Magdalena Rigamonti: Potrafi pan powiedzieć, jaką linię programową dotyczącą kultury ma obecna władza?
Andrzej Seweryn: Tak. I wiem, jaką linię ma teatr, którym kieruję. Kontynuuję więc swoją pracę, będąc w pełni odpowiedzialny za instytucję, jaką jest Teatr Polski w Warszawie, i za ludzi, którzy w nim pracują. A władza mianuje i ma prawo rozmawiać z artystami, dzielić się swoim refleksjami. Co jest w tym złego? Chyba, że ma być tylko od przyznawania pieniędzy. Władza to też społeczeństwo, reprezentanci społeczeństwa. Jeżeli operujemy pieniędzmi społecznymi, to jaki problem w tym, żeby społeczeństwo wiedziało, na co te pieniądze są wydawane? Ja się oczywiście nie zgadzam z władzą, kiedy interweniuje, nakazując coś albo zakazując czegoś. Ale potrafię przy tym rozmawiać, dialogować... Dlaczego nie można dyskutować z władzą o pracy? Dlaczego? Nie rozumiem.

Proszę wybaczyć, ale mam poczucie, że to, co pan mówi, jest zachowawcze. Zastanawiam się, czy pan już spotkał się z premierem Glińskim.
Pani surowa ocena mojej postawy mnie zaskakuje i zasmuca. Nic w moim życiu, włączając w to ostatnie sześć lat w Polsce, nie wskazuje na to, żeby oceniać mnie jako chodzącego na pasku władzy. Nie było tak za poprzedniej i nie jest tak dzisiaj.

Do niedawna był pan przez prawą stronę uważany za lewaka, liberała. Tak prawicowe media określały wszystkich, którzy popierali Bronisława Komorowskiego.
Wiem też, że niektórzy uważali mnie za „zdrajcę Narodu Polskiego”. Wytoczyłem im proces. Nie życzę sobie, by mnie obrażano. Jestem aktorem, dyrektorem teatru, urzędnikiem państwowym i nie moją rolą jest zajmować się polityką w wydaniu partyjnym. Ja nie walczę o władzę. Teatr Polski jest finansowany przez Urząd Marszałkowski Województwa Mazowieckiego. Kłopoty finansowe województwa znane od lat utrudniają nam pracę. Premier Gliński w wystąpieniu sejmowym mówił, że ci, którzy się z tą władza nie zgadzają ideologicznie, nie będą pomijani przy rozdziale funduszy.

Czyli pan również.
Mam nadzieję, że ministerstwo będzie współfinansowało nasz teatr od przyszłego roku, tak jak to czyni od lat w Teatrze Polskim we Wrocławiu, gdańskim Teatrze Wybrzeżu, w Teatrze im. Jaracza w Olsztynie czy w Wierszalinie.

Pamięta pan, kiedy władza nakazała zablokowanie wystawienia spektaklu „Śmierć i dziewczyna” w Polskim we Wrocławiu.
Pamiętam.

Nie protestował pan.
Proszę przyjść do Polskiego w Warszawie. To, co się tu dzieje, świadczy o moim stosunku do wolności, do demokracji, do sztuki, do kultury. Marzyłem o teatrze, który będzie miejscem debaty. I spełniam to marzenie. Odbywają się tu spotkania w ramach cyklu Teologia Teatru, wykłady uniwersyteckiego wydziału Artes Liberales, debaty oksfordzkie, a także te organizowane przez Stowarzyszenie Otwarta Rzeczpospolita, fora dyskusyjne, spotkania ze studentami, poranki filozoficzne dla dzieci oraz nowy cykl edukacyjny Szkoła Widzów realizowany pod hasłem „Jesteś widzem? Bądź twórcą!”. Miejsce w naszym repertuarze znalazł również „Pożar w burdelu”, wystawione zostaną jednoaktówki Mrożka. W jednej z nich zagra Jacek Fedorowicz. Już mówiłem, że w tym teatrze dzieją się rzeczy trudne do zakwalifikowania do takich, które mogłyby świadczyć o tym, że jestem w komitywie z jakąkolwiek władzą.

Nie powiedziałam, że jest pan w komitywie.
Wie pani, doszło już do tego, że większą odwagą jest powiedzenie, że można dyskutować z władzą i że w tej dyskusji nie ma nic nienormalnego niż to, żeby przeciwko niej protestować. Ja jestem demokratą, a w państwie demokratycznym prawo daje władzy możliwość mianowania bądź odwoływania dyrektorów. Przecież mianowanie mnie nie podlega jakiemuś referendum. Z drugiej strony, że zacytuję Pawła Demirskiego z wypowiedzi w TVN24: „Kiedy trzeba znaleźć trenera klubu piłkarskiego Barcelona, nie robi się konkursów na to stanowisko”. Podobnie jest z odwołaniem tegoż trenera. W piłce nożnej kryteria są proste, nie tak, jak w życiu teatru. Nieproste to wszystko.

CAŁA ROZMOWA W PIĄTKOWYM MAGAZYNIE DGP