Jeszcze rok temu w internecie wisiała mapa wszystkich domów uchodźców w Niemczech. Zniknęła, bo to były drogowskazy dla Pegidy. Nasz dom też tam był. Zresztą, był tam, zanim podpisaliśmy kontrakt z rządem, zanim było wiadomo, że w naszym domu zamieszkają uchodźcy. Opowiadamy o tym, bo w Polsce nikt nie wie, jak w rzeczywistości wyglądają kulisy przyjmowania uchodźców w Niemczech – mówi Maya Paczesny, do niedawna właścicielka wielkiego domu przeznaczonego na hotel w bawarskiej wsi Rupprechtstegen, który został zamieniony na dom dla uchodźców.
Magdalena Rigamonti: Czy w państwa byłym domu
mieszkają już uchodźcy?
Maya Paczesny: W czerwcu jeszcze nie mieszkali.
Mieszkańcy wsi protestują, robią akcje,
urzędnicy rzucają kłody pod nogi. Domu pilnuje
uzbrojony w karabin ochroniarz. Kontrakt z niemieckim
rządem jest dawno podpisany, ale nie tak dawno nowym
właścicielom, którzy z ramienia rządu
administrują szesnastoma domami azylanckimi, w tym
także tym, który należał do nas, kazano
zmienić elewację na bardziej ognioodporną.
Zmienili. Ale i tak wszyscy wiedzą, że ten dom
zostanie podpalony. Tak jak ponad 600 innych. Doszczętnie
nie spłonie, bo zapewniam panią, że nasz dom ma
naprawdę wyśrubowane zabezpieczenia
przeciwpożarowe.
Kto podpala?
Policja nie wie, nie ogłasza tego. W
mediach pojawiają się informacje, że to ludzie
Pegidy, partii przeciwnej zasiedlaniu Niemiec przez
uchodźców. My wiemy, że robią to sami
mieszkańcy niemieckich wsi, którzy nie chcą,
żeby w ich sąsiedztwie mieszkali uchodźcy.
Dlaczego to im przeszkadza?
Bawaria to najbardziej konserwatywny rejon
Niemiec. Tam wszyscy obcy są niemile widziani.
Przecież kupiliście tam dom,
zaaklimatyzowaliście się.
My jesteśmy bliscy kulturowo, do
tego, jak oni, katolicy. I na początku
sądziliśmy nawet, że jesteśmy akceptowani.
Staraliśmy się nawet mówić dialektem
frankońskim. Z niektórymi sąsiadami,
głównie starszymi, zakolegowaliśmy się na
tyle, że zaczęli nam pokazywać zdjęcia
swoje albo swoich ojców „hajlujących”. I
zaręczam, że te zdjęcia są dla nich jak
relikwie. Widziałam dumę w oczach tych ludzi,
którzy mi je pokazywali. W Bawarii jest taki problem, jak
i w całych Niemczech, społeczeństwo się
starzeje. W naszym rejonie wychodzi lokalna gazetka i tam co
tydzień jest napisane, kto skończył 90 i
więcej lat. I tych starców jest rzeczywiście
bardzo dużo. I jak to oni mówią, te garnki ze
złotem pożydowskim, z majątkiem popolskim,
już się skończyły. I jest coraz biedniej. A
jak się robi biedniej, to nastroje nacjonalistyczne
ożywają. Któregoś dnia
usłyszałam, żebym nie kaleczyła ich
ojczystego języka i żebym lepiej w ogóle
się nie odzywała.
Kto tak powiedział?
Sąsiad. Mieszkaniec wioski. Przez
ostatnie dwa lata nie odezwałam się do nikogo po
niemiecku. Mówiłam po angielsku. W urzędzie
też po angielsku, odpowiadano mi po niemiecku.
Któregoś dnia byłam w urzędzie,
urzędniczka ze mną rozmawiała po angielsku do
momentu, kiedy przyszedł jej zwierzchnik, przy mnie
ją zbeształ, że to jest niemiecki urząd i
ona nie ma prawa mówić w innym języku niż
niemiecki. Przeprosiła mnie i powiedziała po
niemiecku, że nie może rozmawiać po angielsku.
