Dziennik Gazeta Prawana logo

Drogi śmieciu... Trwa wojna o to, co wyrzucamy. A stawka jest niebagatelna

16 lipca 2016, 20:21
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Wysypisko śmieci
Wysypisko śmieci/Shutterstock
Protesty, listy otwarte. Przerzucanie się pretensjami. Groźby. Wojna trwa. Stawka jest niebagatelna - śmieci. To dziś nie tyle śmierdzący ból głowy, ile produkt, na którym się zarabia. I jeśli nawet wydziela nieco nieprzyjemnej woni, liczy się zasada "pecunia non olet".

Mogłoby się wydawać, że już jest pozamiatane, a drzwi do śmietnika zatrzaśnięte. Prezydent Andrzej Duda podpisał nowelizację ustawy o zamówieniach publicznych. To ważna nowelizacja. Znosi hipokryzję przetargów w sytuacjach, kiedy te są zbędne. Wywala w kosmos neoliberalnego bożka, czyli kryterium najniższej ceny, który w ostatnich latach zdemolował gospodarkę. Choćby firmy budowlane, które padały, zamiast rosnąć przy wielkich inwestycjach drogowych. W założeniach nowelizacja miała też dać większe szanse małym i średnim przedsiębiorstwom, aby załapały się na zlecenia, i ukrócić biurokrację. I zapewne wszyscy by zgodnie temu przyklaskiwali, gdyby nie jedna kwestia – zasada in house, dotycząca gospodarki odpadami. Chodzi w niej o to, aby gmina, która ma własną spółkę komunalną, mogła jej bez przetargu zlecić odbieranie śmieci od mieszkańców. Na pierwszy rzut ucha brzmi logicznie. Ale właśnie z tego śmieciowego in house’u wziął się wojenny dramat, który potrwa przynajmniej do następnej nowelizacji, aby po niej rozgorzeć na nowo. I potem znowu i znowu.

Bo nikt nie jest zadowolony. Samorządy, które od lat walczyły, żeby nie musieć organizować przetargów na zarządzanie gospodarką odpadami. A teraz wprawdzie dostały większość rynku w postaci obszarów zamieszkanych, ale poza ich zasięgiem zostały tereny niekomunalne, typu zaplecza biurowe czy osiedla domków letniskowych. Zębami zgrzytają prywatni przedsiębiorcy, którzy postawili na ten biznes. Jego wartość to 4 mld zł rocznie. Jest się więc o co bić. Zastępy żołnierzy zainteresowanych podziałem łupu są liczne. Jakieś 800 podmiotów, z czego 60 proc. to firmy prywatne, a 40 proc. samorządowe. Przy czym z tych prywatnych połowę stanowią polskie przedsiębiorstwa, reszta to koncerny zagraniczne.

Ale to te maluchy najgłośniej krzyczą. Jak mówi jeden z właścicieli takiej niewielkiej firmy: woli paść w boju, niż zdechnąć z głodu. Bo z biznesem na śmieciach jest trochę inaczej niż z handlem. W tym sensie, że trudno się przebranżowić. Jak zainwestowałeś w śmieciarkę 1,5 mln zł, to nie przerobisz jej na autobus. Ani na dostawczaka, którym będziesz woził mrożonki z chłodni do sklepu. Więc siadasz i płaczesz. Albo piszesz.

„Czcigodny Panie Prezydencie. (...) Działając w imieniu prywatnych przedsiębiorców branży oczyszczania i gospodarki odpadami skupionych w reprezentatywnych organizacjach, występujemy do Pana Prezydenta o skierowanie do Trybunału Konstytucyjnego przepisów pozwalających na bezprzetargowe powierzanie przez zamawiających własnym, jednoosobowym spółkom, zleceń objętych dotychczas obowiązkiem przetargowania...” – tak się zaczyna list otwarty do Andrzeja Dudy, wystosowany przez dwie organizacje skupiające śmieciowe firmy działające na polskim rynku – Polską Izbę Gospodarki Odpadami oraz Związek Pracodawców Gospodarki Odpadami.

Trochę tytułem historii

Sławomir Rudowicz, rocznik ’58, jest szefem Związku Pracodawców Gospodarki Odpadami. Miał niewiele ponad 20 lat, kiedy postanowił zostać prywaciarzem. Wcześniej miał warsztat samochodowy, sklep warzywny, robił wszystko, żeby być na swoim. Ten gen przedsiębiorczości nosi w sobie wielu rodaków, ale większość z nich szuka biznesu, który byłby nie tylko dochodowy, ale i miły. Spokojny, dobrze pachnący. Za te bardziej przyziemne interesy biorą się osoby lepiej zorientowane w realiach, stąpające twardo po ziemi. Szukają niszy, w której mogą się zagnieździć. I zarabiać.

Przepełnione, cuchnące zsypy w blokowiskach, śmieci walające się wokół kontenerów, pasące się na nich robactwo i szczury – dla osób urodzonych w ostatniej dekadzie XX w. ten opis brzmi niczym fragmenty powieści SF opowiadającej o czasach po wielkiej zagładzie. Dla starszych czytelników to fragment szczęśliwie minionej rzeczywistości. A dla Sławomira Rudowicza – był pomysł na biznes. – Bywałem za granicą i nie mogłem pojąć, jak bardzo różnią się te nasze światy. Tam profesjonalizm, kolorowe śmieciarki, zgrane zespoły w firmowych ubrankach, u nas duszący zapach zgnilizny – wspomina. Razem z bratem Jerzym postanowili na tym zarabiać. Czekaliśmy na godzinę zero, czyli uwolnienie składowisk.

CZYTAJ CAŁY TEKST W ELEKTRONICZNYM WYDANIU MAGAZYNU DGP >>>

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj