Pierwszomajowe Święto Pracy - w PRL obchodzone hucznie - dzisiaj jest już nieco zapomniane. Jakie były początki tego święta na ziemiach polskich?

Prof. Andrzej Chwalba: Święto 1 Maja pojawia się na ziemiach polskich już w 1890 roku, zaledwie rok po tym, gdy ustanawia je II Międzynarodówka - międzynarodowe stowarzyszenie partii socjalistycznych. I duża dynamika tego święta, podobnie jak w krajach zachodniej Europy czy w Stanach Zjednoczonych, wynikała z fatalnej kondycji materialnej i sytuacji prawnej szeroko rozumianych ludzi pracy - robotników, i to nie tylko w wielkich miastach, ale też w miasteczkach czy na terenach wiejskich. Poza tym pojawili się bardzo mocni, wpływowi i dobrze zorganizowani liderzy ruchu robotniczego, którzy rozpoczęli proces budowania związków zawodowych, jeszcze nie wszędzie legalnych, za ich sprawą powstawały też partie polityczne.

Musimy pamiętać, że robotnicy dziś, a robotnicy pod koniec XIX wieku to są dwa, zupełnie odmienne, światy. Proszę sobie wyobrazić, że czas pracy trwa 10-12 godzin, ale jeszcze w latach 60. i 70. XIX wieku od rana do zmroku, czyli 14-16 godzin; że w jednej izbie mieszkają dwie, trzy rodziny. Robotnicy nie mieli właściwej opieki socjalnej, zabezpieczeń prawnych, nie byli też szanowani przez pracodawców. To sprawiło, że święto 1 Maja zostało przyjęte przez środowiska robotnicze z entuzjazmem, a partie socjalistyczne uznały, że będzie to doskonały instrument w budowaniu więzi między robotnikami i ich mobilizacji.

Czy pod koniec XIX wieku pierwszomajowe pochody przyciągały wielu robotników? Czy były dynamiczne?

To zależało od konkretnego zaboru. Na przykład w Galicji, mimo możliwości legalnego świętowania, liczba robotników na manifestacjach była skromna. W tym miejscu idee socjalistyczne nie ukształtowały się tak dobrze jak w zaborze rosyjskim, dlatego demonstracje organizowane przez PPSD, czyli Polską Partię Socjaldemokratyczną Galicji i Śląska były stosunkowo nieliczne. Ale właśnie w zaborze rosyjskim, gdzie wyrosły potężne ośrodki przemysłowe, jak w Łodzi - mieście tysięcy kominów, gdzie przed 1914 rokiem żyło ponad 100 tysięcy robotników - manifestacje pierwszomajowe były najliczniejsze. Przecież w zakładach Kalmana Poznańskiego czy Karola Scheiblera pracowało 7-8 tysięcy, a nawet 10 tysięcy ludzi. To było zaplecze, które pozwalało liderom ruchu robotniczego myśleć o poważnym, masowym świętowaniu 1 maja. Dlatego też w zaborze rosyjskim, mimo że związki zawodowe są tam nielegalne, dynamika demonstracji była znacznie większa niż na południu czy zachodzie.

Do gwałtownych wydarzeń doszło na przykład 1 maja 1892 roku w Łodzi, a także w okresie przed rewolucją 1905 roku. Napięcia wśród robotników wykorzystywały zarówno Polska Partia Socjalistyczna z Józefem Piłsudskim, jak i SDKPiL, czyli Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy z Różą Luksemburg. Partie te organizowały antycarskie i antykapitalistyczne demonstracje, których cel był podwójny. Chodziło o to, by pokazać państwu rosyjskiemu, ale i kapitalistom, że robotnicy są potężną siłą, której należy się poprawa warunków socjalnych i prawnych, a także, by zalegalizowano partie i związki zawodowe.

W pana książce "Sacrum i rewolucja" znajdują się zaskakujące opisy używania przez robotników symboli religijnych. Robotnicy szli na manifestacje zaraz po wyjściu z kościoła i śpiewali "Boże, coś Polskę", a chwilę później "Czerwony sztandar".