To się zdarzyło w siódmym roku naszego
mieszkania w Niemczech. Jedna znajoma Polka, księgowa,
która od ponad 20 lat mieszka w Niemczech,
mówiła, że kiedy jej się zdarzyło
rozmawiać z koleżanką Polką po polsku w
kolejce do kasy w sklepie, to uprzejmy starszy Niemiec
stuknął ją palcem w plecy i mówi: Tu
są Niemcy, tu się mówi po niemiecku.
Wyobraża sobie pani, że w Polsce ktoś puka w
plecy Anglika czy Niemca i mówi, że tu jest Polska,
tu się mówi tylko po polsku? Mój mąż
stał na stacji benzynowej, była jego kolej do
zapłacenia w kasie, a właściciel stacji
mówi: Ty poczekaj, najpierw Niemców muszę
obsłużyć. Nigdy więcej nie zatankował
na tej stacji. Strasznie nas to bolało. W Polsce coś
takiego by się nie zdarzyło. Wie pani, kiedy w 2008
r. kupiliśmy stary, 200-letni dom, który przez lata
był hotelem, w pięknej wiosce w tzw. Alpach
Frankońskich, to było to miejsce idylliczne,
przynajmniej tak nam się wydawało. Raj, rowery,
spacery, kajaki, pięknie, powietrze rześkie,
mikroklimat, groty, skałki, raj dla wspinaczy.
Siedzieliśmy na tarasie i liczyliśmy
przechodzących turystów, 700, 1000 dziennie.
Wiedzieliśmy, że wyremontujemy tę naszą
ruinę, że zrobimy tu hotel butikowy, a do tego
piekarnię, kawiarnię, restaurację.
Śmiałam się, że to takie miejsce, że
wystawimy siatkę na motyle i będziemy łapać
pieniądze. Mówię to pani po to, żeby pani
sobie wyobraziła, co to było za miejsce. Uwielbiane
przez turystów, piękne. A teraz nikt tam nie
przyjeżdża, prawie wszystkie większe domy
zamienione są w domy azylanckie, ciągle
słychać o podpaleniach, choć media o tym
już nie piszą, już przywykły. Na naszych
oczach okolica stawała się muzułmańska.
Proszę sobie wyobrazić ten niemiecki porządek,
te wypielęgnowane ogródki, te krzaczki, kwiatki,
ozdoby różne i żadnych płotów. I
każdego dnia coś znikało. Mówię do
faceta, że jego dziecko bierze z mojego ogrodu
doniczkę z kwiatami, ale usłyszałam tylko,
że przecież to jest dziecko, dziecko może
brać co chce. W stawie sąsiedzi hodowali
pstrągi. Okazało się, że uchodźcy,
choć mają zapewnione dobre posiłki, to i tak
nikogo nie pytając, wyłowili wszystkie ryby z
prywatnego stawu. Przeżyliśmy coś, co wydaje
się nie do uwierzenia, a jednak braliśmy w tym
udział i to się działo niedawno. Nadal się
dzieje. Ten raj zostaje powoli zamieniany w śmietnisko.
Teraz Niemcy palą domy uchodźców. W ostatnim
roku spłonęło ponad 600 takich domów.
Dopiero od kilku tygodni jesteśmy w Polsce.
Nie mogliście wcześniej
sprzedać domu?
Pierwsze dwa lata remontowaliśmy, z
wielką pasją w dodatku. I widząc te tłumy
turystów, każdego dnia utwierdzaliśmy się w
przekonaniu, że dobrze zainwestowaliśmy, że
nasze hotel i knajpa będą dobrze prosperować.
