Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że ci sami ludzie za „nieprofesjonalne” uznają także serwowanie w McDonaldzie coca-coli w kubkach mniejszych niż dwulitrowe, a za „niebezpieczną” uważają jazdę po pustej i szerokiej jak Droga Mleczna autostradzie z prędkością wyższą niż 5 mil na godzinę. Zaś „eskalacja napięcia” najczęściej oznacza u nich sytuację, w której ważący 300 kg mleczarz zakleszcza się w swoim meleksie i na ratunek mu rusza sześć brygad strażackich w asyście psychiatry, negocjatora i kuratora.

Takie zdarzenia jak to z myśliwcem uświadamiają mi, że USA wcale nie są niezłomnym, odważnym, pewnym siebie, trochę szalonym i nonszalanckim mocarstwem, jakiego obraz zwykli nam przedstawiać amerykańscy reżyserzy kina akcji. W tamtejszej policji nie ma żadnych McLane’ów, a w siłach powietrznych – Mavericków i Goose’ów. Szczerze mówiąc, to wydaje mi się, że od czasów Pustynnej Burzy i wojny w Wietnamie Amerykanom zwyczajnie odpadły jaja. Bo gdybym to ja w miniony piątek pilotował RC-135 nad Bałtykiem i jakiś ruski palant kilka metrów ode mnie wykręciłby beczkę, najpierw szczerze bym się do niego uśmiechnął, następnie pokazał mu środkowy palec, a później połączył się z najbliższą bazą lotnictwa. Po 15 sekundach na miejscu byłyby F-16, które wykręciłyby wokół Su-27 tyle piruetów, że jego pilot poczułby się jak w wirującej pralce. To byłby jasny sygnał wysłany w kierunku potencjalnego wroga: Chcecie się bawić? Nie ma sprawy. Jesteśmy w tym naprawdę świetni. Ale zamiast tego Amerykanie woleli wysłać Rosjanom wiadomość pt. „Jesteśmy małą dziewczynką i nie lubimy, jak ciągnie się nas za warkocze. Następnym razem poskarżymy się mamusi”.

Trochę szkoda mi amerykańskich żołnierzy, którzy mają do dyspozycji wspaniały sprzęt, ale nie mogą go wykorzystać choćby do popisania się. Nie mogą nastroszyć piórek i naprężyć muskułów. Innymi słowy, nie mogą być facetami. Gdy nad ich okrętem przelatują samoloty wroga, wolno użyć tylko jednej broni – smartfona, za pomocą którego nakręcą filmik o tym, jak ktoś gra im na nosie. To trochę tak, jakby kupić sobie porsche 911 turbo S, a następnie jeździć nim całkowicie zgodnie z przepisami, zmieniać biegi przy 2 tys. obrotów, a na tylnej szybie przykleić zielony listek sugerujący, że przesiedliście się tu prosto z nissana micry.

Tak się składa, że niedawno jeździłem turbo S i w pewnych aspektach naprawdę przypomina mi ono micrę. Bo pomimo monstrualnej mocy 580 koni jest zwykłym samochodem do codziennej jazdy. Tak zwykłym, że momentami byłem zaskoczony tym, że nie ma drugiej pary drzwi i porządnego bagażnika. Podczas spokojnej jazdy spalało średnio zaledwie 9 litrów benzyny, a to mniej więcej tak, jakby do ogrzania całego domu w sezonie zimowym wystarczył wam gaz z jednej zapalniczki. Jego zawieszenie doskonale radziło sobie z koleinami i dziurami, a skrzynia biegów łagodnie zmieniała przełożenia.

