Niektóre deklaracje brzmią tak: w system zostanie wkomponowana znacznie podwyższona kwota wolna, zostaną w nim ulgi, w tym na dzieci, i wspólne rozliczanie się małżonków, stawki dla najmniej zarabiających spadną, przedsiębiorcy, którzy dziś płacą 19-procentowy podatek liniowy, bez względu na rodzaj działalności nie stracą na zmianach lub zostaną objęci preferencjami; więcej zapłacą najlepiej zarabiający, a opodatkowanie będzie bardziej sprawiedliwe niż dotąd. Zmiany mają być neutralne dla budżetu (będzie do niego wpływać tyle samo, co dziś) i tym samym dla podatników jako ogółu. Skoro nie znamy szczegółów, możemy zakładać, że część deklaracji jest składana nie dlatego, że istnieją już pomysły na to, co i jak zrobić, ale po to, żeby uspokoić zainteresowanych. Najlepiej wszystkich. Dlatego mniej istotne jest to, że niektóre zapowiedzi są po prostu sprzeczne.

Jest tylko jeden sposób, żeby je ze sobą pogodzić: zmienić bardzo wiele tak, żeby w gruncie rzeczy niczego nie zmieniać. Można sobie wyobrazić jednolitą daninę, która będzie obliczana i pobierana inaczej niż teraz podatki i składki (i w jednym przelewie skonsumuje wszystkie obciążenia), ale w gruncie rzeczy wyniesie tyle samo, co dotychczas. Może z wyjątkiem mało kreatywnych podatników, którzy mimo bardzo wysokich zarobków nie mogą lub nie potrafią uciec w opodatkowaną preferencyjnie działalność gospodarczą lub w inny sposób zoptymalizować obciążeń.

Z rewolucją w systemie i prawdziwym podatkiem jednolitym – w tym w miarę jednolicie traktującym różne źródła przychodów i dochodów – nie będzie to miało wiele wspólnego. Jest też drugie zagrożenie. Materia jest skomplikowana. Wiele prostszych pomysłów, także podatkowych, było i wciąż jest wtłaczanych w fatalne przepisy, które trzeba pilnie poprawiać, gasząc pożary. Debata o konkretach pozwoliłaby tego uniknąć. Niestety, na razie się na nią nie zanosi. Być może dlatego, że trzeba do niej odwagi.