Turyści już wtedy pytali, czy mogą
przenocować, gdzie jest jakiś hotel, pensjonat, gdzie
można coś zjeść. Mówiłam, że
zapraszamy do nas za kilka miesięcy. Nasz dom był
największym budynkiem we wsi. I jednym z najstarszych. Ale
nie zabytkiem, bo przez lata co rusz do niego coś
dobudowywano. Zresztą prawie wszystkie stare budynki
były wystawione na sprzedaż. Potem się
okazało dlaczego. Żaden Niemiec nie podejmuje
się remontu starego budynku, ze względu na przepisy,
głównie przeciwpożarowe. Lepiej zburzyć i
postawić nowy, no ale my wtedy o tym nie
wiedzieliśmy. Nikt też nam nie powiedział,
że gmina wymagała postawienia za naszym domem
ściany oporowej, której koszt wielokrotnie
przewyższał wartość tego domu. Wszyscy we
wsi myśleli, że polegliśmy, że nic z nas
nie będzie, że hotel nigdy nie ruszy, bo nie
dostaniemy żadnych pozwoleń na
działalność. Zrobiliśmy. A
właściwie firma, która robi szklane tarasy
widokowe w Alpach, która akurat robiła
jakąś wielką inwestycję niedaleko naszej
wsi. Pojechałam do kierownika i zapytałam, czy nam
nie pomogą. Pomogli. Za dobrą dla nas cenę. W
sobotę i niedzielę. Sąsiedzi nie wierzyli.
Pamiętam, jak dostaliśmy zrobiony plan
przeciwpożarowy, ściany narysowane na różne
kolory, każdy kolor coś oznacza w
przeciwpożarowości, a kiedy zadaję kierownikowi
pytanie, jaki materiał ma być użyty, to
mówi, że nie może mi powiedzieć, bo ja
muszę mu najpierw zadać pytanie, a on mi wtedy
przygotuje ofertę. W końcu sama przeczytałam
księgę dotyczącą
przeciwpożarowości i wiedziałam, jakich
materiałów, do jakich ścian czy wylewek
używać. Już w 2011 r. zaczynaliśmy
rozumieć, że nasz hotel to mrzonka, że okoliczni
Niemcy nie przyjdą do nas na kolację i piwo, bo
jesteśmy Polakami. Choć była jeszcze nadzieja w
turystach. I wtedy Angela Merkel zmienia swoją
politykę.
Kiedy? W 2009 r. wygrała wybory.
W 2010 r. mówiła, że
polityka multikulti się nie sprawdza, ludzie obcy
kulturowo się nie asymilują z niemieckim
społeczeństwem, a w 2011 r. rząd niemiecki
zaczyna ganianie, a w zasadzie polowanie, na duże domy, w
których mogliby zamieszkać imigranci, uchodźcy,
choć jeszcze przecież wtedy nie było
uchodźców. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi.
Arabska wiosna się dopiero zaczynała. Nikt nie
słyszał o uchodźcach. A napór na skupowanie
domów był ogromny. Zastanawialiśmy się,
skąd mają być ci uchodźcy, szał
trwał. W listopadzie 2013 r. rozpoczął się
w Kijowie Majdan, potem w 2014 r. Rosjanie anektowali Krym,
więc myśleliśmy, że może Putin ruszy
na Zachód i te domy dla uchodźców to są dla
Ukraińców i Polaków. I nagle słyszymy w
mediach, jak Angela Merkel zaprasza wszystkich z Syrii, że
Niemcy wszystkich przyjmą. Wtedy jeszcze nie wiemy,
że do Europy płyną setki tysięcy ludzi. Po
chwili zaczynamy rozumieć, co się dzieje. Skąd
jednak niemiecki rząd wiedział, że coś
takiego nastąpi? Zaczęła się akcja
propagandowa, wmawianie ludziom, że uchodźcy to nowa
siła, która sprawi, że niemiecka gospodarka
się dźwignie, ci ludzie pójdą do pracy,
będą też rodzić dzieci, więc
społeczeństwo się nie zestarzeje.
Dostaliście propozycję od
rządu przejęcia waszego domu?
My wszyscy, właściciele
dużych budynków w okolicy, znaliśmy się. I
już słyszeliśmy, że jeden, drugi rozmawia z
urzędem do spraw uchodźców. Te urzędy
są bardzo dobrze zorganizowane, bo funkcjonują
już na poziomie gminy, większe są w stolicach
landów, a główny, narodowy, ma siedzibę w
Berlinie.