W ułamku sekundy możecie jednak zamienić turbo S w plującego jadem potwora. Wtedy setkę osiągnie po 3 sekundach, a przestanie przyspieszać dopiero w okolicach 330 km/h. Przy każdym wciśnięciu gazu w podłogę miałem wrażenie, że w tył wjechał mi rozpędzony TIR. Moje gałki oczne przywierały do potylicy, a żołądek wywracał się na lewą stronę. Gdy ustawicie przód tego auta w kierunku wschodu, uruchomicie specjalną procedurę startu i ruszycie, to Ziemia na chwilę przestanie się obracać. Niewykluczone, że luty w roku przestępnym ma 29 dni właśnie po to, aby wyrównać straty, jakich dokonuje turbo S podczas przyspieszania. Tak potwornie mocny jest ten wóz. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że na torze złoiłby skórę niejednemu znacznie droższemu autu. Jest Bogiem w świecie samochodów – w jednej chwili brutalnie każe wam spalić swojego syna na stosie, a w kolejnej łaskawie wybaczy wam wszystkie popełnione grzechy.

Sęk w tym, że nie znam nikogo, kto kupiłby turbo S i powiedział: Świetnie! Teraz będę mógł w bardzo komfortowych warunkach ścigać się po torze. Nie znam też nikogo, kto za bardzo istotny uznałby fakt, że porsche przejechało tor Nurburgring w czasie o 0,0003 sekundy szybszym niż konkurenci, a jego kierowca zrelaksowany słuchał w tym czasie V Symfonii Beethovena i cieszył się starannie wykończonym wnętrzem. Innymi słowy, nie znam ani jednego człowieka skłonnego wydać milion złotych na 580-konnego nissana micrę.

Jak dla mnie 911 Turbo S jest ciut za grzeczne. Za bardzo uniwersalne. Zbyt codzienne. Owszem, możecie przejechać nim pół województwa w czasie krótszym, niż trwa kichnięcie, ale emocje, jakie temu towarzyszą, porównywalne są z... kichnięciem. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że zbudowane zostało z myślą o ludziach, których umiejętności prowadzenia auta są odwrotnie proporcjonalne do ich umiejętności zarabiania pieniędzy. Innymi słowy, nie wiedzą, co robić z milionami, które zarobili, i tak samo nie wiedzą, co zrobić z kierownicą, gdy tył samochodu zaczyna żyć własnym życiem. To porsche spełnia ich marzenia – stają się właścicielami supersauta, którym nie muszą umieć jeździć. Wystarczy, że wcisną gaz, a całą resztę załatwią za nich inżynierowie ze Stuttgartu.

O ile tego typu autami jeżdżę zazwyczaj na najniższym możliwym biegu, aby słyszeć, jak każdy z koni drze się niczym żywcem przepuszczany przez maszynkę do mięsa, o tyle tutaj wcale nie miałem na to ochoty. A to dlatego, że jednostka turbo S buczy jak trzmiel – przez pierwsze kilka sekund wydaje się to nawet fajne, ale po paru minutach zaczynacie się zastanawiać, czy od tłumika czasem coś nie odpadło. Przy odjęciu gazu w podobnych supersamochodach zazwyczaj słyszycie strzały z wydechu. Ale nie w tym wypadku. Tutaj to rodzaj bulgotania identyczny z tym, jaki odczuwacie w żołądku, gdy zjecie talerz grochówki, a zaraz po niej – bigos. I popijecie to wszystko mlekiem.

Niewątpliwie Porsche zbudowało wóz perfekcyjny. Niewątpliwie znajdzie na niego mnóstwo klientów, którzy będą mogli chwalić się w towarzystwie, że mają 580-konne auto, choć w rzeczywistości problemy sprawia im prowadzenie wózka golfowego. Niewątpliwie z technicznego punktu widzenia ten wóz jest wart każdej z miliona złotówek, jakie trzeba za niego zapłacić. Ale tak samo niewątpliwie lepsze od niego jest audi R8. Owszem, na torze być może turbo S zostawi je w tyle. Jednak w codziennym użytkowaniu to właśnie R8 wywoła na waszej twarzy większy uśmiech. Nim znacznie łatwiej wykręcicie beczkę. I to w nim wasze cojones będą prezentowały się znacznie okazalej.