strona, ale tym razem w duchu: O nie, z tego nie można żartować. A to mobilizuje, by takich żartów robić więcej. Dlatego pewnie więcej żartów jest z PiS niż z PO czy też np. z lewicy. No chyba, że ktoś się ewidentnie podłoży. Przypinam sobie skecz, w którym Bronisław Komorowski chodził po krzesłach i mówił "szogunie". To są sytuacje, które trzeba obśmiać. Życie samo napisało skecz, a my możemy to tylko przejaskrawić.

A teraz to kto jest najlepszą pożywką dla kabaretów?

Jeżeli miałbym napisać skecz polityczny, to myślę, że numerem jeden byłaby np. Beata Kempa lub Krystyna Pawłowicz. To moje faworytki, bo bardzo ciężko im utrzymać emocje na wodzy. Poza tym są postaciami łatwymi do sparodiowania: wachlarz, specyficzny sposób mówienia, omijania drażliwych tematów. Oczywiście Lech Wałęsa też byłby teraz niezłym tematem – i myślę, że lada moment pojawią się takie skecze. Bo im bardziej się tłumaczy, tym gorzej mu to wychodzi. A jak było naprawdę, to czas pokaże.

A żarty z historii Polski też będzie można zobaczyć w waszym wydaniu? Były w Kabarecie Moralnego Niepokoju, ale tam obowiązywała zasada: Polak jest głupi, a Niemiec jeszcze głupszy.

Trudno mi powiedzieć, tym bardziej, że daleki jestem od generalizowania. Nie lubię skeczy, w których żartuje się z konkretnych nacji. I rzadko też takie mamy - nie zdarzył mi się żart, w którym inna nacja okazuje się być głupsza od Polaków. To nie jest metoda. Nawet jak był skecz o restauracji, gdzie mieliśmy Chińczyka w konfrontacji z Polakiem, to i tak ten pierwszy wychodził z niej obronną ręką.