Właściciel z sąsiedniej wsi powiedział nam, że w urzędzie dostał informację, że we wszystkich dużych budynkach w naszej okolicy będą mieszkać uchodźcy. Pamiętam, jak przyszło do nas dwóch smutnych panów. Powiedzieli, że mają dla nas taką ofertę i że nasz hotel ma być wzorcowym domem dla uchodźców. Nie zgodziliśmy się, ale i tak cała wieś przestała się do nas odzywać, bo byli przekonani, że robimy z urzędnikami jakieś interesy. A rada gminy zrobiła nawet głosowanie, w którym wszyscy byli przeciwko utworzeniu nowego domu dla uchodźców. Nie pomogły nasze tłumaczenia, że nie przyjęliśmy rządowej oferty.
Na czym ta oferta polegała?
Dom dla uchodźców to jest w
Niemczech bardzo intratny biznes. Proszę sobie
wyobrazić, że prowadzi pani hotel, przychodzi klient
i mówi, że chce wynająć od pani wszystkie
pokoje na 20 lat za czterokrotność rynkowej stawki
hotelowej, a do tego ponosi wszystkie koszty remontowe,
płaci za wodę, ogrzewanie, ubezpieczenie. Prawda,
że się pani godzi? Tak się zgodziło bardzo
wielu właścicieli hoteli i dużych domów.
Oni po prostu zostali przekupieni przez rząd Angeli
Merkel.
A wy?
A my na początku nie. Choć
zastanawialiśmy się, jak fakt, że w okolicy
będzie wiele takich azylanckich domów, będzie
miał wpływ na nasz hotel, na turystykę w naszym
regionie, na nasze życie. Właściciele,
którzy poszli na układ z rządem, mówili,
żebyśmy nie robili hotelu, tylko zgłosili
się do urzędu. Nas to nie interesowało.
Mieliśmy swoją wizję hotelu, chcieliśmy tu
żyć. Nawet się zastanawialiśmy, czy nie
zgłosić gdzieś do prasy, że mamy takie
propozycje, ale ich nie przyjmujemy, bo chcemy, żeby ten
rejon był nadal turystyczny, sielankowy, piękny,
odwiedzany.
Poza tym baliśmy się. Niedługo potem, jak jeden z właścicieli dużego domu podpisał kontrakt z rządem, jego dom spłonął podpalony przez ludzi z Pegidy. Zrozumieliśmy, że musimy sobie szukać innego miejsca, że tu zostać nie możemy. Zwłaszcza że jeden z naszych sąsiadów już zamienił swój prywatny dom w mieszkania azylanckie.
Gmina się zgodziła?
Nie musiała się godzić, bo
on miał mieszkania, a nie pokoje hotelowe i mógł
według prawa wynająć te mieszkania komu
chciał. My postanowiliśmy nasz dom sprzedać.
Rządowi?
Nie. Zaczęliśmy rozmawiać z
agencjami nieruchomości. Dom był już
wyremontowany, wykończony, gotowy do wynajęcia, do
sprzedaży, do otwarcia, umeblowany i wyposażony.
Szybko się okazało, że sprzedanie go na wolnym
rynku jako hotelu w sytuacji, kiedy w okolicy już
powstają domy dla uchodźców, graniczy z cudem.
Potencjalni kupcy rozumieli, że interesu na niemieckich
turystach już tu nie zrobią, że turystyka upada.
Jak wcześniej przechodziło 700 osób dziennie,
tak teraz 8–10. Słyszeliśmy, że nasz hotel
jest niesprzedawalny, nic nie kosztuje, jest nic nie warty, no
może co najwyżej tyle, ile zapłaciliśmy za
niego, kiedy kupowaliśmy ruinę.