To prawda. O ile na zachodzie Europy środowiska robotnicze laicyzowały się dość szybko, na przykład na przedmieściach Paryża w dzielnicach zwanych czerwonymi praktyki religijne zanikały już pod koniec XIX wieku, o tyle w Polsce było inaczej. W pochodach pierwszomajowych maszerujący i domagający się sprawiedliwości robotnicy byli ludźmi religijnymi. Były to osoby wierzące, praktykujące, pobożne, które należały do organizacji okołokościelnych, rozmaitych stowarzyszeń, i do których po kolędzie chodził ksiądz. To dlatego szli na manifestacje lub organizowali popularne 1 maja strajki używając symboli religijnych. Uznawali je po prostu za skuteczne w komunikacji. I stąd były pieśni religijno-patriotyczne jak "Boże, coś Polskę", ale również pieśń "Serdeczna matko". Teksty tych pieśni robotnicy znali znacznie lepiej niż tekst "Czerwonego sztandaru", który znała jedynie wierchuszka, elita partyjna. Robotnicy co najwyżej tylko pierwszą zwrotkę, a śpiewać w pochodzie należało przecież cały czas.

Poza pieśniami robotnicy używali też w pochodach symboli takich jak święte obrazy. Na przykład w okolicach 1905 roku w Galicji i w mniejszych miejscowościach można było zobaczyć jak robotnicy maszerują z obrazem Matki Boskiej. Byli bowiem przekonani, że skoro Maryja nad nimi czuwa, czuwa sam Bóg, to nic złego im się nie może stać. Dodatkowo obecność sacrum dawała im gwarancję, że postępują właściwie, że udział w marszu z ich strony jest czymś właściwym i oczekiwanym przez siły najwyższe.

Bywało nawet tak, że w Warszawie podczas pochodów i manifestacji można było zobaczyć portrety Karola Marksa w otoczeniu niebiańskich aniołków. Marks ze swoją długą brodą wyglądał jak Bóg, jakby wprost wyjęty z kościelnych przedstawień. Zstępował z niebios na Ziemię i mając wsparcie sił nadprzyrodzonych niósł ludziom dobrą nowinę - sprawiedliwość i obietnicę lepszego życia. Obraz z Marksem i aniołkami ludzie nieśli w pierwszym szeregu udowadniając światu, że nie są sami, że sacrum jest z nimi.

Ten sam Marks mawiał, że religia jest opium ludu.

No tak, ale kto z polskiego ludu o tym wiedział? A z kolei ci, co wiedzieli nie mówili o tym robotnikom. Symbole religijne wzmacniały siłę manifestacji.

Wygląda na to, że polska lewica u swoich początków mieszała wątki socjalne z religijnymi, ale też narodowymi i niepodległościowymi. Polacy na przełomie XIX i XX wieku już od ponad 100 lat byli pozbawieni własnego państwa.

Na ziemiach Królestwa Polskiego, ale też na ziemiach zabranych i w okolicach Wilna powstaje silna Polska Partia Socjalistyczna, która łączy cele narodowe, w tym walkę o niepodległość, z celami klasowymi. Bo o ile dawniej awangardą w walce o niepodległość Polski była szlachta, to już po powstaniu styczniowym idee niepodległościowe przejęli robotnicy. Na przykład inteligent pochodzenia szlacheckiego Józef Piłsudski choć nawiązuje do tradycji szlachty, to nie w niej widzi siłę rewolucyjną, ale właśnie w robotnikach. To było bardziej realne. To robotnicy mają być tą masą, która przy sprzyjających okolicznościach doprowadzi Polskę do odzyskania niepodległości. Natomiast SDKPiL szukała porozumienia z robotnikami rosyjskimi w celu zniszczenia państwa carskiego i budowania raju na ziemi.

Ale przy tej okazji warto wspomnieć o PPSD, która przed 1914 rokiem była najsilniejszą partią w Krakowie, uchodzącym przecież za konserwatywne miasto. Na czele tej partii stał Ignacy Daszyński, znakomity mówca, który tak jak i jemu podobni, zdobywał doświadczenie w parlamencie austriackim. I ci ludzie po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku wybiorą drogę przekształcenia Polski w kraj demokratyczny, w którym ludziom biednym będzie się żyło godnie, gdzie warunki materialne będą przyzwoite.

Dzisiaj wielu Polaków nie zna lewicowej tradycji politycznej, choć jest ona cenna - zwłaszcza, gdy mowa jest o dążeniu do poprawy warunków życia robotników czy uzyskania niepodległości. Dyskusje zamyka się pejoratywnym określeniem socjalizmu jako "lewactwa", które uniemożliwia sensowną rozmowę o przeszłości i przyszłości.

Święto 1 Maja narodziło się za sprawą Międzynarodówki socjalistycznej, ale warto pamiętać, że stopniowo nawiązywały do niego także inne nurty polityczne. Była to na przykład Narodowa Demokracja, aktywna zwłaszcza na zachodzie Polski, w dawnym zaborze pruskim, która zgodnie ze swoim programem miała poszerzać świadomość narodową właśnie wśród robotników. W okresie międzywojennym w Wielkopolsce, na Pomorzu czy na Górnym Śląsku narodowa partia robotnicza podkreślała, że jej celem jest siła robotników jako naczelnej siły narodu. I przecież działacze tego nurtu politycznego również organizowali manifestacje polityczne - odrębne od manifestacji socjalistów czy komunistów.

Na scenie politycznej była jeszcze Chrześcijańska Demokracja, która również działała w środowiskach robotniczych i również organizowała manifestacje 1 maja. Swoje święto w tym dniu organizowali również Ukraińcy czy Żydzi, zwłaszcza Bund, czyli bardzo mocna partia Żydów lewicowo zorientowanych, lokalizujących się między Polską Partią Socjalistyczną a komunistami. W latach 20. i 30. w polskich miastach mogło być nawet ponad pięć różnych manifestacji, które szły w pochodach o różnych godzinach i wzajemnie sobie nie przeszkadzały. Na ogół ze sobą nie wojowano, nie było ani wrogich okrzyków ani bijatyk. Każdy szedł własną drogą, można powiedzieć, że między tymi różnymi grupami był zawarty niepisany układ o nieagresji.

A dzisiaj w Polsce widzi pan sens obchodzenia 1 Maja?

W Polsce, inaczej niż na zachodzie Europy, po 1945 roku doszło do przerwania lewicowego robotniczego pluralizmu. Po wojnie nie ma miejsca dla socjalistów spod znaku PPS, nie ma chadeków, nie ma narodowego ruchu robotniczego. Wszyscy mogli być tylko komunistami, a same pierwszomajowe pochody upartyjniono, podporządkowano indoktrynacji i sojuszowi ze Związkiem Radzieckim.

W Polsce Ludowej marsze 1 maja były albo przymusowe albo ludzi po prostu korumpowano oferując im za udział w pochodach kostki mydła, worki papieru toaletowego czy pończochy. Rzeczy w tamtych czasach niebagatelne. I dlatego, już po 1989 roku, z pochodów pierwszomajowych nic nie zostało, tym bardziej, że partia SLD uznała się za dziedzica Święta Pracy. I jak partia ta osłabła, to automatycznie spadło zainteresowanie samym świętem.

Warto jednak podkreślić, że w latach 80. w czasach Solidarności najbardziej bojowy 1 maj organizowała właśnie Solidarność. To były mocne manifestacje przeciwko reżimowi Wojciecha Jaruzelskiego organizowane w przekonaniu, że kiedyś zwyciężą hasła solidarnościowe i Polska stanie się znów krajem suwerennym. Trwało to jednak krótko, bo ostatecznie cele te udało się osiągnąć po 1989 roku i Solidarność również porzuciła święto 1 Maja.