Usłyszeliśmy wprost, że nikt nie kupi hotelu w
miejscowości, gdzie są uchodźcy. Sama byłam
ideologicznie przeciwna zasiedlaniu całych wsi przez
uchodźców, wiedziałam, że jak się
więcej takich ludzi jak my przeciwstawi, to urzędnicy
pójdą po rozum do głowy, zrozumieją,
że osiedlanie ludzi w małych niemieckich wsiach to
głupota. Że oni i tak chcą do miast.
Pamiętam, jak któregoś dnia wcześnie rano
pod dom azylancki w naszej wsi podjechało kilka dobrych
samochodów. Za kierownicami nie biali. Mieszkańcy
domu wychodzą, każdy coś dźwiga,
jakieś wory, wsiadają do tych samochodów i
odjeżdżają. Zaraz potem się dowiadujemy,
że uciekli do miast, do swoich krewnych. W ogóle nas
to nie dziwiło. Tam, w dużych miastach, mają
swoje dzielnice, swoje zwyczaje, nikt im nie przeszkadza. Nie
trzeba było być jasnowidzem, żeby
przewidzieć, co się stanie z tym rejonem, jeśli
się wpuści tu za dużo ludzi z zupełnie
innej kultury, którzy nie mają tu nic do roboty
oprócz mieszkania. Którzy na pewno nie będą
się asymilowali, bo doświadczenie niemieckie z
poprzednich lat pokazuje, że polityka multikulti po prostu
się nie sprawdziła. Siedliśmy więc
naprzeciwko siebie i powiedzieliśmy, że skoro
się nie udaje sprzedać, to wracamy do Polski, a tu
będziemy z rodziną i przyjaciółmi
przyjeżdżać na urlopy, jak na
działkę.
A wynająć nie można
było?
Powiesiliśmy ogłoszenie, że
chcemy wynająć i zgłosiła się agencja.
Okazało się, że jest klient, ale klientem jest
rząd. I że oni od nas to wynajmą, po czym
wynajmą rządowi, a ten zamieni hotel w dom dla
uchodźców. Zgodziliśmy się. Już innego
wyjścia nie było. Zobowiązali się
załatwić wszystkie formalności,
przystosować dom do wymogów rządowych.
Minął rok. W zasadzie zmarnowaliśmy rok.
Dostaliśmy umowę najmu, która w
rzeczywistości była umową na przejęcie
całego budynku. Absurd gonił absurd. Kiedy
rozmawiałam z tymi agentami, pytałam, dlaczego
chcieli nas oszukać, jeden z nich powiedział, że
ma rodzinę i musi zarabiać. Zerwałam umowę
i znowu pomyślałam, że ten dom będzie
naszym domem letniskowym. Pojechaliśmy do Polski, do
rodziny. W tym czasie lokalne media zaczęły
pisać, że nasz dom będzie domem dla
uchodźców, mieszkańcy protestują, a w
internecie są już zdjęcia naszego domu,
dokładna lokalizacja, liczba pokoi, liczba przyszłych
mieszkańców, data otwarcia. A przecież
żadnej umowy nie podpisałam. Wystraszyłam
się, że nam dom spalą. Przecież stoi pusty,
piękny, wyremontowany. Wróciliśmy więc i
pilnowaliśmy domu. Zawsze ktoś był. Przez prawie
dwa lata nigdy nigdzie razem nie wyszliśmy. Boże,
żeby tylko nie nas, żeby się do nas nie
zbliżyli, żeby nas nie podpalili. Ostatni rok
przeżyliśmy w strasznym stresie. Opór
społeczności lokalnej, sprzeciw wszystkich władz
był tak duży, że wiedzieliśmy – albo
nas spalą, albo obleją kwasem, albo ostrzelają.
Nie chcieliśmy już ryzykować. Kiedy
opowiadaliśmy znajomym i rodzinie w Polsce, co się
dzieje w naszej najpiękniejszej wsi świata, w naszej
idylli, w naszym raju, nie chcieli wierzyć. Nie chcieli
wierzyć, że zapalamy na noc światła,
że kupiliśmy lampy, które symulują
światło migającego telewizora, że
założyliśmy atrapy kamer wokół domu z
takimi mrugającymi czerwonymi lampkami, bo prawdziwe
kamery wokół domu są zakazane, choć
każdej nocy o północy w naszej wsi gasną
latarnie i robi się absolutnie ciemno. Nasz dom w tych
ciemnościach wyglądał jak latarnia morska,
światło z niego aż biło. Koło
łóżek mieliśmy pałki. Mieliśmy
swoje mieszkanie na czwartym piętrze,
przenieśliśmy się na parter, żeby lepiej
widzieć i słyszeć, co się dzieje
wokół domu. A cały czas się działo.
Normalnie nocą przez naszą wieś
przejeżdżało niewiele samochodów. Jednak,
kiedy działania Pegidy się nasiliły, koło
naszego domu przejeżdżały nocą samochody,
30 km na godzinę. Sprawdzano, czy ktoś jest w domu.
Spałam z gaśnicą pod łóżkiem.
Miałam torbę ze wszystkimi dokumentami i ubraniami na
jeden dzień, spakowaną przy drzwiach. To na wypadek,
gdyby nas podpalili.
Policja orientowała się, kto
podpalał?
Moim zdaniem się orientowała,
ale nikt nic z tym nie robił. Palono domy tuż przed
otwarciem, zanim jeszcze w nich zamieszkiwali uchodźcy.
Odremontowanie i przystosowanie takiego domu to znowu dwa lata
i potem znowu można spalić. Rząd za remont
płaci, ludzie mają pracę. Pierwszy dom,
który podpalono i spłonął, stał cztery
kilometry od nas. Mam zdjęcia z czerwonymi swastykami
namalowanymi na ścianach. Zresztą, tej nocy, kiedy
tamten dom płonął, samochody
podjeżdżały także pod nasz dom. I nagle o
trzeciej nad ranem oglądamy coś w telewizji, oczy nam
się kleją, słychać straż
pożarną, jedno auto za drugim. Pod naszym domem
stoją dwa radiowozy. Stoją tak, jakby nas
pilnowały. To po tej akcji mapy z rozmieszczeniem
uchodźców zniknęły z internetu.
Helikoptery, siły specjalne, płetwonurkowie (do
dziś nie wiemy po co). Różne służby
pilnowały, żeby dziennikarze nie podchodzili zbyt
blisko i żeby nie rozmawiali z ludźmi. Gmina
dowiozła wtedy autokarami manifestantów, w
szkołach były happeningi, dzieci pisały na
prześcieradłach: „Serdecznie witamy”.
Gdyby ktoś mi to opowiadał, tobym nie wierzyła.
Tyle że ja to wszystko widziałam.
Myśli pani, że mieszkańcy wsi
powiedzieliby, co myślą o zasiedlaniu wsi
imigrantami?
Niemcy są bardzo ostrożni,
samozachowawczy, ale to wynika z tego, że mandat za
mowę nienawiści wynosi 1200 euro. Głośno
było o ukaranym facecie, który publicznie
powiedział, że w swojej wsi nie chce azylantów.
Teraz tam wszyscy się boją odezwać, nie wolno im
protestować, choć nie podoba się, że ludzie
w Niemczech muszą oszczędzać na wszystkim,
że ogrzewanie jest drogie, a w domach azylanckich okna
pootwierane na oścież, bałagan, a śmieci i
jedzenie walają się po podwórku. Pamiętam,
że czterech młodych muzułmanów
mieszkających w sąsiednim domu przyjechało
skądś rowerami, ale porzucili te rowery koło
naszego domu. Nie chciało im się
wjeżdżać pod górkę, więc
zostawili i poszli. I te rowery tak leżały wiele dni.
Okazało się, że je ukradli spod sklepu w
większej wsi. O, przepraszam, wzięli sobie, bo
przecież stały bez żadnego przypięcia.
Kasjerka w sklepie mi opowiadała, że jeśli
azylant coś ukradnie, to sklep nie ma prawa wzywać
policji, tylko wypisuje rachunek, stratę i wysyła do
gminy, gmina to reguluje, więc nie ma się co
dziwić, że społeczeństwu niemieckiemu
się to nie podoba. Kiedy wchodzi do sklepu kilku
imigrantów, to wszyscy inni wychodzą, boją
się. Pod koniec naszego pobytu tam mąż mnie nie
puszczał samej do sklepu.
Sprzedali państwo w końcu ten dom
przez agencję?
Architekt, z którym
współpracowaliśmy, zabrał nas na kawę
i mówi, żebyśmy sprzedali dom, ale nie przez
agencję, tylko spróbowali dotrzeć do
urzędników. I pomógł nam. Ludzie z agencji
wydzwaniali do mnie, pytali, z kim rozmawiam, jak nazywają
się urzędnicy, w którym pokoju siedzą. W
urzędzie doradzono nam, że sami musimy
doprowadzić do kontraktu z rządem, a potem to
sprzedać. Ale musimy mieć wszystkie zgody władz
gminy i landu. Jeśli one się nie zgodzą,
kontrakt wygasa. Wiedzieliśmy, że to nierealne,
że wieś, gmina się nie zgodzą. I wtedy
okazało się, że Angela Merkel zaostrza
politykę. W sierpniu 2015 r. dostajemy pismo z Berlina,
że decyzja o stworzeniu domu azylanckiego w naszym domu
jest pozytywna. Kiedy przyszło to zezwolenie, w ciągu
tygodnia znalazło się siedmiu klientów na nasz
dom. Wszyscy chcieli płacić potężne
pieniądze. Pierwsi, którzy przyszli, kupili –
dwóch chłopaków, którzy prowadzą 16
takich domów dla uchodźców. Rząd im
płaci czterokrotne stawki hotelowe, a oni
administrują.
Sprzedaliście dom z czterokrotnym
zyskiem?
Sprzedaliśmy go za wartość
kontraktu. Pamiętam ten dzień. Podpisaliśmy akt
notarialny, ale dziwiliśmy się, dlaczego nie
przychodzą pieniądze. Sprawdzaliśmy co
chwilę stan konta, bo wiedzieliśmy, że
przestajemy być odpowiedzialni za dom wtedy, kiedy
pieniądze wpłyną na nasze konto. Okazało
się, że gmina znalazła haczyk.
Wymyśliła sposób, żeby wszystko
zablokować. Dowiedzieliśmy się, że
Niemczech gmina musi się zrzec prawa pierwokupu i od niej
zależy, kiedy to zrobi. Może być i za 10 lat. A
bez tego dokumentu nic nie można zrobić.
Wiedziałam, że burmistrz nam tego nie podpisze.
Wyczekałam jednak, aż poszedł na urlop, i
poszłam do jego zastępcy. Wiedziałam, gdzie stoi
segregator z naszymi dokumentami, wyciągnęłam
ten dotyczący zrzeczenia się pierwokupu,
pokazałam go wiceburmistrzowi i poprosiłam, żeby
podpisał. Najpierw się wykręcał, ale kiedy
powiedziałam, że przecież tu jest napisane,
że władze gminy mają się podpisać, a
on jest teraz właśnie władzą.
Podpisał. Chwyciłam kartkę i pobiegłam z
tym papierem do notariusza. I znów czekanie na
pieniądze. I dalej pilnujemy domu, bo się boimy,
że nam spalą. Pamiętam, jak wstałam o
piątej rano, patrzę – są pieniądze.
Budzę męża, krzyczę, żeby
wstawał, że jedziemy, że wreszcie możemy
stąd wyjechać. O siódmej dzwonię do nowych
właścicieli, pytam, kiedy mogą odebrać
klucze. Odpowiadają, że w przyszłym tygodniu. Ja
ich proszę, żeby zrobili to następnego dnia.
Siedzimy sobie wieczorem w domu, pilnujemy, idzie burmistrz.
Podchodzi do naszej bramy i sika. Obsikuje naszą
bramę, rozumie pani?! Następnego dnia przyjechali
nowi właściciele, zrobiliśmy protokół,
spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i
przyjechaliśmy do Polski, do Gdyni, nad morze.